wtorek, 7 maja 2013

Wenecja

Chciałam tak ładnie, chronologicznie, opisać te ponad 5000 km, które przejechałam w te i nazad, ale chyba nie dam rady. Bo w Wenecji to byłam już prawie pod koniec pobytu we Włoszech, w zasadzie w drodze powrotnej. I to był jedyny dzień podczas całej wycieczki, kiedy nie świeciło słonko.
Jestem przeciwniczką wyjazdów zorganizowanych, ale tym razem skusiłam się na "objazdówkę". Dlaczego? Bo było w miarę tanio, bo chciałam wygody, spać, jeść, zwiedzać, nie prowadzić samochodu, i zobaczyć w końcu kawałek świata, gdzie już nie leży śnieg ( wyjeżdżając zostawiałm go u nas sporo)
Czy mi się podobało? Tak, ale mam parę uwag. Jeśli się w ciągu 9 dni robi się taką trasę



to siłą rzeczy nie da się zwiedzać dokładnie. I przeszkadzało mi czasami to tempo. Tu głaszczemy Świętego Piotra po nóżce, tu potrzymamy fallusa w Pompejach, i pędzimy dalej. Normalnie zdjęć spokojnie zrobić nie mogłam. Ale nabrałam ochoty na dokładniejsze poznanie tego sympatycznego i pięknego kraju.

Wenecja jest szczególna, ponoć chyli się ku upadkowi. Młodzież ucieka z tego miasta na stały ląd, budynki są w złym stanie. Ja nie czułam  paskudnego zapachu z kanałów, ale może dlatego, że dzień nie był zbyt upalny? Za to widziałam, co obrasta kanały i ile śmieci w nich pływa.


W Wenecji wszędzie są tłumy, choć o dziwo nie drażniły mnie tak , jak te moje miejskie. I zdecydowanie powinno się Wenecję zwiedzić na początku, choćby dlatego, że to właśnie tu można kupić piękne weneckie maski, czy biżuterię z weneckiego szkła. Niestety ja już kasę wydałam wcześniej i tu musiałam się zadowolić maską za 10 euro.


Ale były też za kilkadziesiąt i kilkaset euro:)) Ponoć za kilka tysięcy też, ale ja nie widziałam.


Na biżutki też sobie tylko popatrzyłam na wystawach



 A szklane kaczki ( mam sentyment do kaczek) były zupełnie poza moimi możliwościami finansowymi, nawet jakbym od początku wycieczki nic nie wydawała.


Nie popłynęłam też gondolą, ponoć gondolier zaczyna gadać od 100 euro za 20 minutową przejażdżkę.




Nie wiem, czy to wina pogody była, czy zbyt wygórowanych cen, ale faktycznie pustych gondol było więcej niż tych pływających, a w tych prawie zawsze turyści z dalekiej Azji, pstrykający zdjęcia na prawo i lewo, cyk, cyk, cyk.
Gondolierzy wyczekiwali na chętnych, których było, jak na lekarstwo.


Jakoś dopchałam się do barierki, żeby bez tłumu zrobić fotkę Mostu Westchnień i wysłuchać opowieści, jak to kochanki pomogły z więzienia zbiec Casanowie, a który doń był prowadzony również tym mostem.

Zachwyciła mnie bazylika świętego Marka, jest finezyjna i cudna. Wnętrze też trochę fotografowałam, ale zwiedza się ją idąc w sznureczku turystów, nie można się zagapiać, to zdjęcia są byle jakie.





Na placu miałam okazję byś zaatakowana przez gołębie, a to za sprawą czarnolicego, młodego człowieka, który wsypał mi na rękę jakieś ziarna, a jak już te gołębie mnie obsiadły i Wu narobił mi zdjęć to zaczął za mną leźć i domagać się 2 euro. Nawet się nie skapowałam, że to wciskanie ziarna w rękę to jest metoda na wyłudzanie kasy.

Nawet piękne Wenecjanki nie chciały pozować za darmo,  wszędzie ten interes i niżej "jedne euro" to nawet siku nie zrobisz.


Potem nastąpił ostatni rzut oka na kanały i jazda do hotelu na nocleg.


Tarvisio przywitało nas wieczornym alpejskim chłodkiem, a butelka grappy wypita ze znajomymi na tarasie łagodnie ukołysała do snu. Ostatniego już na włoskiej ziemi. Rankiem wyjechaliśmy w drogę powrotną.

c.d.n


niedziela, 5 maja 2013

Jak sobie Mnemo z Wu w tytę dawała....

Mam tyle zaległości blogowch i gdyby tak chronologicznie zacząć to musiałabym zacząć od wyjazdu do Włoch. To mi jednak nie ucieknie, a i tak zdjęć jeszcze nie uporządkowałam. No bo przecież zaczął się sezon na Mazury.
Co zrobiła Mnemo w długaśny weekend? Ano pojechała oczywiście do Kaczorówki wprzódy wysłuchując kolejnych prognoz pogody, co jednej to gorszej. Raz kozie śmierć, no przecież nie będę gnić w mieście przez tyle dni. Gnicie na Mazurach jest zdecydowanie lepsze, bo gnije się najwyżej z wilgoci, a nie z nudów.
Mając za nic złośliwą aurę, zapakowałam do Madzi psa, męża, tobołki z żarełkiem i napitkami wszelakimi (tymi, co chronią od zimna i wilgoci tyż) i popędziłam. Tzn. Wu popędził  bo ja w trasie lubię oglądać widoki. Nic to, że po raz setny chyba, ale i tak lubię się podczas jazdy gapić w okno, jak sroka w gnat i co chwilę rozpraszać kierowcę swoimi spostrzeżeniami typu, o....... sarenki, o bociany.......o śliwki kwitną....o rozjechany kotek, biedny kotek...... itd, itp.
No dobra dojechaliśmy, wywlekliśmy graty i ......koniecznie trzeba się było rozgrzać, co zrobiliśmy pospołu z rodziną Wieśniaka, który to niecierpliwie nas wypatrywał, bo chwilowo nie posiadał w swym gospodarstwie wody zdatnej do picia, a która to w naszym gospodarstwie leje się szczęśliwie od zeszłego roku z wodociągu sponsorowanego częściowo przez szanowną Unię. Tego dnia upojeni zapachem świerkowego lasu i paroma kieliszkami rozgrzewającej cytrynówki, szczękając zębami  poszliśmy spać nieświadomi, co czekać nas miało nazajutrz.
Jeśli myślicie, że nazajutrz i nazajutrz i nazajutrz było błogie, majówkowe lenistwo to się grubo mylicie. Bo Mnemo z Wu, jak poczują zew ziemi w krwi to opamiętania nie mają ino od rana do nocy, ryją w ziemi, piłują, sadzą, grabią, burzą i budują. Krótko mówiąc, dają sobie " w tytę". I to tak potwornie, że Mnemo pod koniec dnia, żeby wstać z krzesła wymaga pomocy Wu, a Wu zmęczony do granic wytrzymałości, zaczyna pleść wierszyki tego typu.


Był sobie dziad i baba,
Bardzo starzy oboje:
Ona - kaszląca, słaba,
On - skurczony we dwoje.........

Trochę siłą, ale też i łagodną perswazją wytłumaczyłam mojemu zgiętemu we dwoje małżonkowi, że spacer nam się należy i ten rowerowy i ten nożny, ten nożny szczególnie psu naszemu wiernemu. Wu dał się odciągnąć od łopaty, grabi i siekiery i pojechaliśmy rowerami na śliczną dziką łąkę, gdzie wciągnął mnie przemocą na wysoooooką ambonkę, żeby podziwiać widoki. Może miał nadzieję, że z niej zlecę, połamię kulasy i przestanę go odciągać od ulubionych utytowiających zajęć?



Nie zleciałam jednak i musiał wykonać też spacer nożny,  z którego rad bardzo był nasz piesek, który miło sporego obszaru działki i tak uważa, że spacer po lesie należy mu się , jak psu.....buda?
I tak spacerując, nieoczekiwanie w środku lasu napotkałam na jeden krzaczek prześlicznych sasanek, które chyba tam znalazły się przypadkiem, bo nigdy w tych lasach nie widziałam żadnej sasanki.


W drodze powrotnej z rowerowej przejażdżki weszliśmy na zapuszczony leśny cmentarzyk, któremu właśnie ( a może tylko bramie) stuknęło 100 lat. Przekonaliśmy się, że dewastacja i kradzież starych krzyży sięgnęła zenitu, bo został tylko jeden krzyż, a kiedyś było ich tutaj kilka.




 3 maja od rana sobie padało, co dało mi możliwość poczytania książki, bo Wu założył buciory i bluzę z kapturem i poszedł porządkować jaszczurkowo-owadzi zakątek. W sumie rozebrał go i przy mojej pomocy w dniu następnym zbudował na nowo. A po obiedzie przyszli znajomi i uchronili Wu od kolejnego wieczoru pod tytułem " on skurczony we dwoje".


Jaszczurzy zakątek (na kamieniach w słoneczne dni wygrzewa się ich kilka) został od nowa zakomponowany,a  do wystroju doszło stare okno z ponad stuletniej chałupy, które dostaliśmy, a może nawet wycyganiliśmy od sąsiadów. Wszystko zostało obsiane i obsadzone kwiatami i bluszczami czego oczywiście jeszcze nie widać. No wolnym kołu stanie jeszcze jeden domek dla owadów.

Tak to było i nic nie zmyślam. Potwierdzam też, że na Mazury zawitała wiosna, bo przylaszczki i zawilce kwitną w lesie, brzozy osnuły się seledynową mgiełką. U mnie też parę kwiatków zakwitło, a ptaki urzędują obok budek i ze zdwojoną siłą urzędują w karmniku. Przyleciał jakiś nowy, żółty, jak skowronek, chyba dzwoniec i stary dobry znajomy dzięciołek, który wyżerał łapczywie ziarna słonecznika.















A dzisiaj, w dniu wyjazdu było pięknie, słonko świeciło, zachęcając do pokazania nóżek i dekoltu, ale na to już nie było czasu, bo wolałam wietrzyć pościele na płocie, których pilnował dzielnie nasz wierny pies.




A teraz czekamy do następnego wyjazdu, bo zaplanowanych prac mamy jeszcze ho, ho i pewno, jak zwykle damy sobie porządnie w tytę:))

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wyróżnienie i zabawy ciąg dalszy...


Tak miło, oj, jak miło dostawać wyróżnienia. Przyleciało kolejne, od Magdy. Madziu, ja Ci bardzo dziękuję za zauważenie w tej blogowej gęstwinie. Odpowiadam, szybko na pytania, a do zabawy zapraszam.....

No właśnie....mam problem, bo część blogów na które zaglądam nie przyjmuje zaproszeń, co rozumiem, bo to czasem czasowo jest niewykonalne, część już, jak widzę, dostała. To, co kochani mi zostało, zapraszam wszystkich, którzy tu zajrzą i będą mieć ochotę pociągnąć zabawę dalej.....


Pytania z serii „Gdybyś był(a) ….., to kim/czym byś był(a)?
Gdybym był(a) rośliną to był(a)bym, chyba stokrotką, żywotne to to, nawet  zimą potrafią kwitnąć, albo może  bluszczem, z wiekiem zauważam  że  dobrze tak się czasem na kogoś wspiąć, oplątać i egzystować bez wysiłku (bywam ostatnio zmęczona stąd te typy)
Gdybym był(a) zwierzęciem to był(a)bym -kotem oczywiście!!! Łaziłabym własnymi drogami i leżała do góry brzuchem całe godziny i prychałabym gdybym miała ochotę:)))
Gdybym był(a) żywiołem był(a)bym....powietrzem, bez zastanowienia. Powietrze jest wszędzie, a ja czuję się taka czasami ograniczona.........
Gdybym był(a) porą roku to był(a)bym - oczywiście latem, bo kocham to ciepełko, bujną roślinność, kwiaty, wieczorne burze, beztroskę, którą wywołuje letni czas......
Gdybym był(a) kolorem to był(a)bym - niebieskim, jak bryza, albo czerwonym, bo on taki energetyczny i erotyczny
Gdybym był(a) dźwiękiem to był(a)bym- pluskiem wody w strumyku, albo świergotem ptaków....
Gdybym był(a) tkaniną to był(a)bym - jedwabiem...... lubię, jak mnie tak muska delikatnie po skórze:))
Gdybym był(a) palcem u ręki to był(a)bym - wskazującym, to takie zawodowe skrzywienie i nie mogę się od tego uwolnić:)))
Gdybym był(a) instrumentem muzycznym to był(a)bym - no to w zależności od nastroju, raz fletem, raz puzonem, ale może częściej jednak  fortepianem, bo potrafi i łkać i maszerować:)
Gdybym był(a) emocją to był(a)bym -chciałabym być spokojem, oazą spokoju, bo mi tego ewidentnie brak......
W następnym wcieleniu chciał(a)bym być - krową żywicielką:)) Taką, jak to 30 lat temu. Krowiną,  kochaną przez całą rodzinę. Miałam taką krowę w domu, Baśka jej było. Miała u nas dobrze, a sera takiego, jak od Baśki lepszego nie jadłam.....


Na zdjęcia z Włoch niestety jeszcze troszkę przyjdzie poczekać, bo nijak czasu do obróbki i przeglądania nie mam, ale, żeby tak nie było nic to....pokażę Wam grasujących Rzymian przed Koloseum. Ci to jeszcze nie byli groźni, najczęściej zaczepiali młode dziewczyny lub zakochanych, żeby na pozowanej fotce uwiecznić, jak dziewczyna mieczem pożyczonym od Rzymianina pozbawia narzeczonego.... i tu należy puścić wodze fantazji...


Zdecydowanie gorsi byli Ci, co atakowali turystów po wyjściu z autokarów sprzedając badziewie za "jedne euro", albo nawet " za darmo".........

niedziela, 28 kwietnia 2013

Nawet w Italii tęskniłam za Mazurami.......

więc, pojechałam, popędziłam na złamanie karku, piątkowym popołudniem. Na dwa dni tylko, żeby przed majówką zgrabić igliwie, wywietrzyć domek, naszykować ogrodowe sprzęty. Dojechaliśmy już wieczorem, więc nie miałam szansy zobaczyć, czy wiosna tu już zawitała. Ranek sobotni jeszcze nie był taki zły. Dało się wypić kawę w szlafroku na tarasie, ale z każdą godziną robiło się zimniej, wilgotniej i paskudnie. Obejrzałam swoje włości i oprócz kwitnących miniaturowych żonkili i tycich pączków na tawułkach, wiosny nie zauważyłam. Nawet brzozy, gołe i bez seledynowego nalotu, jak choćby w Warszawie. Bura, szara trawa, zalany dostęp do jeziora i wkurzający wiatr....



Pies jęczał z zimna i dopominał się niańczenia na kolankach.
Wyjęłam przywiezione z Italii amaretto i zabrałam się pospołu z Wu za grabienie igliwia. Ze dwa wagony zgrabiliśmy i spaliliśmy, ale jeszcze parę wagonów zostało.  Zasadziłam wiklinę od Hany, zasiliłam krzaczki i trawę i....... skończyło się amaretto. Telepiąc się z zimna udałam się pod kołdrę i koc, sycząc na Wu, żeby "płasko" wchodził pod piernaty bo mi zimno wpuszcza. Dobry sen nadszedł szybko, bo tyle świeżego powietrza dla mieszczucha machającego przez parę godzin grabiami to ekstra środek nasenny. I śniła mi się .......Italia. Taka ciepła, taka słoneczna.......
Nie mogę uwierzyć, że tydzień temu brykałam rozebrana do rosołu po plaży ......


Albo wygłupiałam się w Wenecji, łażąc po mostkach z maską wenecką na facjacie:))


Dziwne, ale wzbudzałam tym ogólne zaciekawienie, bo wielu turystów kupuje tam maski, ale nie widziałam żadnego, żeby w niej paradował, oprócz mnie..........

Nie mam zbyt dużo czasu, ale obiecuję, że powolutku uporządkuję zdjęcia i zdam relację z mojego pobytu we Włoszech. Byłam tam pierwszy raz i bardzo mi się podobało, Rzym, Neapol, Pompeje i wiele innych miejsc, które odwiedziłam śnią mi się teraz po nocach......

piątek, 19 kwietnia 2013

Słońca wschód na Adriatykiem

Jeszcze wdycham świeże powietrze, jeszcze upajam się widokami, słonko łaskawie już siódmy dzień grzeje bez ustanku, ale powolutku ten błogi czas się kończy. Ładuję akumulatory, bo podobno w kraju kolejne załamanie pogody. W tym roku będę podwójnie przeżywać wiosnę bo tutaj ona już jest na całego, wszystko kwitnie i zielenią kłuje  w oczy. Po powrocie będę patrzeć na naszą polską.
A na plaży patrzyli dziś na nas, jak na wariatów, miejscowi ubrani od stóp do głów, twierdzą, że własnie kończy im się zima, my rozebrani do rosołu  zażywaliśmy kąpieli i tych słonecznych i tych wodnych.
A tak wstawało dziś słonko nad Adriatykiem.




A tak wygląda tutejsza wiosna

A takie jedzonko:))

Przesyłam Wszystkim słoneczne pozdrowienia i mam nadzieję, że  po powrocie zastanę już wiosnę, bo jak wyjeżdżałam jeszcze śnieg leżał.