Jestem przeciwniczką wyjazdów zorganizowanych, ale tym razem skusiłam się na "objazdówkę". Dlaczego? Bo było w miarę tanio, bo chciałam wygody, spać, jeść, zwiedzać, nie prowadzić samochodu, i zobaczyć w końcu kawałek świata, gdzie już nie leży śnieg ( wyjeżdżając zostawiałm go u nas sporo)
Czy mi się podobało? Tak, ale mam parę uwag. Jeśli się w ciągu 9 dni robi się taką trasę

to siłą rzeczy nie da się zwiedzać dokładnie. I przeszkadzało mi czasami to tempo. Tu głaszczemy Świętego Piotra po nóżce, tu potrzymamy fallusa w Pompejach, i pędzimy dalej. Normalnie zdjęć spokojnie zrobić nie mogłam. Ale nabrałam ochoty na dokładniejsze poznanie tego sympatycznego i pięknego kraju.
Wenecja jest szczególna, ponoć chyli się ku upadkowi. Młodzież ucieka z tego miasta na stały ląd, budynki są w złym stanie. Ja nie czułam paskudnego zapachu z kanałów, ale może dlatego, że dzień nie był zbyt upalny? Za to widziałam, co obrasta kanały i ile śmieci w nich pływa.
W Wenecji wszędzie są tłumy, choć o dziwo nie drażniły mnie tak , jak te moje miejskie. I zdecydowanie powinno się Wenecję zwiedzić na początku, choćby dlatego, że to właśnie tu można kupić piękne weneckie maski, czy biżuterię z weneckiego szkła. Niestety ja już kasę wydałam wcześniej i tu musiałam się zadowolić maską za 10 euro.
Ale były też za kilkadziesiąt i kilkaset euro:)) Ponoć za kilka tysięcy też, ale ja nie widziałam.
Na biżutki też sobie tylko popatrzyłam na wystawach
A szklane kaczki ( mam sentyment do kaczek) były zupełnie poza moimi możliwościami finansowymi, nawet jakbym od początku wycieczki nic nie wydawała.
Nie popłynęłam też gondolą, ponoć gondolier zaczyna gadać od 100 euro za 20 minutową przejażdżkę.
Nie wiem, czy to wina pogody była, czy zbyt wygórowanych cen, ale faktycznie pustych gondol było więcej niż tych pływających, a w tych prawie zawsze turyści z dalekiej Azji, pstrykający zdjęcia na prawo i lewo, cyk, cyk, cyk.
Gondolierzy wyczekiwali na chętnych, których było, jak na lekarstwo.
Jakoś dopchałam się do barierki, żeby bez tłumu zrobić fotkę Mostu Westchnień i wysłuchać opowieści, jak to kochanki pomogły z więzienia zbiec Casanowie, a który doń był prowadzony również tym mostem.
Zachwyciła mnie bazylika świętego Marka, jest finezyjna i cudna. Wnętrze też trochę fotografowałam, ale zwiedza się ją idąc w sznureczku turystów, nie można się zagapiać, to zdjęcia są byle jakie.
Na placu miałam okazję byś zaatakowana przez gołębie, a to za sprawą czarnolicego, młodego człowieka, który wsypał mi na rękę jakieś ziarna, a jak już te gołębie mnie obsiadły i Wu narobił mi zdjęć to zaczął za mną leźć i domagać się 2 euro. Nawet się nie skapowałam, że to wciskanie ziarna w rękę to jest metoda na wyłudzanie kasy.
Nawet piękne Wenecjanki nie chciały pozować za darmo, wszędzie ten interes i niżej "jedne euro" to nawet siku nie zrobisz.
Potem nastąpił ostatni rzut oka na kanały i jazda do hotelu na nocleg.
Tarvisio przywitało nas wieczornym alpejskim chłodkiem, a butelka grappy wypita ze znajomymi na tarasie łagodnie ukołysała do snu. Ostatniego już na włoskiej ziemi. Rankiem wyjechaliśmy w drogę powrotną.
c.d.n
