Co zrobiła Mnemo w długaśny weekend? Ano pojechała oczywiście do Kaczorówki wprzódy wysłuchując kolejnych prognoz pogody, co jednej to gorszej. Raz kozie śmierć, no przecież nie będę gnić w mieście przez tyle dni. Gnicie na Mazurach jest zdecydowanie lepsze, bo gnije się najwyżej z wilgoci, a nie z nudów.
Mając za nic złośliwą aurę, zapakowałam do Madzi psa, męża, tobołki z żarełkiem i napitkami wszelakimi (tymi, co chronią od zimna i wilgoci tyż) i popędziłam. Tzn. Wu popędził bo ja w trasie lubię oglądać widoki. Nic to, że po raz setny chyba, ale i tak lubię się podczas jazdy gapić w okno, jak sroka w gnat i co chwilę rozpraszać kierowcę swoimi spostrzeżeniami typu, o....... sarenki, o bociany.......o śliwki kwitną....o rozjechany kotek, biedny kotek...... itd, itp.
No dobra dojechaliśmy, wywlekliśmy graty i ......koniecznie trzeba się było rozgrzać, co zrobiliśmy pospołu z rodziną Wieśniaka, który to niecierpliwie nas wypatrywał, bo chwilowo nie posiadał w swym gospodarstwie wody zdatnej do picia, a która to w naszym gospodarstwie leje się szczęśliwie od zeszłego roku z wodociągu sponsorowanego częściowo przez szanowną Unię. Tego dnia upojeni zapachem świerkowego lasu i paroma kieliszkami rozgrzewającej cytrynówki, szczękając zębami poszliśmy spać nieświadomi, co czekać nas miało nazajutrz.
Jeśli myślicie, że nazajutrz i nazajutrz i nazajutrz było błogie, majówkowe lenistwo to się grubo mylicie. Bo Mnemo z Wu, jak poczują zew ziemi w krwi to opamiętania nie mają ino od rana do nocy, ryją w ziemi, piłują, sadzą, grabią, burzą i budują. Krótko mówiąc, dają sobie " w tytę". I to tak potwornie, że Mnemo pod koniec dnia, żeby wstać z krzesła wymaga pomocy Wu, a Wu zmęczony do granic wytrzymałości, zaczyna pleść wierszyki tego typu.
Był sobie dziad i baba,
Bardzo starzy oboje:
Ona - kaszląca, słaba,
On - skurczony we dwoje.........
Trochę siłą, ale też i łagodną perswazją wytłumaczyłam mojemu zgiętemu we dwoje małżonkowi, że spacer nam się należy i ten rowerowy i ten nożny, ten nożny szczególnie psu naszemu wiernemu. Wu dał się odciągnąć od łopaty, grabi i siekiery i pojechaliśmy rowerami na śliczną dziką łąkę, gdzie wciągnął mnie przemocą na wysoooooką ambonkę, żeby podziwiać widoki. Może miał nadzieję, że z niej zlecę, połamię kulasy i przestanę go odciągać od ulubionych utytowiających zajęć?
Nie zleciałam jednak i musiał wykonać też spacer nożny, z którego rad bardzo był nasz piesek, który miło sporego obszaru działki i tak uważa, że spacer po lesie należy mu się , jak psu.....buda?
I tak spacerując, nieoczekiwanie w środku lasu napotkałam na jeden krzaczek prześlicznych sasanek, które chyba tam znalazły się przypadkiem, bo nigdy w tych lasach nie widziałam żadnej sasanki.
W drodze powrotnej z rowerowej przejażdżki weszliśmy na zapuszczony leśny cmentarzyk, któremu właśnie ( a może tylko bramie) stuknęło 100 lat. Przekonaliśmy się, że dewastacja i kradzież starych krzyży sięgnęła zenitu, bo został tylko jeden krzyż, a kiedyś było ich tutaj kilka.
3 maja od rana sobie padało, co dało mi możliwość poczytania książki, bo Wu założył buciory i bluzę z kapturem i poszedł porządkować jaszczurkowo-owadzi zakątek. W sumie rozebrał go i przy mojej pomocy w dniu następnym zbudował na nowo. A po obiedzie przyszli znajomi i uchronili Wu od kolejnego wieczoru pod tytułem " on skurczony we dwoje".
Jaszczurzy zakątek (na kamieniach w słoneczne dni wygrzewa się ich kilka) został od nowa zakomponowany,a do wystroju doszło stare okno z ponad stuletniej chałupy, które dostaliśmy, a może nawet wycyganiliśmy od sąsiadów. Wszystko zostało obsiane i obsadzone kwiatami i bluszczami czego oczywiście jeszcze nie widać. No wolnym kołu stanie jeszcze jeden domek dla owadów.
Tak to było i nic nie zmyślam. Potwierdzam też, że na Mazury zawitała wiosna, bo przylaszczki i zawilce kwitną w lesie, brzozy osnuły się seledynową mgiełką. U mnie też parę kwiatków zakwitło, a ptaki urzędują obok budek i ze zdwojoną siłą urzędują w karmniku. Przyleciał jakiś nowy, żółty, jak skowronek, chyba dzwoniec i stary dobry znajomy dzięciołek, który wyżerał łapczywie ziarna słonecznika.
A dzisiaj, w dniu wyjazdu było pięknie, słonko świeciło, zachęcając do pokazania nóżek i dekoltu, ale na to już nie było czasu, bo wolałam wietrzyć pościele na płocie, których pilnował dzielnie nasz wierny pies.
A teraz czekamy do następnego wyjazdu, bo zaplanowanych prac mamy jeszcze ho, ho i pewno, jak zwykle damy sobie porządnie w tytę:))

U mnie to samo, koniecznie podaj szczegóły obsadzania tego zakątka, mam podobny teraz na warsztacie - szukam inspiracji;)))
OdpowiedzUsuńObsadziłam, tym, co miałam. Za oknem z nasion wilce i kobeę (nie zakwitnie chyba,ale się poplącze,)słoneczniki, maciejkę. Bo bokach okien bluszcz (wzięłam z tarasu), wokół przesadziłam z rabatek dzwonki brzoskwiniolistne, margerytki. Między kamieniami rojniki. Wokół rozsiałam goździki brodate. Zobaczymy, jak to wszystko wyrośnie....
UsuńA goździków najpierw nie do korytka, a potem do ziemi??? to ciekawe...
UsuńZa późno na korytka, to nasiona z kwiatów z zeszłego roku. W tym roku najwyżej nie zakwitną.......
UsuńJa też mam takie, spróbuję Twojej metody;)))
UsuńPrzyjęłam zasadę, chce niech rośnie, bo wiesz na tych Mazurach i moim ugorze to kiepska sprawa z tym bujnym wzrostem.....
UsuńDlaczego kobea miałaby nie kwitnąć? Może trochę za wcześnie posiana, ale jeśli nie będzie mrozu? Ona długo wschodzi, nie zniechęcaj się. Ja też dałam sobie "w tytę", chociaż ostatnie dwa dni pląsałam wokół Niekwitnącej ciągle Gruszy. Pląsanie też jest fatygujące.
OdpowiedzUsuńPonoć nie wysiana do korytek wczesną wiosną, a potem pikowana do ogrodu nie ma szans kwitnąć, no chyba, że w październiku, szczególnie na Mazurach. Przymrozki? Nie strasz, bo ja już pod altaną wsadziłam taką jedną podrośniętą, zakupioną za całe 16 zeta....
UsuńA pląsałaś na jaki temat?? Grabiowo-szpadlowy, czy gastronomiczny?
Kto Ci to powiedział? W ubiegłym roku wysiałam prosto do korytka i kwitła jak głupia!
OdpowiedzUsuńUstanowiłam właśnie Święto Kwitnącej Gruszy, która jest dzika, ogromna i rok w rok obsypana kwieciem, a potem pierdylionem ulęgałek, które spadają i fermentują jesienią. Co ktoś do nas przyjedzie, jest przekonany, że coś gdzieś pędzimy, tylko nie chcemy się przyznać. Dawno powinna kwitnąć, więc zaprosiłam koleżanki na Święto Kwitnącej Gruszy. A ona nie zakwitła! Ale święto i tak udało się nadzwyczajnie.
W Japonii mają święto kwitnącej wiśni, u Ciebie gruszy, piknie. A tańczyłyście wokół w białych powiewnych szatach z wiankami kwietnymi na głowach? Bo by tak pasowało, może by to gruszę zachęciło do kwitnienia.....
UsuńA dlaczego nie pędzisz? Wino gruszkowe mogłoby być dobre........A suszysz te ulęgałki? Bo kompot z takich suszonych dobry oj dobry...
Nie pędzę i nie suszę. Ale chyba zacznę.Pląsałyśmy, ale tak w 3/4, bo rzeczona grusza na skarpie stromej stoi i zaraz za nią jest płot, w kółko się nie da. Pląsałyśmy raczej mentalnie, za to zamiast wianków miałyśmy odjazdowe kapelusze z piórkami i innymi szykanami.
OdpowiedzUsuńno to ja Ci tu linka z przepisem wklejam http://www.winiarze.pl/artykuly/wina/przepis-na-domowe-wino-z-gruszek, a jak się uda to przy jakiej okazji może i spróbuję:)))
UsuńWiklina ma się dobrze, puszcza listeczki, dziś dosadziłam jeszcze tą, co siedziała w wodzie (ma korzonki) w taki kąt, który do tej pory jeszcze był nietknięty, ale go w ramach utytowiania oczyściłam:))) Wiklina dostała bojowe zadanie, odsłonić nas od drogi.....da radę?
Jeśli trafi na podatny grunt to da, jeśli nie, będzie po prostu słabsza, ale będzie. Tnij ją - oczywiście jak już będzie co ciąć, zawsze możesz dosadzić z własnych patyków - tych, które utniesz.
UsuńIdę spać, bo zaraz dziabnę nosem w klawiaturę. Pląsam od wczoraj, gości pożegnałam w zasadzie dopiero co. Tak się rozochocili, że chcą Noc Świętojańską tu przepląsać. Ale w powiększonym składzie. Wychodzi - skromnie licząc - 14 sztuk...Mam ambiwalentne odczucia.
OdpowiedzUsuńJutro do huty? Pa!
Do huty, a jakże!!! Przecież kocham hutę:)))
UsuńTo Ci jutro maila napiszę, bo i ja idę nyny aa......
O matko , ale Wy pracowite ?? !!
OdpowiedzUsuńJa wypoczywałam, totalne leniwo....:-)))
Nie można by Was przetransferować do mojego ogrodu, skoro tak lubicie sie zmasakrować w ziemi? ;-) Wspaniale pracowicie spędziłaś weekend. Podziwiam :-)
OdpowiedzUsuńW sumie to przyjemne uczucie takie fizyczne zmęczenie, szczególnie, bo tygodniach spędzonych w hucie , gdzie tylko głową trza pracować:)
UsuńJa tam aż tak się nie masakruję. Ogród mam w miarę bezobsługowy. Z naciskiem na "w miarę".
OdpowiedzUsuńMój mam nadzieję, że tyż bedzie, za lat parę bo w takim tempie tu wszystko rośnie.....
UsuńTak - Ja też podziwiam - bo ja nic tylko leniuchuje - nastawiam się psychicznie do pracy :)))
OdpowiedzUsuńTo mój syn tak kiedyś fajnie podsumował swoje działania w sferze malowania jakiegoś obrazka na ocenę " kończę się już zabierać....."
UsuńNo to dzielny ten Twój Wu skoro taki był zgięty w pół czy we dwoje już nie pamiętam i się wdrapał na taka budowle wątpliwej jakości i jeszcze Ciebie zapędził. Uroczy łykend opisałaś i żeby tam nie wiem co to i tak lepiej niż w mieści a za kotkami rozpłaszczonymi też sobie popłakuję w ukryciu.......
OdpowiedzUsuńPięknie. Widać włożoną pracę i podziwiam, ze jeszcze po tym spacer :-) Pewnie, ze lepiej gnić na Mazurach niż w Mieście :-)
OdpowiedzUsuń