środa, 15 maja 2013

A teraz z innej beczki, ubiory komunijne dawniej

Miałam opisać dalszą część wycieczki i zwiedzanie w Pompejach, ale czytając  na innych blogach o współczesnych komuniach, postanowiłam pokazać Wam zdjęcia rodzinne, moich ciotek, wujków,  i mnie samej w strojach komunijnych.
A było to dawno, dawno temu, za lasami, za górami, w czasach, kiedy do pierwszej komunii nie strojono dziewczynek w "bezy", nie prowadzano do kosmetyczki i fryzjerki, a prezenty były sprawą drugorzędną, albo ich nie było wcale....

Zaczynamy od zdjęć najstarszych:

Ciotka Bronka, siostra mojej Babci, rocznik, jeśli dobrze pamiętem, 1904 i jej mama Marianna.




A to siostra ciotki Bronki, nie wiem, kiedy się urodziła. Dość młodo zmarła i jej nie znałam.




Kolejna siostra, jedna z młodszych. Też jej nie pamiętam.




Nie wiem, kim jest ta dziewczynka w stroju komunijnym, ale zdjęcie pochodzi z albumów rodzinnych. Uroczy strój prawda? Z pewnościa jest to zdjęcie zrobione przed rokiem 1920.



A to już moja ukochana babcia Marta ( to wyższa) rocznik 1906 z młodszą siostrą Stasią.




W latach 30 XX wieku, chłopcy do komunii udawali się w takich oto strojach. Ten wyższy to mój ojciec, rocznik 1927 r. Młodszy brat obok stoi, tak dla uwiecznienia na fotce.Z opowiadań ojca pamiętam, że po nabożeństwie kościelnym w domu odbyło się "przyjęcie", na którym była tylko matka chrzestna, poczęstunek stanowił placek drożdżowy i kawa zbożowa. Prezentem był jakiś pieniążek, ale już nie pamiętam ile to było, z pewnością symboliczna kwota. Komunista po "przyjęciu" przebrał się w zwykłe ciuchy i poszedł.......paść kozy na łące.



Ten chłopiec na zdjęciu to Stefan,syn cioci Stasi, siostry babci Marty ( tej ze zdjęcia powyżej) Lata 50-te XX w.



A to już czasy późniejsze, powojenne i moja ciotka Truda, ( córka jednej z dziewczynek  ze zdjęcia powyżej, najmłodszej z sióstr). W czasach mojego dzieciństwa ciocia Truda była dorosłą kobietą, miała córki w moim wieku i była dla mnie uosobieniem kobiecej urody  zaraz po Marilyn Monroe)




Ciocia Truda i dziewczynka poniżej to kuzynki. Ciocia Genia to jest siostra mojej mamy,  rocznik 1937.



A to moja śliczna kuzynka Bogusia, córka brata mojego taty. Chciałam mieć takie śliczne włosy i taką lilię do komunii, ale nie miałam.



Rok 1950, warszawskie Bielany i ciocia mojego męża Ania w stroju komunijnym. Widać, że miastowa prawda?



A  tak paradnie cioteczka sobie do tej komunii jechała, a wszystko to działo się w stolicy. Trudno w to uwierzyć prawda?




A to już ja we własnej osobie. Szalone lata 70 -te. Królujące elastiki, elastany, nonairony i krempliny. Pamiętam, jak babcia Marta mi obiecywała, że do komunii  kupi mi kremplinę na sukienką, bo to był wtedy hit. No i miałam taką sukienkę z krempliny i na dodatek z baskinką, też szczyt mody w tym czasie!!! Wtedy do komunii nie chodziło się w długich sukniach, te były zarezerwowane dla panien młodych. Tylko jedna z dziewczynek w moim roczniku miała długą suknię i pamiętam, że dorośli byli tym zniesmaczeni.

Nie byłam oczywiście ani u kosmetyczki, ani fryzjerki. Za fryzurę służyły mi loki, uczesane w dwa kucyki. Starsze siostry, moje cienkie włosiny nakręciły poprzedniego wieczora na klamerki do bielizny i tak spałam z nimi całą noc, piły w głowę te klamerki niemiłosiernie. A loki rano po zdjęciu klamerek były.....kwadratowe.
Pamiętam, że po obiedzie zdjęłam tą prześliczną kremplinową sukienkę i ganiałam po podwórzu z kuzynostwem w samej halce, żeby kiecki nie zabrudzić.
Kiecka poszła dalej w świat, chyba została sprzedana w komisie.
A prezenty, które dostałam? Niektóre były dziwne, np. serwis do kawy w różyczki, nawet mam jeszcze cukierniczkę, albo komplet sztućców i też mam go do dziś. Dostałam też pieniążki, z których rodzice kupili mi składak wigry i zegarek Czajka, kwadratowy  z czerwonym cyferblatem produkcji CCCP. Reszta poszła na wydatki komunijne.



Może w którymś z postów pokażę, jak kształtowała się moda na sukienki ślubne, bo w albumach rodzinnych też mam sporo takich zdjęć.
Dopiero na tych zdjęciach widać, jak bardzo ta moda się zmieniła, prawda?
Gdybym miała córkę, która teraz by szła do komunii to chyba sprawiłabym jej taką sukienkę retro.....

A o Pompejach jeszcze napiszę, obiecuję:)))

Pompeje

W Pompejach zrobiłam duuuuuuużo zdjęć. Nie pokażę ich wszystkich bo to jest niemożliwe. Nie wszystko też jestem w stanie powtórzyć to, co opowiadała Pani Basia -przewodniczka od 35 lat mieszkająca we Włoszech ( nawiasem mówiąc super babeczka), bo tych informacji było multum. Musiałam jednocześnie słuchać opowiesci Basi ( na szczęście w słuchawkach, robić fotki, i starać nie zgubić sie w tłumnie)
W Pompejach było ciepło, ba było gorąco:)))
Na wejściu dowiedziałam się jak wygląda akant, wstyd się przyznać, ale myślałam, że to pnącze, a akant to roślina przypominajca nasz rabarbar, tylko subtelniejsza i delikatniejsza, z pięknymi kwiatami, które miały tuż, tuż zakwitnąć.


A potem oczom naszym ukazały się ruiny pokryte wiosenną i nie tylko roślinnością....


Zaraz potem coś dla ducha, amfiteatr, obok były pokoje w zasadzie cele, aktorów, gdzie pomieszkiwali, spali, jedli, pili, przyjmowali damy.........


Widok na charakterystyczną pompejańską ulicę. Zdjęcie tego nie oddaje ale w bruku widać wyżłobione ślady po kołach od wozów. Te duże kamienie w poprzek to zebry, czyli przejścia dla pieszych. W Pompejach nie było kanalizacji, więc ścieki płynęły ulicą, stąd konieczność przejść dla pieszych.


 W Pompejach żyją dzikie? bezpańskie? psy. Śpią sobie w najlepsze w cieniu uliczek mając w nosie przechodzące tłumy......

 

A to już pompejański bar, było ich na każdej ulicy kilka. Zimą napitki były podgrzewane w amforach, latem serwowano zimne. Kubek wina nie był drogi, tyle samo kosztowało zażycie przyjemności z dziewczyną/kobietą w .......burdelu...


 Zanim dostaliśmy się do burdelu, to trza było czekać na wejście w kolejce. Miałam zaszczyt zobaczyć, a potem pogłaskać oryginalnego pompejańskiego, kamiennego fallusa. Taki fallus nad wejściem do domu oznaczał, że kobieta tam zamieszkująca na własną.....powiedzmy to rękę, świadczy erotyczne usługi.....


Ponoć jest taki zwyczaj, że tego fallusa kamiennego każda kobitka zwiedzjąca Pompeje musi pogłasakć, pomiętosić. No to ja też, jak wszyscy to wszyscy i babcia też .....pomiętosiłam.....


A potem weszliśmy do pompejańskiego burdelu. Na ścianach freski z oferowanymi usługami. Basia nam cierpliwie wyjaśniała, że pompejanie chadzanie do burdelu uznawali za rzecz zwyczajną, ot rano szli do piekarni po chleb, po drodze wstępowali do burdelu (nie wiem jak się wtedy taki przybytek nazywał) korzystali z taniej usługi (tyle, co za kubek wina) i wracali do swych domów, żon..... Nas to szokuje??? Pewno tak, bo nie ma takich zwyczajów i przyzwolenia, ale, jak Basia podkreślała cały czas, trzeba pamiętać o tym, że było to 2000 lat temu..... Pompejanie żyli wygodnie, chcieli i mogli przyjemnie spędzać czas, normy społeczne były inne niż dziś, a pomagał im w tym wygodnym pełnym uciech życiu ciepły klimat, przyroda, wino i seks........

No cóż mam wrażenie, że mogłabym być pompejaninem i to od zaraz ............... 

Na zdjęciu freski z oferowanymi usługami...



 A to kamienne łoże, miejsce wykonywania najstaszego zawodu świata......


I na tym dziś skończę, bo post zrobi się nieznośnie długi, a kończąc w tym miejscu pozostawiam miejsce na fantazję, jak to fajnie w tych Popmpejach mieli, zanim im Wezuwiusz numeru pewnego dnia nie wykręcił.................................................................................................................................

A to on, winowajca, zagłady raju na ziemi, którym były Pompeje 2000 lat temu....



Ciąg dalszy nastapi...........................................

poniedziałek, 13 maja 2013

Rimini

Tuż przed wyjazdem do Wenecji, po odwiedzeniu kilku innych miejsc, kiedy zmęczenie dawało się już we znaki, zawieziono nas pewnego wieczoru do pięknego hotelu w Rimini i oznajmiono, że zostajemy tu na dwie noce.
Choć jestem łazęgą i lubię zwiedzać tą informację przyjęłam z ulgą. Cały dzień dla siebie, dla nas. Bez patatajni. Ufffff.
Obejrzałam dwa wschody słońca, poleżałam na plaży i wykąpałam się w Adriatyku, a wszystko to 18 kwietnia!!!!


Pospacerowałam po plaży, pozbierałam muszelek, poleżałam w pięknym łożu i w zasadzie już dość miałam takiego wypoczynku. To nie dla mnie, z całą pewnością urlopu bym tak nie potrafiła spędzić.


Na plaży byliśmy  tylko my i czasami jacyś mieszkańcy na spacerach, ubrani od stóp do głów. Cisza i spokój, nie wyobrażam sobie tego zgiełku pod oknami podczas sezonu, zwiałabym po 2 godzinach.


W sąsiednich hotelach całą parą trwały przygotowania do otwarcia sezonu. Włącznie z przywożeniem wywrotkami piasku na plażę. A plaża po horyzont.......

Natomiast w naszym hotelu bardzo spodobał mi się wystrój. Wypisz, wymaluj w sam raz dla mnie.

Nie omieszkałam zrobić fotek.




Otóż na każdym pietrze stały, komódki, skrzynie i szafeczki pięknie ozdobione, dekupażowo też.





Zaraz nabrałam ochoty na przerobienie śmietnikowej komódki, która już od kilku miesięcy czeka na zmiłowanie, czyli żeby w końcu jakoś ją przerobić. W tym celu, w ostatni weekend, licząc na sprzyjającą pogodę i możliwość pracy "pod chmurką", wywiozłam komódkę do Kaczorówki.
Oczywiście pogoda zepsuła się w 5 minut po naszym wjeździe na działkę, no zaczęło bezczelnie padać, choć cały dzień był potworny upał!!! Tylko sąsiad miał ubaw,  przyleciał pędem, śmiejąc się do rozpuku, twierdząc, że my zawsze przywozimy "taką"  pogodę. Ponieważ nie mógł (przez ten deszcz) flancować dalej sadzonek na grządkach, to tak sobie z Wu na tarasie zasiedli i "flancowali" piwo w gardziołka do północy. Ja poszłam spać mając nadzieję, że zdołam podziałać nazajutrz przy komódce. Zdołałam, ale nie pod chmurką, tylko w chałupce, bo ziąb był paskudny.
Efekt końcowy może będzie za tydzień, albo dwa. Powiem tylko, że komódka będzie w tonacji wyblakłego różu, tzn. będzie kremowa, ale róże będą takie wyblakło-różowe. Wu, jak zobaczył początki to skrzywił się z niesmakiem. Chłop to potrafi zachęcić do działań.......

Ale Wam pokaże, jak skończę, ciekawe czy też Wam się nie będzie podobać:))))

Buziaczki dla Wszystkich i witam gorąco nowe obserwatorki:)))

wtorek, 7 maja 2013

Wenecja

Chciałam tak ładnie, chronologicznie, opisać te ponad 5000 km, które przejechałam w te i nazad, ale chyba nie dam rady. Bo w Wenecji to byłam już prawie pod koniec pobytu we Włoszech, w zasadzie w drodze powrotnej. I to był jedyny dzień podczas całej wycieczki, kiedy nie świeciło słonko.
Jestem przeciwniczką wyjazdów zorganizowanych, ale tym razem skusiłam się na "objazdówkę". Dlaczego? Bo było w miarę tanio, bo chciałam wygody, spać, jeść, zwiedzać, nie prowadzić samochodu, i zobaczyć w końcu kawałek świata, gdzie już nie leży śnieg ( wyjeżdżając zostawiałm go u nas sporo)
Czy mi się podobało? Tak, ale mam parę uwag. Jeśli się w ciągu 9 dni robi się taką trasę



to siłą rzeczy nie da się zwiedzać dokładnie. I przeszkadzało mi czasami to tempo. Tu głaszczemy Świętego Piotra po nóżce, tu potrzymamy fallusa w Pompejach, i pędzimy dalej. Normalnie zdjęć spokojnie zrobić nie mogłam. Ale nabrałam ochoty na dokładniejsze poznanie tego sympatycznego i pięknego kraju.

Wenecja jest szczególna, ponoć chyli się ku upadkowi. Młodzież ucieka z tego miasta na stały ląd, budynki są w złym stanie. Ja nie czułam  paskudnego zapachu z kanałów, ale może dlatego, że dzień nie był zbyt upalny? Za to widziałam, co obrasta kanały i ile śmieci w nich pływa.


W Wenecji wszędzie są tłumy, choć o dziwo nie drażniły mnie tak , jak te moje miejskie. I zdecydowanie powinno się Wenecję zwiedzić na początku, choćby dlatego, że to właśnie tu można kupić piękne weneckie maski, czy biżuterię z weneckiego szkła. Niestety ja już kasę wydałam wcześniej i tu musiałam się zadowolić maską za 10 euro.


Ale były też za kilkadziesiąt i kilkaset euro:)) Ponoć za kilka tysięcy też, ale ja nie widziałam.


Na biżutki też sobie tylko popatrzyłam na wystawach



 A szklane kaczki ( mam sentyment do kaczek) były zupełnie poza moimi możliwościami finansowymi, nawet jakbym od początku wycieczki nic nie wydawała.


Nie popłynęłam też gondolą, ponoć gondolier zaczyna gadać od 100 euro za 20 minutową przejażdżkę.




Nie wiem, czy to wina pogody była, czy zbyt wygórowanych cen, ale faktycznie pustych gondol było więcej niż tych pływających, a w tych prawie zawsze turyści z dalekiej Azji, pstrykający zdjęcia na prawo i lewo, cyk, cyk, cyk.
Gondolierzy wyczekiwali na chętnych, których było, jak na lekarstwo.


Jakoś dopchałam się do barierki, żeby bez tłumu zrobić fotkę Mostu Westchnień i wysłuchać opowieści, jak to kochanki pomogły z więzienia zbiec Casanowie, a który doń był prowadzony również tym mostem.

Zachwyciła mnie bazylika świętego Marka, jest finezyjna i cudna. Wnętrze też trochę fotografowałam, ale zwiedza się ją idąc w sznureczku turystów, nie można się zagapiać, to zdjęcia są byle jakie.





Na placu miałam okazję byś zaatakowana przez gołębie, a to za sprawą czarnolicego, młodego człowieka, który wsypał mi na rękę jakieś ziarna, a jak już te gołębie mnie obsiadły i Wu narobił mi zdjęć to zaczął za mną leźć i domagać się 2 euro. Nawet się nie skapowałam, że to wciskanie ziarna w rękę to jest metoda na wyłudzanie kasy.

Nawet piękne Wenecjanki nie chciały pozować za darmo,  wszędzie ten interes i niżej "jedne euro" to nawet siku nie zrobisz.


Potem nastąpił ostatni rzut oka na kanały i jazda do hotelu na nocleg.


Tarvisio przywitało nas wieczornym alpejskim chłodkiem, a butelka grappy wypita ze znajomymi na tarasie łagodnie ukołysała do snu. Ostatniego już na włoskiej ziemi. Rankiem wyjechaliśmy w drogę powrotną.

c.d.n


niedziela, 5 maja 2013

Jak sobie Mnemo z Wu w tytę dawała....

Mam tyle zaległości blogowch i gdyby tak chronologicznie zacząć to musiałabym zacząć od wyjazdu do Włoch. To mi jednak nie ucieknie, a i tak zdjęć jeszcze nie uporządkowałam. No bo przecież zaczął się sezon na Mazury.
Co zrobiła Mnemo w długaśny weekend? Ano pojechała oczywiście do Kaczorówki wprzódy wysłuchując kolejnych prognoz pogody, co jednej to gorszej. Raz kozie śmierć, no przecież nie będę gnić w mieście przez tyle dni. Gnicie na Mazurach jest zdecydowanie lepsze, bo gnije się najwyżej z wilgoci, a nie z nudów.
Mając za nic złośliwą aurę, zapakowałam do Madzi psa, męża, tobołki z żarełkiem i napitkami wszelakimi (tymi, co chronią od zimna i wilgoci tyż) i popędziłam. Tzn. Wu popędził  bo ja w trasie lubię oglądać widoki. Nic to, że po raz setny chyba, ale i tak lubię się podczas jazdy gapić w okno, jak sroka w gnat i co chwilę rozpraszać kierowcę swoimi spostrzeżeniami typu, o....... sarenki, o bociany.......o śliwki kwitną....o rozjechany kotek, biedny kotek...... itd, itp.
No dobra dojechaliśmy, wywlekliśmy graty i ......koniecznie trzeba się było rozgrzać, co zrobiliśmy pospołu z rodziną Wieśniaka, który to niecierpliwie nas wypatrywał, bo chwilowo nie posiadał w swym gospodarstwie wody zdatnej do picia, a która to w naszym gospodarstwie leje się szczęśliwie od zeszłego roku z wodociągu sponsorowanego częściowo przez szanowną Unię. Tego dnia upojeni zapachem świerkowego lasu i paroma kieliszkami rozgrzewającej cytrynówki, szczękając zębami  poszliśmy spać nieświadomi, co czekać nas miało nazajutrz.
Jeśli myślicie, że nazajutrz i nazajutrz i nazajutrz było błogie, majówkowe lenistwo to się grubo mylicie. Bo Mnemo z Wu, jak poczują zew ziemi w krwi to opamiętania nie mają ino od rana do nocy, ryją w ziemi, piłują, sadzą, grabią, burzą i budują. Krótko mówiąc, dają sobie " w tytę". I to tak potwornie, że Mnemo pod koniec dnia, żeby wstać z krzesła wymaga pomocy Wu, a Wu zmęczony do granic wytrzymałości, zaczyna pleść wierszyki tego typu.


Był sobie dziad i baba,
Bardzo starzy oboje:
Ona - kaszląca, słaba,
On - skurczony we dwoje.........

Trochę siłą, ale też i łagodną perswazją wytłumaczyłam mojemu zgiętemu we dwoje małżonkowi, że spacer nam się należy i ten rowerowy i ten nożny, ten nożny szczególnie psu naszemu wiernemu. Wu dał się odciągnąć od łopaty, grabi i siekiery i pojechaliśmy rowerami na śliczną dziką łąkę, gdzie wciągnął mnie przemocą na wysoooooką ambonkę, żeby podziwiać widoki. Może miał nadzieję, że z niej zlecę, połamię kulasy i przestanę go odciągać od ulubionych utytowiających zajęć?



Nie zleciałam jednak i musiał wykonać też spacer nożny,  z którego rad bardzo był nasz piesek, który miło sporego obszaru działki i tak uważa, że spacer po lesie należy mu się , jak psu.....buda?
I tak spacerując, nieoczekiwanie w środku lasu napotkałam na jeden krzaczek prześlicznych sasanek, które chyba tam znalazły się przypadkiem, bo nigdy w tych lasach nie widziałam żadnej sasanki.


W drodze powrotnej z rowerowej przejażdżki weszliśmy na zapuszczony leśny cmentarzyk, któremu właśnie ( a może tylko bramie) stuknęło 100 lat. Przekonaliśmy się, że dewastacja i kradzież starych krzyży sięgnęła zenitu, bo został tylko jeden krzyż, a kiedyś było ich tutaj kilka.




 3 maja od rana sobie padało, co dało mi możliwość poczytania książki, bo Wu założył buciory i bluzę z kapturem i poszedł porządkować jaszczurkowo-owadzi zakątek. W sumie rozebrał go i przy mojej pomocy w dniu następnym zbudował na nowo. A po obiedzie przyszli znajomi i uchronili Wu od kolejnego wieczoru pod tytułem " on skurczony we dwoje".


Jaszczurzy zakątek (na kamieniach w słoneczne dni wygrzewa się ich kilka) został od nowa zakomponowany,a  do wystroju doszło stare okno z ponad stuletniej chałupy, które dostaliśmy, a może nawet wycyganiliśmy od sąsiadów. Wszystko zostało obsiane i obsadzone kwiatami i bluszczami czego oczywiście jeszcze nie widać. No wolnym kołu stanie jeszcze jeden domek dla owadów.

Tak to było i nic nie zmyślam. Potwierdzam też, że na Mazury zawitała wiosna, bo przylaszczki i zawilce kwitną w lesie, brzozy osnuły się seledynową mgiełką. U mnie też parę kwiatków zakwitło, a ptaki urzędują obok budek i ze zdwojoną siłą urzędują w karmniku. Przyleciał jakiś nowy, żółty, jak skowronek, chyba dzwoniec i stary dobry znajomy dzięciołek, który wyżerał łapczywie ziarna słonecznika.















A dzisiaj, w dniu wyjazdu było pięknie, słonko świeciło, zachęcając do pokazania nóżek i dekoltu, ale na to już nie było czasu, bo wolałam wietrzyć pościele na płocie, których pilnował dzielnie nasz wierny pies.




A teraz czekamy do następnego wyjazdu, bo zaplanowanych prac mamy jeszcze ho, ho i pewno, jak zwykle damy sobie porządnie w tytę:))