Dziś mam dla wszystkich zainteresowanych życiem w majątkach przedwojennej Polski ciekawostkę w postaci filmu, który czasy wojennej zawieruchy i komunizmu przetrwał w .......konwi na mleko.
O czym jest ten film? Poniżej jego streszczenie żywcem przeniesione ze strony.
"Paweł Doerffer był synem Karla Julisa, ewangelickiego pastora, który ożenił się z przyjaciółką hrabiostwa Mycielskich - Polką, katoliczką, noszącą nazwisko Szafarska. Ich syn Paweł, całkiem już spolonizowany, w 1886 roku objął administrację dóbr w wielkopolskich Pawłowicach. Syn Stefan, zdobywszy odpowiednie wykształcenie, poszedł w jego ślady i 21 lat później został w Pawłowicach plenipotentem. Administrował dobrami obejmującymi trzy klucze - w Pawłowicach, Łęce Wielkiej i Mchach. Wchodzące w ich skład majątki i folwarki to ponad 10 tysięcy ha gruntów uprawnych, obory, stajnie, gorzelnie, krochmalnie, młyn, tartaki, cegielnie... Stefan Doerffer miał siedmioro dzieci. Wśród nich - syna Stefana, który już jako chłopiec fotografował, a z czasem jego pasją stało się filmowanie. Kupił w Poznaniu amerykańską kamerę Cine Kodak i utrwalał na taśmie sceny z życia rodziny. Kiedy wybuchła wojna, film, kamerę i projektor ukryto w konwi na mleko. W 1946 roku Stefan Doerffer wyjął pamiątki ze skrytki i przechowuje je do dziś. W 1998 roku rodzina zdecydowała, że film można zaprezentować publicznie. Miał się tym kto zająć: pasję Stefana przejawił po latach jego siostrzeniec, Krzysztof Magowski, dziś reżyser filmowy. I oto Magowski, rekomendując i wykorzystując film wujka, wprowadza widza w tamten odległy świat. Pod okiem współczesnej kamery sędziwy dziś Stefan wędruje po dawnych śladach, w czym towarzyszą mu równie wiekowi bracia - Jerzy i Antoni. Starsi panowie wjeżdżają w dzieciństwo i młodość lśniącym studebackerem, jakby wyjętym z sepiowych kadrów kręconych sześćdziesiąt lat temu. Niezbyt pewnie, podpierając się laseczkami, przemierzają wnętrza, wspinają na schody, zatrzymują w alejach, po których biegali jako dzieci, a jako nastolatkowie pędzili z hukiem na swoich ukochanych motocyklach. Przekomarzają się i strofują szukając w pamięci szczegółów, wspominają dawne zdarzenia i anegdoty z przeszłości, do której powracają z sentymentem i radością, bo - jak mówią -żyli w bardzo udanej i szczęśliwej rodzinie. Ze wzruszeniem i rozbawieniem oglądają razem film Stefana i w dzisiejszym pejzażu Pawłowic, Łęki, Brzostwoni, Żytowiecka i Księża Wielkopolskiego starają się odnaleźć ślady tamtych ujęć, powtórzyć sceny, przywrócić ich atmosferę. Pałac w Pawłowicach szczęśliwie nadal stoi, równie piękny i okazały, służąc dziś Zootechnicznemu Zakładowi Doświadczalnemu. Zachowano też dawne parowe maszyny - takie same jak te, które Stefan uwiecznił na polach ojca. Stoi też pałac w Łęce, gdzie psotni chłopcy uczyli kury latać. Trwa Brzostownia - do której rodzina przeniosła się w 1933 roku, kościół w Żytowiecku, gdzie Doerfferowie chrzcili dzieci. Jest i stacja w Księżu Wielkim, z której Jerzy w sierpniu 1939 roku odjeżdżał, by podjąć studia na Wydziale Okrętowym Uniwersytetu w Glasgow. Jego pies biegł jakiś czas za pociągiem, a potem usiadł na torach - zardzewiałych dziś i zarośniętych trawą, bo nie używanych od 1996 roku - i żegnał pana wyciem, jakby czując, że już go nigdy nie zobaczy... Jest też komórka w Księżu, w której Niemcy zamknęli ich ojca, by wkrótce potem rozstrzelać - za to, że nie chciał podpisać folkslisty. Choć wszystko to trwa, to jednak tylko materialnie. Nie ma już świata, który Stefan utrwalał na taśmie. Mimo że przecież jakiś ciąg dalszy nastąpił..."
źż\ródło: http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?film=4212902
Film jest dostępny na: http://stopklatka.iplex.pl/filmy/swiat-moich-wujkow,8028. Trzeba zainstalować dodatek do przeglądarki, ale jest to dosłownie chwila. Na jutubie filmu niestety nie ma.
Dla mnie to bardzo interesujący temat, swego czasu zjeździłam południową Wielkopolskę w poszukiwaniu takich perełek, pałaców i folwarków. Dużą pomocą w tych poszukiwaniach był mój ojciec, który topograficznie był doskonale zorientowany, a o niektórych majątkach potrafił opowiadać ciekawe historie. Szczególnie bliski był mu pałac w Mojej Woli, w którego okolicy w czasie okupacji był na służbie u Niemca. Widywał nawet ostatnią dziedziczkę pałacu w Mojej Woli. Zebrałam to wszystko w jedną "kupkę" i tak powstała moja praca magisterska. Podczas zbierania materiałów niejednokrotnie serce mi się ściskało widząc w jakim stanie dziś są niektóre z tych perełek.
Najbardziej mi żal pałacu w Mojej Woli, prawdziwej perełki wśród pałaców, ale o tym już pisałam TU.
Pałac w Kotowiecku miał więcej szczęścia, nie jest ruiną, jak wiele innych, ale też nie można powiedzieć, że jest w świetnej kondycji. W czasie, kiedy zbierałam materiały w jego murach było zlokalizowane przedszkole, czy jest tam nadal tego nie wiem.
To jest jednak nic w porównaniu z tym, jak prężnie działał ten majątek w czasach swojej świetności.
Wyobraźcie sobie, że w 1729 r. w Kotowiecku był dwór, owczarnia, stodoły, obory, karczma i 13 chałup. Majątek liczył 340 ha. Czynna była cegielnia i wiatrak, hodowano bydło szwajcarskie. Pod koniec XIX w. czynna była gorzelnia, istniało połączenie tzw. tramwajem konnym z Biniewem, działała mleczarnia, stosowano pługi motorowe, chowano 530 sztuk bydła i 1200 świń. W 1917 r. w Kotowiecku założono sklep "Konsum" dla urzędników i robotników folwarcznych. W latach 30. XX w. w majątku von Lekowa pracowało 30 urzędników, 60 robotników stałych i 150 sezonowych. Na polach pracowały dwa komplety pługów parowych, czynne były trzy urządzenia (z pompami elektrycznymi) do nawadniania, a także "deszczownia", istniała fabryka płatków ziemniaczanych, fabryka beczek i skrzyń drewnianych, tartak, kiszarnia kapusty. Z Kotowiecka do Żakowic i Głósek prowadziła prywatna elektryczna kolej o długości 3 km, która istniała do 1936 r. W 1928 r. czynna była kuchnia ludowa, piekarnia, rzeźnia dla potrzeb majątkowych, a także kasyno dla urzędników. Sprytnie, bo ponoć, co zarobili w folwarku to wydawali na miejscu. No, a po II wojnie światowej majątek upaństwowiono. W takim stanie go zastałam podczas moich wędrówek.
Los zdecydowanie gorzej obszedł się z pięknym pałacem w Śliwnikach. Dziś jest w rękach prywatnych, podobno jest restaurowany.........
Jest w bardzo złej kondycji, co oddaje zdjęcie, które zrobiłam zza ogrodzenia, bliżej, jak to do własności prywatnej podejść się nie da.
Tylko pałac w Sobótce, w którym od wielu lat zlokalizowana jest Siedziba Hodowli Roślin ma się w miarę dobrze. Nie widać tak na pierwszy rzut okna wszechobecnego w innych pałacach zniszczenia i zaniedbania. Jest gospodarz, który widocznie dba o to wyjątkowe miejsce położone z daleka od turystycznych szlaków.
W 2011 roku w pałacu wybuchł pożar, który zniszczył pomieszczenia na parterze, ale na szczęście znalazły się środki na odremontowanie.
Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba na pierwszy raz wystarczy:)))
Skoro za oknem słota, która nie zachęca do wypadów w teren możemy sobie pobuszować po necie i poczytać chociażby o takich właśnie miejscach.
Polska usiana jest podobnymi perełkami, te najbardziej znane mają więcej szczęścia, leżą na popularnych szlakach turystycznych, są w nich muzea, hotele, te malutkie, schowane w miejscowościach, o których nikt nie słyszał kończą swój los po cichutku w zapomnieniu, często dewastowane i ograbiane.
niedziela, 12 stycznia 2014
środa, 8 stycznia 2014
Jak się gra to się wygra......
Co okazuje się prawdą, bo wygrałam u Hany nagrodę zwalającą z nóg.
Najpierw zdziwiłam się, kiedy przyniesiono mi paczkę, potem zdziwiłam się zobaczywszy, że paczka jest od Hany i olśnienia dostałam zobaczywszy, co jest w środku paczki.
GATKI!!!
Racja, przecież pierwsza odgadłam, za co przebrał się Ogniomistrz na imprezkę sylwestrową:)))
Jestem więc posiadaczką zarąbistych GATEK z ogonkiem, w których znowu będę wiosną zadziwiać otoczenie w mazurskiej kniei. Czasem, kiedy zbierze się doborowe towarzystwo robimy sobie w Kaczorówce przebieranki i wychodzimy na spacer, budząc powszechne zainteresowanie wśród miejscowych i spotkanych na trasie przemarszu turystów.
Obiecałam Hanie, że pokażę GATKI, co niniejszym czynię. Hana radziła dla lepszego efektu wypchać sobie tylną część ciała poduszką, wyjaśniam, abyście nie pomyślały, że mam AŻ TAK WIELKĄ!!!! Wu zawiązał mi kokardkę na ogonku, żeby było widać, że jestem dziewczynką
A tu już wersja bez poduszki na kuprze, zdecydowanie moim zdaniem jest lepsza wersja pierwsza:))
To najbardziej odjechana nagroda, jaką w życiu wygrałam:)) Zazdrościcie mi no nie?? Takie GATKI ma Ogniomistrz i ja, chyba, że Hana też ma, ale się nie przyznała:))
Najpierw zdziwiłam się, kiedy przyniesiono mi paczkę, potem zdziwiłam się zobaczywszy, że paczka jest od Hany i olśnienia dostałam zobaczywszy, co jest w środku paczki.
GATKI!!!
Racja, przecież pierwsza odgadłam, za co przebrał się Ogniomistrz na imprezkę sylwestrową:)))
Jestem więc posiadaczką zarąbistych GATEK z ogonkiem, w których znowu będę wiosną zadziwiać otoczenie w mazurskiej kniei. Czasem, kiedy zbierze się doborowe towarzystwo robimy sobie w Kaczorówce przebieranki i wychodzimy na spacer, budząc powszechne zainteresowanie wśród miejscowych i spotkanych na trasie przemarszu turystów.
Obiecałam Hanie, że pokażę GATKI, co niniejszym czynię. Hana radziła dla lepszego efektu wypchać sobie tylną część ciała poduszką, wyjaśniam, abyście nie pomyślały, że mam AŻ TAK WIELKĄ!!!! Wu zawiązał mi kokardkę na ogonku, żeby było widać, że jestem dziewczynką
A tu już wersja bez poduszki na kuprze, zdecydowanie moim zdaniem jest lepsza wersja pierwsza:))
To najbardziej odjechana nagroda, jaką w życiu wygrałam:)) Zazdrościcie mi no nie?? Takie GATKI ma Ogniomistrz i ja, chyba, że Hana też ma, ale się nie przyznała:))
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Przepiśnik w try miga
Święta, świąta i po świętach. Nic szczególnego, nie licząc snucia się z kąta w kąt podczas TRZECH DNI WOLNEGO nie zrobiłam. Są takie dni, że wszystko z rąk leci i za co by się nie zabrać to i tak nie jest to. No to tak właśnie minęły moje trzy dni wolnego. Nie licząc wycieczki A2 do Sochaczewa i nazad, celem przetkania Madzi. Ach ta francuska technologia.Trudno, niech tam, i tak czasami trzeba.
Teraz, kiedy już kończy się ostatni dzień wolnego, jakoś zaczęły się pojawiać pomysły na zagospodarowanie czasu:))) To też chyba norma:))
Przypomniało mi się, że jedna młoda mężatka, pośpiesznie, na kartce zapisywała przepis na moje rybki w occie. No to pomyślałam, że zmontuję jej przepiśnik. Żeby przepisy miała w jednym miejscu.
Problem był tylko taki, że w życiu nie robiłam żadnego przepiśnika, a skraperka ze mnie jak z koziej pupy worek na mąkę.
Jednak przytargałam zwykły brulion w kratkę, taki na sprężynie, wstążeczki, stare prezentowe torebki i inne zalegające pierdółki.
Ciach, prach i powstał pierwszy przepiśnik w moim żywocie.
Jest dwustronny, z tyłu będzie można zapisywać specjalne przepisy na święta.
Zrobię jeszcze drugi, tak dla wprawy i wykorzystania różnych pierdółek walających się po szufladach.
Muszę poszukać kolejnej młodej mężatki, bo moje przepisy od ponad dwudziestu lat spisane na karteluszkach walają się tu i ówdzie. Kto by wszystko przepisał?
Teraz, kiedy już kończy się ostatni dzień wolnego, jakoś zaczęły się pojawiać pomysły na zagospodarowanie czasu:))) To też chyba norma:))
Przypomniało mi się, że jedna młoda mężatka, pośpiesznie, na kartce zapisywała przepis na moje rybki w occie. No to pomyślałam, że zmontuję jej przepiśnik. Żeby przepisy miała w jednym miejscu.
Problem był tylko taki, że w życiu nie robiłam żadnego przepiśnika, a skraperka ze mnie jak z koziej pupy worek na mąkę.
Jednak przytargałam zwykły brulion w kratkę, taki na sprężynie, wstążeczki, stare prezentowe torebki i inne zalegające pierdółki.
Ciach, prach i powstał pierwszy przepiśnik w moim żywocie.
Jest dwustronny, z tyłu będzie można zapisywać specjalne przepisy na święta.
Zrobię jeszcze drugi, tak dla wprawy i wykorzystania różnych pierdółek walających się po szufladach.
Muszę poszukać kolejnej młodej mężatki, bo moje przepisy od ponad dwudziestu lat spisane na karteluszkach walają się tu i ówdzie. Kto by wszystko przepisał?
sobota, 4 stycznia 2014
Małe zmiany u Mnemo.
Od jakiegoś czasu było dla mnie jasne, że nazwa tego bloga troszkę się zdezaktualizowała. Blog został założony w sumie dla wygłupu, a nazwa mu nadana nawiązywała do tego, co akurat wtedy mnie kręciło, czyli dekupaże, które mnie wtedy zachwyciły i pochłonęły. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, że blogowanie mnie aż tak wciągnie.
Poznałam tu na blogowisku, wiele sympatycznych i nietuzinkowych osób, więc zostałam na dłużej. Jednak czas upływa, a ja w przeciwieństwie do przysłowiowej krowy, od czasu do czasu zmieniam zdanie i upodobania. Słowem, dekupki, jak dekupażowanie skrótowo nazywam, przestały mnie kręcić. Dodatkowym argumentem za przynajmniej przerwą w dekupażowaniu, był ponad dwuletni bajzel w kacie pokoju, gdzie zgromadziłam całkiem porządny arsenał dekupkowych klamotów. Do tego typu zajęć fantastyczna byłaby pracownia.To była miła przygoda, całkiem nie rzucam dekupek w kąt, ale też nie ma już powodu, żeby nazwa bloga sugerowała, że tylko tym się zajmuję i niczym więcej.
Po dekupkach było jeszcze parę różnych rzeczy, którymi się zajmowałam, z czego najprzyjemniejsze i do czego z pewnością latem powrócę to drewniane ludy wytwarzane na łonie natury, pod Kaczorówkowym niebem. Były też próby szycia na ponad stuletniej Singerce lalek i innych drobiazgów ( woreczków, serduszek) z uwolnionych szmatek, nawet fajne to było zajęcie. Ćwiczyłam też cierpliwość przy hafcie wstążeczkowym. Fakt, cierpliwość przy tej czynności jest konieczna. Przydałyby się jeszcze dobre oczy i paluszki dziecka, bo ścibolenie tych wstążeczek jest precyzyjne. Niestety, ani jednego ani drugiego nie posiadam to i do haftu siadam sporadycznie.
Ostatnią moją pasją są nieśmiałe próby rysowania/malowania pastelami suchymi. Bakcyla załapałam od Hany, ale dużo jeszcze wody upłynie nim do kostek jej dorosnę.
Właśnie dziś odkryłam po trzytygodniowej przerwie w rysowaniu, że wszystko, co już było dla mnie jasne, znowu jest ciemne i należy poćwiczyć, aby jabłka były podobne do jabłek, a gruszki do gruszek.
Z racji wściekle kurczącego się czasu wolnego, jakieś zajęcia relaksujące z konieczności muszą być łatwo dostępne. A pastelki są. Wystarczy wyjąć kartkę, kredki, położyć rekwizyt i można ćwiczyć. Z dekupkami lub szyciem to całe mecyje, rozkładanie, składnie klamociarni. Przy dekupkach jest potrzebny czas na schnięcie kolejnych warstw, a ja, jak pewno się większość z Was zorientowała, bo czasem sobie tu pobiadolę, wychodzę po ćmoku, wracam po ćmoku, często gęsto w stanie zwiotczenia umysłowego i ogólnej niemocy po dniu spędzonym aktywnie w Hucie.
Ponieważ od czasu do czasu coś tam mi do głowy wpada, podmieniłam część nazwy w blogu i brzmi on teraz następująco : Co Mnemo do głowy wpadnie...........
Już nie mnie oceniać czy to, co wpada do tej głowy jest dla Was interesujące, ale proszę uwierzcie, dzielę się tym z Wami chętnie, a jak chcecie o tym poczytać i pogadać to jest mi zawsze miło. Ba ,czasem ma nawet działanie terapeutyczne. Co tu dużo gadać, czekam na te Wasze odwiedziny i bardzo Wam za nie dziękuję.
Myślę sobie, że nazwa bloga może w przyszłości zmienić się ponownie, tak na wszelki wypadek nieśmiało o tym sygnalizuję.
Nie wiem, czy nie będę się wstydzić, jak dam plamę, ale może mnie to bardziej w dyscyplinie utrzyma, to Wam powiem. Obiecałam sobie, że muszę trochę schudnąć. Nie stosuję żadnej cudownej diety ani drakońskich ćwiczeń i tak bym nie miała na nie siły. Zwyczajnie od Nowego Roku nie jem chleba, makaronów i ryżu, unikam smażonego i nie tykam nic słodkiego. Podpytuję Kretowatej, bo ona znawczyni jarskiego żarełka, co można ciekawego i szybkiego uszykować. To powinno wystarczyć, aby do lata pozbyć się minimum 5 kilogramów. Jak mi się uda będę bardzo zadowolona. Raz w tygodniu stanę sobie na wagę i zobaczę. Dziś jest mnie mniej o 800 gram od wagi wyjściowej. Teraz, kiedy dziecka poszły na swoje, zdecydowanie prościej zachować dyscyplinę żywieniową. Nawet Wu się przekonuje do chudych zupek i innych frykasów sporządzanych z warzyw i różnego kalibru nasionek. To wszystko jest bardzo smaczne i bardzo szybko opuszcza przewód pokarmowy.
Jak ktoś chce, bo ma taką potrzebę niech się zapisuje na noworoczne pozbywanie kilogramów. Zrobimy sobie raz w tygodniu ranking pożegnanych gramów, dekagramów lub kilogramów.
Jest ktoś chętny?
P.S.
Wiosna tej zimy u mnie trwa, poniżej zdjęcia z 27 grudnia, mam wrażenie, że liliowiec pod blokiem zaraz zakwitnie....
a złotlin nie obcyndala się nic a nic i w najlepsze kwitnie sobie pod Arsenałem:)))
W domowym zaciszu zakwitły też gałązki zerwane w dzień św. Łucji to jest 13 grudnia. Zakwitły na samiutkie święta. Teraz kwiatków jest na gałązkach jeszcze więcej.
.
Poznałam tu na blogowisku, wiele sympatycznych i nietuzinkowych osób, więc zostałam na dłużej. Jednak czas upływa, a ja w przeciwieństwie do przysłowiowej krowy, od czasu do czasu zmieniam zdanie i upodobania. Słowem, dekupki, jak dekupażowanie skrótowo nazywam, przestały mnie kręcić. Dodatkowym argumentem za przynajmniej przerwą w dekupażowaniu, był ponad dwuletni bajzel w kacie pokoju, gdzie zgromadziłam całkiem porządny arsenał dekupkowych klamotów. Do tego typu zajęć fantastyczna byłaby pracownia.To była miła przygoda, całkiem nie rzucam dekupek w kąt, ale też nie ma już powodu, żeby nazwa bloga sugerowała, że tylko tym się zajmuję i niczym więcej.
Po dekupkach było jeszcze parę różnych rzeczy, którymi się zajmowałam, z czego najprzyjemniejsze i do czego z pewnością latem powrócę to drewniane ludy wytwarzane na łonie natury, pod Kaczorówkowym niebem. Były też próby szycia na ponad stuletniej Singerce lalek i innych drobiazgów ( woreczków, serduszek) z uwolnionych szmatek, nawet fajne to było zajęcie. Ćwiczyłam też cierpliwość przy hafcie wstążeczkowym. Fakt, cierpliwość przy tej czynności jest konieczna. Przydałyby się jeszcze dobre oczy i paluszki dziecka, bo ścibolenie tych wstążeczek jest precyzyjne. Niestety, ani jednego ani drugiego nie posiadam to i do haftu siadam sporadycznie.
Ostatnią moją pasją są nieśmiałe próby rysowania/malowania pastelami suchymi. Bakcyla załapałam od Hany, ale dużo jeszcze wody upłynie nim do kostek jej dorosnę.
Właśnie dziś odkryłam po trzytygodniowej przerwie w rysowaniu, że wszystko, co już było dla mnie jasne, znowu jest ciemne i należy poćwiczyć, aby jabłka były podobne do jabłek, a gruszki do gruszek.
Z racji wściekle kurczącego się czasu wolnego, jakieś zajęcia relaksujące z konieczności muszą być łatwo dostępne. A pastelki są. Wystarczy wyjąć kartkę, kredki, położyć rekwizyt i można ćwiczyć. Z dekupkami lub szyciem to całe mecyje, rozkładanie, składnie klamociarni. Przy dekupkach jest potrzebny czas na schnięcie kolejnych warstw, a ja, jak pewno się większość z Was zorientowała, bo czasem sobie tu pobiadolę, wychodzę po ćmoku, wracam po ćmoku, często gęsto w stanie zwiotczenia umysłowego i ogólnej niemocy po dniu spędzonym aktywnie w Hucie.
Ponieważ od czasu do czasu coś tam mi do głowy wpada, podmieniłam część nazwy w blogu i brzmi on teraz następująco : Co Mnemo do głowy wpadnie...........
Już nie mnie oceniać czy to, co wpada do tej głowy jest dla Was interesujące, ale proszę uwierzcie, dzielę się tym z Wami chętnie, a jak chcecie o tym poczytać i pogadać to jest mi zawsze miło. Ba ,czasem ma nawet działanie terapeutyczne. Co tu dużo gadać, czekam na te Wasze odwiedziny i bardzo Wam za nie dziękuję.
Myślę sobie, że nazwa bloga może w przyszłości zmienić się ponownie, tak na wszelki wypadek nieśmiało o tym sygnalizuję.
Nie wiem, czy nie będę się wstydzić, jak dam plamę, ale może mnie to bardziej w dyscyplinie utrzyma, to Wam powiem. Obiecałam sobie, że muszę trochę schudnąć. Nie stosuję żadnej cudownej diety ani drakońskich ćwiczeń i tak bym nie miała na nie siły. Zwyczajnie od Nowego Roku nie jem chleba, makaronów i ryżu, unikam smażonego i nie tykam nic słodkiego. Podpytuję Kretowatej, bo ona znawczyni jarskiego żarełka, co można ciekawego i szybkiego uszykować. To powinno wystarczyć, aby do lata pozbyć się minimum 5 kilogramów. Jak mi się uda będę bardzo zadowolona. Raz w tygodniu stanę sobie na wagę i zobaczę. Dziś jest mnie mniej o 800 gram od wagi wyjściowej. Teraz, kiedy dziecka poszły na swoje, zdecydowanie prościej zachować dyscyplinę żywieniową. Nawet Wu się przekonuje do chudych zupek i innych frykasów sporządzanych z warzyw i różnego kalibru nasionek. To wszystko jest bardzo smaczne i bardzo szybko opuszcza przewód pokarmowy.
Jak ktoś chce, bo ma taką potrzebę niech się zapisuje na noworoczne pozbywanie kilogramów. Zrobimy sobie raz w tygodniu ranking pożegnanych gramów, dekagramów lub kilogramów.
Jest ktoś chętny?
P.S.
Wiosna tej zimy u mnie trwa, poniżej zdjęcia z 27 grudnia, mam wrażenie, że liliowiec pod blokiem zaraz zakwitnie....
a złotlin nie obcyndala się nic a nic i w najlepsze kwitnie sobie pod Arsenałem:)))
W domowym zaciszu zakwitły też gałązki zerwane w dzień św. Łucji to jest 13 grudnia. Zakwitły na samiutkie święta. Teraz kwiatków jest na gałązkach jeszcze więcej.
.
środa, 1 stycznia 2014
Jak Mnemo północ przespała.
Przespała północ z kretesem, ale wyrzutów sumienia nie ma. Nawet gdyby złota karoca przyjechała, zaprzężona w białe rumaki a Mnemo na bal sylwestrowy ubrały jakieś pokojówki to też by chyba Mnemo siły na zabawę nie miała. No szkoda, że nie może opisać, jak wyglądał ostatni dzień w hucie, dość, że wyszła stamtąd zdecydowanie później niż zwykle, przy całkowitych już ciemnościach, zjechana, jak kobyła po Wielkiej Pardubickiej, na dodatek z "zadaniem domowym" na jutro. Jeszcze tylko w drodze powrotnej był szybki skok do Pysi, jakie to malutkie, jakie śliczne, potem kąpiel i już Mnemo zaległa w pozycji usypiaszczej Wenery. Gdyby nie Wu, który o północy przyszedł do kozetki z życzeniami nawet by nie wiedziała, że północ wybiła i mamy Nowy Rok 2014. Z uchylonym jednym okiem przyjęła i odwzajemniła życzenia, nie wiedząc, czy to sen czy jawa. Nawet wystrzały petard docierały, jak przez mgłę, ale ponad siły było wstać, dojść choćby do okna i się pogapić na kolorowe światełka. Szampan pozostał w dziewictwie do dziś.
Mnemo obudziła się wyspana i niestety o rok starsza. Tak od razu z automatu.
Nie jest przesądna, ale postanowiła ten dzień spędzić b a r d z o p o w o l i, w nadziei , że ten nowy rok rozpoczęty w wolnym tempie taki będzie do końca, a nie tak, jak w 2013, wszystko w pośpiechu i z zadyszką. Toteż pozwoliła sobie poleżeć w łóziu do 10, wypić podaną kawkę zawinięta w kocyk, a potem snuć się w bieliźnie do południa. A co!!
Powoli, bez pośpiechu ugotowała sobie zupki chrzanowej, pięcioprzemianowej z przepisu od Kretowatej, z postanowieniem zdecydowanej walki w Nowym Roku z tym, co tu i ówdzie urosło nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy.
Zupka jest pyszna i nie wiadomo jeszcze, czy to dobrze, czy źle, ale na jednej miseczce się nie skończyło.
Jak już i inni odespali sylwestrowe ekscesy to się pojawili na obiadek, który Mnemo nieśpiesznie i powolutku przygotowała. Ziemniaczki pieczone, łosoś, surówka z cykorii i dip do ziemniaczków. Przy tej okazji szampan stracił swoje dziewictwo z kretesem, już go nie ma.
A potem, żeby było i coś kreatywnego na początek roku, ale niezbyt męczącego, Mnemo wzięła sobie dzielnego brytana, co to nie boi się wystrzałów i urządziła mu sesję zdjęciową.
Zachwycony nie był, ale pozował dzielnie.
I kiedy tak już jesteśmy obiema nogami w tym Nowym Roku 2014 to Wszystkim Wam życzę:
Mnemo obudziła się wyspana i niestety o rok starsza. Tak od razu z automatu.
Nie jest przesądna, ale postanowiła ten dzień spędzić b a r d z o p o w o l i, w nadziei , że ten nowy rok rozpoczęty w wolnym tempie taki będzie do końca, a nie tak, jak w 2013, wszystko w pośpiechu i z zadyszką. Toteż pozwoliła sobie poleżeć w łóziu do 10, wypić podaną kawkę zawinięta w kocyk, a potem snuć się w bieliźnie do południa. A co!!
Powoli, bez pośpiechu ugotowała sobie zupki chrzanowej, pięcioprzemianowej z przepisu od Kretowatej, z postanowieniem zdecydowanej walki w Nowym Roku z tym, co tu i ówdzie urosło nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy.
Zupka jest pyszna i nie wiadomo jeszcze, czy to dobrze, czy źle, ale na jednej miseczce się nie skończyło.
Jak już i inni odespali sylwestrowe ekscesy to się pojawili na obiadek, który Mnemo nieśpiesznie i powolutku przygotowała. Ziemniaczki pieczone, łosoś, surówka z cykorii i dip do ziemniaczków. Przy tej okazji szampan stracił swoje dziewictwo z kretesem, już go nie ma.
A potem, żeby było i coś kreatywnego na początek roku, ale niezbyt męczącego, Mnemo wzięła sobie dzielnego brytana, co to nie boi się wystrzałów i urządziła mu sesję zdjęciową.
Zachwycony nie był, ale pozował dzielnie.
I kiedy tak już jesteśmy obiema nogami w tym Nowym Roku 2014 to Wszystkim Wam życzę:
- zdrowia, bo co bez zdrowia znaczy reszta?
- spokoju,
- pogody ducha,
- tym, co pędzą, zwolnienia tempa,
- tym, co szukają miłości, jej znalezienia,
- kasy też, żeby starczyło i na potrzeby i na przyjemności.
I niech się spełniają Wasze marzenia:)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)