Blogger się zatyka, więc przenoszę wątek na nowy post. Będzie wygodniej:)))))
Część pierwsza, emocjonujących, mrożąych krew w żyłach przygód Sylwka i Kajtusia, a także Izoldy z silikonowym biustem jest TU:
A skończyliśmy wątkiem Katarzyny:
Po czem okiem lypnal i rzekl do Sylwka:
-dobra, dawaj te mape.
Skupil sie mocno, az mu sie dziurki w nosie skurczyly , po czym wsciekle na Izolde spojrzal, w czolo sie puknal i powiedzial:
-Babo glupia, toz to nie zadne corazon, nasluchala sie disco-polo, ino Le coeur...
i Arteńki:
Spróbował czy zjeść się da, ale... chyba jednak niezjadliwe toto.
czwartek, 5 czerwca 2014
wtorek, 3 czerwca 2014
Piszemy powieść????
Nie będę się powtarzać, że już kiedyś pisałyśmy i że zabawa była przednia. ( TU pierwszy odcinek).
Wtedy to był spontan, ja siedziałam na Mazurach i rodziłam kolejne ludy, z doskoku zaglając do neta ( ograniczony transfer),Wy drogie koleżanki kurice-blogowice, ciągnęłyście na swych barakch kolejne odcinki powieści.
Już wtedy w rozmowach, czyli komentarzach, zapowidziałyśmy sobie, że JESZCZE KIEDYŚ NAPISZEMY...........kolejną......
Wydaje się, że TO KIEDYŚ właśnie nadeszło, bo pierwszy mnemolud tegoroczny właśnie powstał.
Porę mamy odpowiednią, deszczową, burą, w sam raz, żeby zasiąść i pisać:))))
Sprytnie się wyłgałam od rozpoczęcia powieści, zwalając na Hanę ten obowiązek. Wszak to JEJ mnemoludnykot:)))
Podsunęłam tylko pomysł, żeby cała rzecz zaczęła się w........... krzakach.......
Powieść nie ma tytułu, nie wiemy, jakie wystąpią w niej postaci, kto będzie bohaterem, a kto ofermą, nic nie wiemy, ale wszystko się okaże, w praniu, tfuuuu w pisaniu.......
Postaram się aktywnie uczestniczyć, szczególnie w części dotyczącej przekuwania postaci w mnemoludy.......ufffff, ciężka, ale jakże miła mnie robota czeka. Czy dam radę zrobić wszystkich bohaterów, trudno powiedzieć, zakładam, że nie dam, ale starać się będę:)))
Myślę też sobie, że oprócz radochy z pisania powinnam jeszcze zachęcić Was do roboty piórem, jakąś małą marcheweczką.......
Czy dobrą marcheweczką będzie mnemolud jakiś??? Taki, co to jeszcze nawet nie powstał?????
A za, co???? Ano myślę, że osoba, która napisze najwięcej odcinków powieści może liczyć na mnemoluda.....jakiegoś........
Umawiamy się, że piszemy powieść do 24:00 w niedzielę, ja w tym czasie będę ( chyba) w Kaczorówce i postaram się jakąś kolejną postać zrobić.
Tytuł??? Nie nie mamy tytułu......to, co zrobimy z tytułem???? Już wiem, nadamy tytuł po zakończeniu pisania ok????? Może jakiś mały kokursik powstanie?????
A pierwsza część powieści już powstała. Właścielka mnemoludakota, Hana, dobrze się wywiązła z narzuconego obowiązku i rozpoczęła tak, jak prosiłam.......w krzakach.........
A teraz zapraszam całą szacowną resztę do zabawy, można wciągać znajomych i znajomych królika, można wciągać dzieci, dziadków, sąsiadów, kto, chce niech pisze................
A było to tak:..............................................................
Hana 1 czerwca 2014 20:54
Letnia, duszna noc była ciemna, choć oko wykol. Malutka wieś zagubiona pośród lasów, spowita mgłą i ciemnościami wyglądała na wymarłą. Jedynymi oznakami życia było niemrawe poszczekiwanie znudzonych psów i czkawka dobiegająca przez otwarte okno chałupy przycupniętej na skraju wsi.
Skrzypnęły rozklekotane drzwi. Na progu zamajaczyła niewyraźna postać w białym, zgrzebnym gieźle. Szurając nogami po gumnie i mamrocząc coś niewyraźnie, postać podeszła do studni. Brzęknęło wiadro, a panującą wokół ciszę przerwał głośny bulgot wody wlewanej do gardła zakończony donośnym beknięciem. Czkawka ustała.
- Aaaaaaaa... - westchnęła z ulgą postać.
Złapała wiadro i reszta wody wylądowała w pobliskich zaroślach. W tym samym momencie zarośla wydały przerażający dźwięk przypominający ni to wycie kojota, ni to krzyk pawia. Przerażona postać z głośnym trzaskiem upuściła wiadro i bębniąc bosymi piętami po gumnie pognała do chałupy. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. We wsi rozszczekały się psy, tu i tam w oknach zabłysło światło.
Z trzaskiem łamanych gałęzi i innymi piekielnymi odgłosami, dzwoniąc z zimna zębami, z zarośli wyszło coś, co postronnego obserwatora mogłoby przyprawić o atak apopleksji. Nikczemnej dość postury, z płaską głową i sterczącymi uszami, na krótkich nóżkach i z obłym tułowiem z do którego przyczepione było coś, co nie było ręką, a przypominało raczej starą kopyść. Ale najdziwniejsze były oczy o źrenicach, które przywodziły na myśl łebki od gwoździ, nos zaś wyglądał jak klucz rozklepany na kowadle. Stworzenie odziane było w plugawą szatę, miejscami osmaloną.
- Tfu! - rzekło szczękając zębami.
Wtedy to był spontan, ja siedziałam na Mazurach i rodziłam kolejne ludy, z doskoku zaglając do neta ( ograniczony transfer),Wy drogie koleżanki kurice-blogowice, ciągnęłyście na swych barakch kolejne odcinki powieści.
Już wtedy w rozmowach, czyli komentarzach, zapowidziałyśmy sobie, że JESZCZE KIEDYŚ NAPISZEMY...........kolejną......
Wydaje się, że TO KIEDYŚ właśnie nadeszło, bo pierwszy mnemolud tegoroczny właśnie powstał.
Porę mamy odpowiednią, deszczową, burą, w sam raz, żeby zasiąść i pisać:))))
Sprytnie się wyłgałam od rozpoczęcia powieści, zwalając na Hanę ten obowiązek. Wszak to JEJ mnemoludnykot:)))
Podsunęłam tylko pomysł, żeby cała rzecz zaczęła się w........... krzakach.......
Powieść nie ma tytułu, nie wiemy, jakie wystąpią w niej postaci, kto będzie bohaterem, a kto ofermą, nic nie wiemy, ale wszystko się okaże, w praniu, tfuuuu w pisaniu.......
Postaram się aktywnie uczestniczyć, szczególnie w części dotyczącej przekuwania postaci w mnemoludy.......ufffff, ciężka, ale jakże miła mnie robota czeka. Czy dam radę zrobić wszystkich bohaterów, trudno powiedzieć, zakładam, że nie dam, ale starać się będę:)))
Myślę też sobie, że oprócz radochy z pisania powinnam jeszcze zachęcić Was do roboty piórem, jakąś małą marcheweczką.......
Czy dobrą marcheweczką będzie mnemolud jakiś??? Taki, co to jeszcze nawet nie powstał?????
A za, co???? Ano myślę, że osoba, która napisze najwięcej odcinków powieści może liczyć na mnemoluda.....jakiegoś........
Umawiamy się, że piszemy powieść do 24:00 w niedzielę, ja w tym czasie będę ( chyba) w Kaczorówce i postaram się jakąś kolejną postać zrobić.
Tytuł??? Nie nie mamy tytułu......to, co zrobimy z tytułem???? Już wiem, nadamy tytuł po zakończeniu pisania ok????? Może jakiś mały kokursik powstanie?????
A pierwsza część powieści już powstała. Właścielka mnemoludakota, Hana, dobrze się wywiązła z narzuconego obowiązku i rozpoczęła tak, jak prosiłam.......w krzakach.........
A teraz zapraszam całą szacowną resztę do zabawy, można wciągać znajomych i znajomych królika, można wciągać dzieci, dziadków, sąsiadów, kto, chce niech pisze................
A było to tak:..............................................................
Hana 1 czerwca 2014 20:54
Letnia, duszna noc była ciemna, choć oko wykol. Malutka wieś zagubiona pośród lasów, spowita mgłą i ciemnościami wyglądała na wymarłą. Jedynymi oznakami życia było niemrawe poszczekiwanie znudzonych psów i czkawka dobiegająca przez otwarte okno chałupy przycupniętej na skraju wsi.
Skrzypnęły rozklekotane drzwi. Na progu zamajaczyła niewyraźna postać w białym, zgrzebnym gieźle. Szurając nogami po gumnie i mamrocząc coś niewyraźnie, postać podeszła do studni. Brzęknęło wiadro, a panującą wokół ciszę przerwał głośny bulgot wody wlewanej do gardła zakończony donośnym beknięciem. Czkawka ustała.
- Aaaaaaaa... - westchnęła z ulgą postać.
Złapała wiadro i reszta wody wylądowała w pobliskich zaroślach. W tym samym momencie zarośla wydały przerażający dźwięk przypominający ni to wycie kojota, ni to krzyk pawia. Przerażona postać z głośnym trzaskiem upuściła wiadro i bębniąc bosymi piętami po gumnie pognała do chałupy. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. We wsi rozszczekały się psy, tu i tam w oknach zabłysło światło.
Z trzaskiem łamanych gałęzi i innymi piekielnymi odgłosami, dzwoniąc z zimna zębami, z zarośli wyszło coś, co postronnego obserwatora mogłoby przyprawić o atak apopleksji. Nikczemnej dość postury, z płaską głową i sterczącymi uszami, na krótkich nóżkach i z obłym tułowiem z do którego przyczepione było coś, co nie było ręką, a przypominało raczej starą kopyść. Ale najdziwniejsze były oczy o źrenicach, które przywodziły na myśl łebki od gwoździ, nos zaś wyglądał jak klucz rozklepany na kowadle. Stworzenie odziane było w plugawą szatę, miejscami osmaloną.
- Tfu! - rzekło szczękając zębami.
niedziela, 1 czerwca 2014
Spotkanie Kur blogowych w stolicy:))) Pisanie powieści nastapi niebawem.........
Jak wieść gminna niesie, już wiecie, że doszło do spotkania trzech blogownic w mieście Warszawa. Dwie miejscowe Kury, Mnemo i Ania.M przyjęły z otwartymi ramionami Kurę przyjezdną - Hanę. Spotkały się nie gdzie indziej tylko na schodach symbolu stolicy tj. Pałacu Kultury ( pod syrenkę lub kolumnę Zygmunta było za daleko), a potem pomaszerowały dziarsko w stronę Ogrodu Saskiego do takiej jednej, fajnej knajpki na ploty.
Niestety Ania. M nie miała zbyt dużo czasu, musiałyśmy się szybko nagadać i nacieszyć, bo arcyważne wydarzenie nam ją zabrało za godzinke i pognało na Bemowo.
Porwałam Hanę w swoje pielesze domowe i cieszyłyśmy się sobą chyba do północy. Co oczywiście było i tak za mało, o wiele za mało. Nawet nie wiem, kiedy nam te kilka godzin zleciało........A brzuch mnie bolał od śmiechu. Nie pamiętam, kiedy tak się uśmiałam serdecznie i radośnie. Wu nam tylko winko donosił, bo wchodziło, jakoś samo do gardziłków:))))
Myślę sobie, że Hana to musi być jakaś moja zagubiona siostra, bo jak inaczej?? Dwie obce sobie kobitki, a tak sobie bliskie???
Hanczyne opowowieści mogłyby z pewnością leczyć ludzi z dołków i smutków, a talent do parodiowania nie wiem skąd ona wzięła. Hana skąd?? Co sobie przypomnę, o tych jajach, co to masz przyjść za pół godziny to wybucham śmiechem..........próbowałam nawet sama ta opowieść sparodiować, nawet mi chyba wyszło, bo moje dzieciaki pękały ze śmiechu:))))
Wyraziłyśmy ubolewanie, że odległości od naszych kurzych grzęd są takie duże, bo zdecydowanie z chętnością wielką spotkałybyśmy się częściej. Pocieszyłyśmy się jednak, że mamy przecież kawałki jakiejś autostrady i w razie, co, to w autko i po 4 godzinkach jest się na miejscu. Wyliczyłam Hanie, że nawet odległość do Kaczorówki nie jest taka straszna i mam nadzieję, że pokazując jej zdjęcia okolicy zachęciłam do pokonania tej trasy:))))
Atrakcji nie zabraknie, nigdzie takich atrakcji, jak w Kaczorówce nie znajdzie, prysznic na świeżym powietrzu, spanie pokotem na górce, ziemniaki z ogniska, ale za to jaka cisza, jaka zieleń, jaki las!!!!!
Mopek przyjął nową ciocię machając ogonkiem i nadstawiając łaskawie łebek do głaskania.
A ciocia Hana zobaczcie, co nam przywiozła!!!!! Taki prezent!!! Jak rozpakowałam pastelkę to od razu wiedziałam, kto na niej jest, testowałam na rodzinie, bez pudła każdy odpowiadał, Mopek, jak żywy!!!!!
Nawet posadziłam pierwowzór obok portretu i nakazałam pozować!!!! Pierwowzór troszkę obecnie zarośnięty, ale " z twarzy" taki sam!!!!!
Dostałam jeszcze Hanczyne oregano, z jej własnego ogrodu i w ślicznym słoiczku :)))
Nie bez powodu tak szukałam tego ogona kociego w Kaczorówce, bo miałam zamysł taki, żeby kota Hanie zmajstrować! Udało się i kot pojechał z Haną do Wielkopolski.
Zgodnie z tradycją, która się ulęgła roku ubiegłego, podczas powstania pierwszych mnemoludów, napiszemy opowieść, Hana jako właścicielka kota, została ZMUSZONA do napisania początku i ten początek już jest!!!!! Szykujcie się więc Kury, w kolejnym poście zaczynamy pisać powieść!!! Liczę na Was.... i na siebie, bo, jak zaczniecie wymyślać postaci to wiecie, że powinnam je wszystkie odtworzyć w menmoludach.....jak w ubiegłym roku........
W TYM POŚCIE , kto nie zna całej historii mnemoludów znajdzie odnośniki do kolejnych postów, jak one powstawały i jaki miałyśmy wtedy ubaw:)) Zapraszam do lektury, nie pożałujecie:)) To jest dobre na chandrę:)))
P.S.
Aniu.M, Hano -dziękujęWam bardzo, za razem spędzony czas:))))
wtorek, 27 maja 2014
Zalazłam koci ogon......
Szukajcie, a znajdziecie. W zasadzie to się poddałam, bo szukałam tego ogona 3 dni, był i znik. Kamień w wodę, reszta kota jest, ogon wcięło, przyprawiałam inne ogony, ale nieeeee, coś nie pasowało. A dziś całkiem przypadkiem ogon stanął na mej drodze.
Szybciuteńko wyjęłam osprzęt i skręciłam luda-kota, co niniejszym zapoczątkowało sezon na ludotworstwo.
Osmalonych dech i pniaków już cała jest kupka,tylko siąść , czyścić olejować, patynować, skręcać, a tu trza wracać.............Kotek, jak to kotek, wlazł na płotek i mruga swoimi bleszczatymi oczętami. Za płotek posłużyła jedna z moich własnoręcznie udziałanych rozkrak na pnącza.
A teraz zwijam majdan, pakuję manatki i w drogę.....pogoda się coś kiepści, zerwał się wiatr i już nie jest upalnie, mniejszy żal będzie wyjeżdżać.
To już ostatni tym razem Wam haust sosnowego powietrza przesyłam i trele ptasie, ahoj, do następnego razu:)))
poniedziałek, 26 maja 2014
Burza z maślakami
Pogoda postanowiła zarządzić naszym czasem wolnym i coś koło 14 w niedzielę zafundowała nam burzę, przerywając moje rozważania na temat nasadzeń.
Krążyła dość długo nad okolicą mrucząc to z jednej to z drugiej strony i już w pewnym momencie wydawało się, że sobie poszła. Nagle, jak nie rypnie, jak nie zawieje, jak nie lunie.........
W oka mgnieniu taras został zalany wodą, rynny nie dawały rady odbierać tej masy wody, a z nieboskłonu zaczęły lecieć lodowe kulki!!! Rany grad wielkości paznokcia!!! Nawet bałam się, że zrobi szkody na karoserii Magdy, na szczęście uszkodzeń nie zauważyłam.
Zdjęcia nie są najlepszej jakości bo z telefonu, który też zaraz został zachlapany i zaparowany, ale widać, jak okolicę spowiły strugi deszczu.
Ponieważ burza się przeciągała i padało kilka godzin postanowiłam ten czas wykorzystać na błoga drzemkę. Fajnie się śpi, jak w dach uderzają krople deszczu, masz obok siebie cieplutkiego pieska i wiesz, że jutro wstanie kolejny ciepły dzień, a ty jeszcze nie musisz wstać skoro świt do huty.....
A tu mamy gradową kulkę, skakały po tarasie jak piłeczki ping-pongowe.
Kto wyczekuje sezonu grzybowego temu oświadczam, że się rozpoczął, proszę oto najprawdziwsze maślaczki z naszego obejścia, a po tej burzy z pewnością będzie ich więcej. Podobno też już pokazały się czerwone koźlaki -to wieści od miejscowych ludzi.
Na szczęście dzisiejszy ranek wstał piękny, słoneczny, tylko jeszcze wszystko jest mokre i pies nie chce na spacer po takiej mokrej trawie........
Skonsumowałam na trawce śniadanko i wypiłam kawkę, którą mi Wu zaordynował. Poobserwowałam wiewiórkę, która po gałęziach przeszła z sąsiedniej działki, przelazła nad naszymi głowami strącając krople nam na głowy i przeszła dalej na sąsiednią działkę. Tylko Mopek przyglądał się jej zdziwiony, co to za "kotek", który łazi po drzewach...........
Teraz mogę zabrać się do zarzuconych wczoraj nasadzeń, a potem spacerek w las, jak obeschnie,żeby pieskowi nie zmoczyły się łapecki:)))))
I znowu przesyłam Wam haust sosnowego powietrza wraz z serdecznymi pozdrowieniami......
Subskrybuj:
Posty (Atom)

