czwartek, 26 czerwca 2014

Na Ohapie życie płynie....

jak choremu po rycynie????

Ach, jak mi się przypomniały te wyjazdy letnie do nadmorskich kurortów, żeby sobie troszkę pieniążków zarobić...........
Bo począwszy od 17 roku życia, przynajmniej miesiąc wakacji spędzałam zarobkowo w nadmorskich ośrodkach, biegając z tacą.
To były jakieś zakładowe ośrodki wypoczynkowe, gdzie całe rodzinki przyjeżdżały na wczasy. Nazy chyba żadnego nie pamiętam.
Jednego roku byłam w Pobierowie, innego w Jarosławcu, a potem jeszcze był OHP zagraniczny. Do NRD!!!! Na kolejny, który miał byc na Węgrzech nie pojechałam......za karę.......

Najowocniejszy był ten zagraniczny, w NRD, bo przywiozłam sobie z niego .......męża:))
W tym NRD pracowałam w zakładzie przetwórstwa owocowo-warzywnego i nudniejszej roboty niż
przebieranie zgniłych czereśni na taśmie w życiu nie widziałam.

Ponieważ zarywałam regularnie nocki, na romantycznych randkach z Wu, nauczyłam się nawet przysypiać na tej taśmie. Ba, z dosypianiem zarwanych nocek doszłam do takiej perfekcji, że potrafiłam, kawałek przerwy obiadowej przespać w wielkim kartonie po słoikach, albo na podłodze w szatni. A jak już przenieśli nas do magazynu z właśnie, co zapasteryzowanymi ogórkami to był luksus. Pędzikiem układałyśmy cieplutkie słoiki, warstawmi przekładanymi kartonami, aż po sufity magazynu i do następnej dostawy można było na tych ciepłych słoiczkach pospać..........
Może o innych przygodach kiedyś więcej napiszę, np. o tym, jak to założyliśmy się, że pójdziemy na miejscowy cmentarz o północy, albo o karnym dancingu, na który nas zabrał wychowawca, albo o uciekaniu oknem, albo o tym, jak ukradli nam suszące się majtki ze sznurków.......

Ogólnie było śmiesznie, cwaniakowate chłopaki z Warsiawy, nieustannie robiły psikusy bardzo porządnym i zdyscyplinownym niemieckim pracownikom.
A ja wróciłam z tego OHP okrutnie zakochana i płakałam, ryczałam, jak bóbr 3 dni, a potem przyszedł list.....

No, ale wcześniej byłam w Jarosławcu, tam się nie zakochałam, choć zakochał się we mnie chłopak ( z Kalisza) ze dwa lata młodszy, był z rodzicami na wczasach. Traktowałam go trochę z góry, dla mnie to był dzieciak, choć był urodziwy, zanosił się na takiego Brada Pita i był bardzo oddany. Łaził za mną wszędzie i słuchał się we wszystkim. Nie no, nie dla mnie, za nianię miałam robić?
Ciekawe, co teraz porabia, ów Krzyś (chyba) .......

W Jarosławcu mogłam się przekonać, jakie zazdrosne żony są okropne.
Jakoś tak mi się trafiało, że na tych nadmorskich OHApach zawsze kelnerowałam, były też fuchy na zmywaku, albo w kuchni do wydawania dań, ale mnie zawsze brali do kelnerowania.

To kelnerowałam, po pierwszym dniu już latałam, jak fryga i potrafiłam kilka talerzy z drugim daniem zabierać na jeden raz. Już nie pamiętam, jak to się wszystko układało na rękach, ale był jakiś sposób.
Obsługiwałam całe rodzinki  i samotnych ludzi, którzy dobierali się w czwórki do stolika.

Po kilku dniach kelnerowania zauważyłam, że jakiś brodaty facet, który przy stoliku siedział z dwojgiem małych dzieci i żoną, lampi się na mnie cały czas. Już od wyjścia z kuchni tak mnie świdrował tymi czarnymi ślepiami. Dla mnie to był jakiś stary dziad, pewno miał ze 30 lat:))))
Obsługiwałam grzecznie i tyle, ale facet zagadywał, co rusz o coś prosił, choć zawsze przy żonie. A ta marszczyła czoło i fukała.
I wiecie, co ta pinda zrobiła? Poszła na skargę do kierownika ośrodka, żeby zmienili kelnerkę, bo nosi za krótkie spódniczki i męża rozprasza!!!!!!!

Ale kierownik tylko się śmiał i wcale mnie z tego rewiru nie zabrał.
Pewnie też nie lubił zazdrosnych bab:))))

Mam jedno, jedyne zdjęcie z tego Jarosławca.
Ta śliczna blondynka z lewej strony to żona naszego nauczyciela od PO, również bardzo przystojnego i fajnego Jaśka - nazwiska nie pamiętam.  Była naszą opiekunką, wszak OHP organizowany był przez szkołę.
A ten mały berbeć to ich synek.
No i szef kuchni przesympatyczny facet, ale nie pamiętam imienia.


Dobra, o Pobierowie będzie zaś, bo za dużo chyba tych atrakcji......



środa, 25 czerwca 2014

Jestem w kuro doopo albo dupo neko......

Żeby nie było tak prosto, co oznacza tytuł, proszę doczytać w komentarzach u Gosianki, tak coś koło 90 komentarza będzie wyjaśnione:)))))

Chciałam Wam przygotować wzorem Hany i Miki fajny, wspomnieniowy post, ale niestety jestem w  kuro-dupo-neko, totalnej można by powiedzieć.......

I tak oderwałam się na chwilunię od statystyczno-rankingowych tabelek, żeby choć łapką Wam pomachać.
Zanim jeszcze bardziej mnie pochłonie dupo-neko-kuro, bo w przyszłym tygodniu huta moja zostanie poddana remontowi, pomacham tak leciutko pokazując tylko troszkę Kaczorówki przed i po.


 Czyli to co kupiliśmy i to, co jest obecnie, a wałaściwie rok - dwa temu, bo wszystkich zdjęć z tego roku nie mam, ale będę miec, bo już wiem, że muszę z tych samych ujęć pstryknąć.

To jest zdjęcie  dokładnie z 27.03.2007 roku, dzień zakupu tego ugoru..........


A to kilka tygodni później, podczas stawiania ogrodzenia......
Mop zwiedza teren......

Tu już ogrodzenie postawione, pierwsze lato spędziliśmy pod namiotem.......


A tak było w 2012 roku, bo tegorocznych ujęć z tej strony nie mam....




Tak wyglądała droga i krzewiny na naszych działkach w 2007 roku, i ja skacząca z radości....



To ta sama droga, tylko, że nieco bardziej zarośnięta....zdjęcie tegoroczne.....


Pod tym drzewkiem ledwo mieściło się autko, ledwo, ledwo......


 Teraz to jedno z większych drzew na działce, a ten zakątek wygląda tak...........
 (zdjęcie z zeszłego roku)


To miejsce było karczowane, jako pierwsze. Syn, jeszcze taki trochę nie całkiem dorosły zbudował tu pierwszą ławeczkę, służyła ze 3 lata.......


 A tak wygląda teraz, to miejsce dla moich hortensji ( zdjęcie z zeszłego roku)


Jak mnie neko-dupo-kuro wypuści to przygotuję szczegóły.......

 P.S.
A teraz tak by mi się chciało, jak osiołkowi ze Shreka powiedzieć....niech mnie ktoś przytuli........

Buziaki:))

P.S. 1.Żartowałam, dam radę, aż kwiczę z radości na myśl o tym remoncie:))))




niedziela, 22 czerwca 2014

MnemoWulud

Więcej rady nie dam napisać, bo po tygodniu na Mazurach właśnie w pielesze zjechałam. Odgruzowanie trochę mi czasu zajęło:)))
Tydzień mignął, jak z bicza strzelił, co dobre wszystko się szybko kończy, o dziwo, niby wolne miałam, ale czasu do neta ledwo, ledwo.
Do nocy na powietrzu, choć muszę powiedzieć, że harowania nie było. No i pogoda raczej nie była z tych ulubionych. Wiatr łeb urywał, czego nie ZNOSZĘ, jestem rozdrażniona, skupić się nie mogę!!!

Powstał MnemoWulud, w całości wykonany przez Wu, stanie sobie z braćmi ( którzy się dopiero zrobią) gdzieś tam w krzaczkach, czy cuś....

Jak ten feniks z popiołów powstał, bo to w zasadzie prawda, ogień przy jego narodzinach miał duży udział:)))




Inienia ptasior jeszcze nie ma i miejsca swego doczesnego postoju też jeszcze nie zna.....


Ja się tym razem ludotórstwem nie zajmowałam, za to w przypływie nagłej weny zrobiłam rabatkę z odpadów drzewnych, którą ozdobiłam złomową miseczką.




Jeden taki nieletni gentelemen na pytanie, czy ładną ciocia rabatkę zrobiła odpowiedział " ładną, tylko wygląda trochę, jak nagrobek"

Amen:))
Dzieci są szczere do bólu:))
Powaznie wygląda, jak nagrobek????
No dobra, jeszcze trochę a ładnie zarośnie pnączami i żurawkami i będzie cacy:)))

P.S.

I w końcu mam własny prunt, REWELACJA. 7 lat żyłam przy świecach i lampach naftowych, też było fajnie, ale już dorosłam do odrobiny luksusu:))))

środa, 18 czerwca 2014

Nu, nu, nu, nie wolno!!!!!!

Nasz las jest duży, ba wielki, w końcu to Puszcza Piska. Jeszcze kilka lat temu, jeździło się po duktach leśnych samochodem, teraz wiem, że nie wolno, ale człek z miasta, jak nie ma znaku, że nie wolno to jedzie. Na grzyby na przykład. Od zeszłego roku wszystkie drogi w las zostały oznakowane zakazem wjazdu, bardzo dobrze, pochwalam. Byście widzieli, co zostawiają w lesie grzybiarze. Tfuuu, sromota.
Jest jedna droga, w sumie nie wiem, gminna, powiatowa, czy wojewódzka, zwykła, leśna, ale tą drogą wolno jechać. Tą drogą, jeśli już wsiadamy w samochód na grzyby, jedziemy "do bunkra", naprawdziwszego, takiego z II wojny światowej i tam karnie, przed znakiem zatrzymujemy się, a dalej na piechotę w las.
Tak mi się dziś zachciało do lasu. Śmiszne to, bo ja jestem w lesie, ale jak pojadę kilka kilometrów dalej to las wydaje mi się większy.Chciało mi się na kurki. Lubię się popisywać przed gośmi tutejszymi kurkami w śmietanie, a goście zjadą jutro. Wiary większej na  zbiory  wszak nie miałam, bo susza okrutna, ale mnie za ten bunkier ciagnęło.
Pojechaliśmy, karnie przed znakiem zaparkowaliśmy i poszliśmy w las. Kurek nie było, a te pojedyncze, znalezione już całkiem suche były. Wracamy więc, a tu obok naszego samochodu zaparkowany inny. Ooooo, myślę sobie, czyżby jakiś jeszcze amator kurek? Skąd to była straż leśna.......
Jeden jedyny człowieczek, w osobie chyba naszego leśniczego (po wąsach poznałam) rozłożył na drodze takie trzy ustrojstwa, przypominające duże blachy do pieczenia ciasta i czeka.......
W życiu akcji takiej nie widziałam to ciekawość zwyciężyła i po przywitaniu zapytałam, co to takiego dziać się będzie. Jakaś akcja jest, zatrzymują kogoś, obława?

Eeeee, nie to tylko kontrola......
Bo wiecie, taką drogą leśną mogą jeździć pojazdy leśne, które wożą cuś tam, drzewa ścięte na przykład, albo piach do naprawy innych dróg leśnych. Jeździć mogą, ale do pewnej ładowności i to, co leśniczy rozłożył na drodze to była przenośna waga!!!!


Za kilka minut mogłam się przekonać, jak to wygląda, bo nadjechała kawalkada wielkich samochodów, jeden za drugim, nie wiem, co wiozły, bo naczepy były zasłonięte plandekami, ale każdy karnie stawał tylnymi kołami na wadze i był ważony. Potem szofer pokazywał leśniczemu jakieś papierki i jechał dalej.

(Tuż przed wjzadem na wagę, samochód czeka w kolejce, bo inny się waży)

Fajnie nie? Porządek w lesie też musi być!!!

Ostrzegam też przed wjazdem do lasu, gdzie jest zakaz, a nawet go nie ma. Bo jeśli droga przez las nie jest gminna, powiatowa, czy wojewódzka (nie wiem, w końcu jaka) to straż leśna bez pardonu wlepia mandat. I kosztuje on  500 zł.
To już lepiej sobie zrobić spacerek w te i nazad, lasem się przyjemnie spaceruje:)))


wtorek, 17 czerwca 2014

Dendrolog amator

Na drzewach trochę się znam, potrafię odróżnić brzozę od wierzby, choć czasem mówię wierzba, myśląc o brzozie:))) Inne też znam, nie pomylę klona z dębem, modrzewia ze świerkiem, wiem, kiedy kwitnie lipa, choć te warszawskie olipiały w tym roku i zakwitły w maju, a powinny najwcześniej w czerwcu.
Znam kasztanowce i sporo, sporo innych. Wychowałam się na wsi, najpierw w cieniu wielkiej topoli, którą potem bezmyślny sasiąd wyciął, a potem w cieniu jesionów. Te się ostały, jeden nieco obcięty z góry ma dziś lokatorów, bo uwiły sobie na nim gniazdo bociany,a drugi prawie konjący od zalewających go świńskich śćieków, dźwignął się z upadku dzięki UE.Bo unia zakazała hodowcom wypuszczać świnie na wolny wybieg, więc sąsiad zamknął świnie w chlewie, a jesion, stojący na granicy z sąsiadową posesją odżył, ku zmartwieniu tegoż, bo, jak ostatnio siostrze powiedział, "śmieci ino".

Dobra, ale nie o tym miało być. Miało być o sośnie. Kto nie zna sosen? Kto ich nie kocha? Za ich cudny zapach, za to, że sosny to las, a las to grzyby, jagody. Sosny to wakacje, obozy, letni czas. A i zimą znajdzie sosna zwolenników, bo są tacy, co wolą zamiast świerku, piękną sosnową gałąź z szyszkami zamiast choinki.

Sosny znam baaaardzo dobrze. Kiedy nabywaliśmy Kaczorówkę już tu rosły, małe krzaczki na wysokość człowieka, przedrzeć się przez nie było trudno. Kamienie graniczne trzeba było szukać czołgając się na kolanach.
Mam wrażnie, że mrugnęłam kilka razy oczyma, a z krzaczków zrobiły się drzewska, wielkie, ba poteżne, wyższe niż dom. Tam, gdzie za młodu nie zostały przecięte zrobiła się brzydka, czarna, sucha i badylowata gęstwina. U nas tylko na końcu działki, ale u sąsiada, cała działka taka czarna. Jak wychodzę wieczorem z domku to boję się tego lasu czarnego. Bo sosny, jak rosną gęsto to szybko im kolejne piętra gałęzi schną i robią się czarne.

Dziś zadarłam w górę głowę i stwierdziłam, że należy oczyścić kolejne piętra z uschniętych gałęzi, z poziomu gruntu nie daję już rady, gałęzie są za wysko. Dawaj więc na drabinę, sekator w łapki i do roboty. Rany, co to za tortury, kora leci na łeb, na łeb też lecą obcinane gałęzie, a za nimi szyszki i trzeba uważać, żeby nie rabnąć z tej drabiny. Na dodatek nie każdą gałąź da radę ciachnąć sekator, a na piłę to ja nie mam siły.Do pomocy został wezwany Wu. Do następnych partii trzeba będzie wzywać podnośnik, albo czekać, aż natura utrąci.
To jednak nie koniec,potem to wszystko trzeba wynieść, zgrabić i spalić. A mówiłam Wu, że trzeba je (sosny) wcześniej hamować w rośnięciu??? Przycinać, skracać, wycinać, kiedy jeszcze młode?Nie słuchał to teraz ma. Zanim skosi trawę musi zgrabić pierdylion szyszek, dwiema szyszkami noży od kosiarki nie zepsuje, ale pierdylionem już tak. Nie dotarł biedaczek do końca zgrabiania trawników, powiał wiatr i szyszki łubudubu, lecą, jak ulegałki.


 Nie będę powtarzała brzydkich wyrazów, ale Wu mocno dziś nagrzeszył.
Kiedy skończył koszenie kazałam mu spojrzeć w górę......jeszcze parę pierdylionów szyszek wisi na tych kilkudziesięciu drzewach.

Sosny rosną szybko. Rocznie potrafią mieć przyrosty nawet 1,5 metra. Nasze chyba rosną szybciej:)))
Bo na początku czerwca, miały takie przyrosty.



Co będzie do jesieni???

Tak, więc dziś dzień spędziłam zbożnie, najpierw przesadzałam to, co nie chciało rosnąć w dotychczasowym miejscu, ( który to już raz?), skubałam też chwasty, bez większej wiary w to, że je wszytskie wyskubię, potem zajmowałam się sosnami i grabienim igieł.
No, przecież zapomniałam o igłach!!!
 Sosony zrzucają też igły, co roku to robią, gdzieś około sierpnia. Igły lecą, jak deszcz i zasnuwają grubym dywanem trawniczki, skalniaczki, ławeczki, krzaczki, wpadają do rynien, są na tarasie w psiej misce na samochodzie, a jak coś jesz za długo to też w twoim talerzu. Na twojej głowie też są, w końcu mało jest u nas miejsc, gdzie nie ma sosen!!!!Pod tą iglaną pierzynką nic, ale to nic nie urośnie, no chyba, że grzyb.  Dlatego igły się u nas w części rekreacyjnej grabi, po kątach sobie leżą, aż zgniją.

Z samej tylko części rekreacyjnej grabi się ich na wiosnę wagonami, bo byłoby wszędzie szaro i iglano, a ja chcę mieć trawę, krzaki, ławeczki, skalniaczki i inne duperele ogrodowe. Najmniej mi przeszkadza łażenie z igłami we włosach:))

Kto marzy o pięknej, wielkiej sośnie, niech ją wsadzi i o niej zapomni, minie lat 10 będzie ją miał, z uschłymi, co roku gałęziami, szyszkami i igłami spadającymi w ilościach hurtowych:))

Ze dwie - trzy sosenki wzięłam w porę w obroty i je co roku przycinam, mają ładny pokrój nie usychają im kolejne piętra gałęzi, są zieloniutkie i nie zrzucają igieł!!!

A tak poza tym to porządkujemy w dalszym ciągu, to się chyba nigdy nie skończy, bo końca nic, a nic nie widać. Zrobiłam trochę nowych nasadzeń, podlałam bo sucho okrutnie, popatrzyłam, jak porosło w naszych zakątkach i szczerze powiedziawszy mimo tego, że jeszcze widno oczęta mi się zamykają. Nie ma to, jak cały dzień na powietrzu:)))








P.S.1

Jeszcze zrobiłam ogórki, dla gości, bo zjadą w czwartek:)))


P.S. 2

Żeby się nie zatyrać przy koszeniu, ale też  dla ładnego widoku, oraz pozostawienia schronienia dla motylków, robalków i innych glist, nie kosimy części trawnika, przed domkiem. Dopiero jesienią. Teraz królują tam trawy, właśnie kwitną na czerwono i babki lancetowate na biało. Potem będzie fioletowa koniczyna i wiele, wiele innych łąkowych roślinek. W ciepły dzień cała łączka bzyczy, a wieczorem dają kocerty świerszcze,  do tego łączka pięknie pachnie.
Wygląda teraz tak:

Pozdrawiam mazursko:)))


P.S. 3 - przepraszam za literówki, wytarła mi się klawiatura, piszę na pamięć,bo prawie liter nie widać:))))