Nabieram powietrza, zaciskam kciuki i czekam.......
Młody o 12:45 się broni........
A dopiero, co był taki ooooooooooooo.......
Suplement.
I po obronie............
Torcik zjedzony, napięcie zeszło.
Teraz zrobi sobie trochę wolnego od szkoły, która na koniec komplikowała, jak mogła, a potem pomyśli, gdzie dalej.
Formalnościami i zbieraniem pierdyliona podpisów i zaświadczeń chyba chcą tych studentów tylko zniechęcić.
U mnie tak nie było.
Dziękuję za trzymanie kciuków:)))
sobota, 12 lipca 2014
poniedziałek, 7 lipca 2014
Jak Wu został górnikiem, a Mnemo złomiarą......
Bakcyla do starego żelastwa zaszczepiła mi Hana ( dziękuję Hanuś) i teraz nie omieszkam odwiedzać, co jakiś czas troszeczkę już zaprzyjaźnionego właściciela złomowiska w mazurksiej miejscowości na P.
W sobotę miałam marudny dzień, snułam się tu i tam i weny nijakiej we mnie nie było. W taki czas najlepiej gdzieś ruszyć, ale to też jest problem, bo to musiałoby być gdzieś, gdzie poczujesz, jak krew w żyłach krąży.
Podstępem wywabiłam WU z domu, że niby po ziemię kwiatową, nożyk do grzybów i szczoteczkę do paznokci, bo gdzieś się zapodziała. Jechać po to wszytsko trza było, aż do gminnej miejscowości. Celem mym jednak było złomowisko. Jeżdżę też sama, ale zdecydowanie wolę zWu, bo to on w razie znalezienia jakiegoś skarbu na stercie włazi go wyciagać.
Rozczarowłam się nieco, bo złomowisko było prawie puste, zaledwie dzień wcześniej złom został zabrany i zostały tylko jakieś resztki i to, co z rana zwlekli złomiarze.
Moje czujne oko wynalazło jednak to:
A na sam koniec szperania, w jakimś kącie jeszcze to:
Resztki starych, zardzewiałych sanek, zrobionych z całą pewnością metodą chałupniczą, bo z zespawanych jakichś rurek i prętów. Z ozdóbkami nad płozami. Widać robiący miał "artystyczne" zacięcie, albo chciał dziecku zrobić wyjątkowe sanki.
Musiały być sporo eksploatowane, bo rurki w miejscu ślizgu tak zię wytarły, że zrobiły się w nich dziury.
Jak tylko, je zobaczyłam wiedziałm, co z nich będzie.
Całe 10 zeta zapłaciłam.
W niedzielę wstałam z niespotykaną weną i zacięciem, postanowiłam, po 7 latach, odkurzyć pierwszy raz domek ( wcześniej bez prądu się nie dało).
Zajęta robotami porządkowymi nie zwróciłam uwagi, gdzie przepadł Wu.
Po pewnym czasie usłyszałam zza chałupki takie szurum buru, szuru, buru, idę za chałupkę i co widzę?
Wu, czarny niczym górnik fedrujący przodek, z eleganckim czarnym, węglowym wąsikiem a,la Adolf skrobie drucianą szczotką dechy.
Skrobał, czyścił, olejował, potem skręcał i przycinał dechy, a wszystko to po to, żeby moją wizję przerobić w prawdziwy użytkowy przedmiot ogrodowy.
W taki oto sposób za jakieś dwa złote i ze dwie godzinki czasu mam aligancką ławeczkę ogrodową.
Jest lekka i dzięki przyczepionemy staremu, zardzewiałemu łańcuchowi ( też ze złomowiska) łatwo przenośna.
A w ogrodzie nigdy dość miejsc, żeby przysiąść:)))))
P.S.
Nie chciało się wcale wracać, wierzycie mi?
W sobotę miałam marudny dzień, snułam się tu i tam i weny nijakiej we mnie nie było. W taki czas najlepiej gdzieś ruszyć, ale to też jest problem, bo to musiałoby być gdzieś, gdzie poczujesz, jak krew w żyłach krąży.
Podstępem wywabiłam WU z domu, że niby po ziemię kwiatową, nożyk do grzybów i szczoteczkę do paznokci, bo gdzieś się zapodziała. Jechać po to wszytsko trza było, aż do gminnej miejscowości. Celem mym jednak było złomowisko. Jeżdżę też sama, ale zdecydowanie wolę zWu, bo to on w razie znalezienia jakiegoś skarbu na stercie włazi go wyciagać.
Rozczarowłam się nieco, bo złomowisko było prawie puste, zaledwie dzień wcześniej złom został zabrany i zostały tylko jakieś resztki i to, co z rana zwlekli złomiarze.
Moje czujne oko wynalazło jednak to:
A na sam koniec szperania, w jakimś kącie jeszcze to:
Resztki starych, zardzewiałych sanek, zrobionych z całą pewnością metodą chałupniczą, bo z zespawanych jakichś rurek i prętów. Z ozdóbkami nad płozami. Widać robiący miał "artystyczne" zacięcie, albo chciał dziecku zrobić wyjątkowe sanki.
Musiały być sporo eksploatowane, bo rurki w miejscu ślizgu tak zię wytarły, że zrobiły się w nich dziury.
Jak tylko, je zobaczyłam wiedziałm, co z nich będzie.
Całe 10 zeta zapłaciłam.
W niedzielę wstałam z niespotykaną weną i zacięciem, postanowiłam, po 7 latach, odkurzyć pierwszy raz domek ( wcześniej bez prądu się nie dało).
Zajęta robotami porządkowymi nie zwróciłam uwagi, gdzie przepadł Wu.
Po pewnym czasie usłyszałam zza chałupki takie szurum buru, szuru, buru, idę za chałupkę i co widzę?
Wu, czarny niczym górnik fedrujący przodek, z eleganckim czarnym, węglowym wąsikiem a,la Adolf skrobie drucianą szczotką dechy.
Skrobał, czyścił, olejował, potem skręcał i przycinał dechy, a wszystko to po to, żeby moją wizję przerobić w prawdziwy użytkowy przedmiot ogrodowy.
W taki oto sposób za jakieś dwa złote i ze dwie godzinki czasu mam aligancką ławeczkę ogrodową.
Jest lekka i dzięki przyczepionemy staremu, zardzewiałemu łańcuchowi ( też ze złomowiska) łatwo przenośna.
A w ogrodzie nigdy dość miejsc, żeby przysiąść:)))))
Resztą nabytków zajmę się na urlopie.
A teraz inne motyleki nocne dla Tupajki. Znalazłam je podczas sprzątania górki, po obfoceniu puściłam wolno. Niech se zapylają nocą kfiatki.
Choćby te od wiciokrzekwu, który w tym roku kwitnie, jak głupi, rozsiewa, szczególnie wieczorem, upojny zapach niczym w drogerii.
A wieczorem zlatują do niego ćmy........( albo inne jakieś motylki)
Nie chciało się wcale wracać, wierzycie mi?
sobota, 5 lipca 2014
Dwa
Chyba jestem zmęczona...
Z całą pewnością jestem zmęczona, skoro nawet w Kaczorówce mi nic nie lepiej. Cały tydzień ganianie ze spotkania na szkolenie i tak w koło. A w piątek po nocy jazda do Kaczorówki..........
I zamiast się cieszyć ładną, choć dziwną dziś pogodą to się snuję.....
Tu dłubnę, tam dziubnę i zaraz mi sił brak.....
Nawet na pisanie......
Wydłubałam zaczęte jakiś czas temi aniołki, tym razem drewniane.
Pocieszyłam się 5 minut zdobyczami ze złomowiska i........jest 20:00, kiedy i na czym mi ten dzień minął?
A jutro nazad 200 km.....bosszsz, jak ja już chcę normalnego urlopu. Jeszcze tydzień, jeszcze tylko tydzień.....
Pomyślałam o Tupajce, kiedy go zobaczyłam wczoraj w nocy, może będzie więdzieć, co to zapiękny, przypominający nowoczesny samolot, nocny motyl? I w jakich kolorach!!!!Zdjęcie nieostre, bo noc była.......
A rankiem, kiedy zobaczyłam następne znów pomyśłałam o Tupajce.......
Zobaczcie, jakie ma ładne wzorki na skrzydełkach........
Pokwękując z cicha życzę Wam miłego wiecziru i udanej niedzieli........
Z całą pewnością jestem zmęczona, skoro nawet w Kaczorówce mi nic nie lepiej. Cały tydzień ganianie ze spotkania na szkolenie i tak w koło. A w piątek po nocy jazda do Kaczorówki..........
I zamiast się cieszyć ładną, choć dziwną dziś pogodą to się snuję.....
Tu dłubnę, tam dziubnę i zaraz mi sił brak.....
Nawet na pisanie......
Wydłubałam zaczęte jakiś czas temi aniołki, tym razem drewniane.
Pocieszyłam się 5 minut zdobyczami ze złomowiska i........jest 20:00, kiedy i na czym mi ten dzień minął?
A jutro nazad 200 km.....bosszsz, jak ja już chcę normalnego urlopu. Jeszcze tydzień, jeszcze tylko tydzień.....
Wu wydłubał swojego luda w tym czasie i zawiesił go na płotku.....
Pomyślałam o Tupajce, kiedy go zobaczyłam wczoraj w nocy, może będzie więdzieć, co to zapiękny, przypominający nowoczesny samolot, nocny motyl? I w jakich kolorach!!!!Zdjęcie nieostre, bo noc była.......
A rankiem, kiedy zobaczyłam następne znów pomyśłałam o Tupajce.......
Zobaczcie, jakie ma ładne wzorki na skrzydełkach........
I jeszcze jeden, biały, jak panna młoda.....
Tupajka, wie, co to za jedne???
Pokwękując z cicha życzę Wam miłego wiecziru i udanej niedzieli........
środa, 2 lipca 2014
A bo mnie to rozśmieszyło.........
Ileż to razy nam się nasuwają podobne odpowiedzi........

Moja propozyjcja:
Rozstawiam talerze na stole.....Wu pyta,
Kotek, obiad podajesz?
Nie,q..wa, gram na perkusji....
A Wasze propozyje?
sobota, 28 czerwca 2014
Na OHApie życie płynie.......Pobierowo.
Do Pobierowa, na OHP, pojechałam w czerwcu, po maturze. Z duszą lekką, jak pórko. Liceum było już za mną. Czułam się taka dorosła. Niejako z automatu, po zaprawie w Jarosławcu, posłali mnie oczywiście na salę
do kelnerowania.
Tutaj już nie można było paradować w swoich ciuchach i
gorszyć gości mini spódniczkami, dostałyśmy obrzydliwe fartuchy, jak
jakaś ekipa sprzatająca, w taką szaro-różową łączkę.
Fartuch był za wielki, wtedy byłam szczupła, więc musiałam
się motać jakimiś paskami w talii, żeby wyglądać, jako tako.
Opiekowała się nami Babcia, tak nazywałyśmy psorkę od prawoznawstwa,
która przyjechała tam z wnusiem i była naszą opiekunką z ramienia szkoły.
Babcia, całe dnie spędzała z wnusiem, nic nie widziała i nie słyszała, dlatego złego słowa na nas nie dała powiedzieć i
nawet, jak się goście skarżyli, że dziewczyny imprezują, to Babcia robiła
zdziwioną minę i mówiła "moje
dziewczynki? to jakaś pomyłka".
Ufała swoim dziewczynkom bezgranicznie. W końcu znała nas 4 lata.
Ufała swoim dziewczynkom bezgranicznie. W końcu znała nas 4 lata.
Prawdą jest, że nie wszystkie imprezowały, nasz domek, bo
mieszkałyśmy w fajnym domu z 3 pokoikami, raczej nie imprezował. W każdym razie to były spokojne imprezy. Za to w
sąsiednich domkach, a było ich wiele, za sprawą bliskiej jednostki wojskowej, bywało gwarno.
Spragnione maturzystki ( i nie tylko) chętnie zapoznawały się z chłopakami
odbębniającymi tam wojsko. My byłyśmy raczej spokojne za wyjątkiem jednej z
koleżanek, która przepadała na całe noce, a jak wracała to za nią z reguły
kilku młodzieńców w moro. Kiedyś się zbuntowałyśmy, bo ta czereda musiała przechodzić
przez nasz pokój, żeby wejść do jej pokoju, a to był środek nocy i od tej pory
jej goście wchodzili do pokoju oknem.
Jak było za gwarno to waliło się trampkiem w ścianę, żeby zamknęli japy.
Nie zaznałyśmy też przyjemności wpadnięcia do latryny, które jedna z koleżanek zaliczyła, kiedy po nocy z chłopakami wybrała się przez las na melinę po wódkę. Po ćmoku wleźli na teren jakiegoś obozu i zaliczyli latrynę.........
My, tzn, dziewczyny z naszego pokoju, też kiedyś na plaży
poznałyśmy chłopaków. Aż takie skromnisiami nie byłyśmy. Na plażę chodziło się wieczorami, po wydaniu wczasowiczom
kolacji. Naszą ulubioną rozgrywką było siadanie kilka metrów od brzegu w wodzie
i czekanie na falę. Fala wyrzucała nas na brzeg, a w tym czasie dupska
szorowały o piach. Nie wiem dlaczego, ale ta zabawa bardzo nas śmieszyła.
Obśrupane tyłki smarowałyśmy potem kremem nivea.
Lubiłam też leżeć na pasku i gapić się w gwiazdy. Nie
pamiętam, co to byli za chłopcy, ale zaprosiłyśmy ich do domku na wizytę. Mieli
przyjść po południu. Czerwiec tego roku był mokry, ciągle padało, nie miałyśmy
gdzie suszyć prania. Wyprane majtki wieszałyśmy, więc na żabkach, przy
karniszach. Czekamy na tych chłopaków, nasza koleżanka Hanka pilnowała, czy nie
idą. Nagle wpada Hanka do domku i wrzeszczy, "dziewczyny szczuny idą, ściągać gacie”. Niestety nie wywołała
tym zamierzonego efektu, bo zamiast ściągać gacie, zaczęłyśmy ryczeć ze śmiechu
i się turlać po łóżkach. Gacie z żabek musiała sprzątnąć sama.
Jakoś nie przypominam sobie żadnego zakochania z tego
wyjazdu. Nic, absolutnie nic. Pamiętam, za to psa, owczarka niemieckiego, który
się wabił Stefan. To był chyba pies kucharza. Czasem wyprowadzałam go na
spacer, pies był silny, ciągnął, jak głupi, ja wrzeszczałam Stefan, Stefan a
panowie na deptaku oglądali się za siebie. To też mnie bawiło. Pewno niektórzy
mieli na imię Stefan i myśleli, że na nich.
Pamiętam też fajnego szefa kuchni. wtedy (pewno)30- latek już nie wydawał mi się takim zgrzybiałym starcem. Trochę się w nim
podkochiwałyśmy, tak gremialnie, ale był żonaty i dzieciaty, a my byłyśmy
bardzo grzecznymi dziewczynkami. Nawet z nim nie chciałyśmy pić wódki, choć
ponoć w zakamarkach kuchni nie jedna butelka zobaczyła dno. Bo Zbyszek miał ciągoty. Do alkoholu i ponoć do młodych dziewczyn. Ale ani jednego, ani drugiego na oczy nie widziałam, takie chodziły plotki. Jak to na wczasach.....
Do wielkich ekscesów, teraz to mogę napisać, należy zaliczyć
kąpiel w zmywakach……..
Trochę się tego wstydziłam, bo to obrzydliwe, ale tak było.
Ten szef kuchni robił nam psikusy, droczył się z nami, np. zakręcał nam wodę,
kiedy byłyśmy pod prysznicem, bo twierdził, że to drogo kosztuje, a przecież
mamy morze. Postanowiłyśmy się na nim zemścić. Któregoś dnia, napuściłyśmy
sobie pełne zmywaki wody, ( tak, tak, w tych, co się talerze myło, a były
wielkie, jak wanny) i poszłyśmy pod prysznic. A tu bęc, Zbyszek znowu zakręcił
nam wodę, no to my pędem do kuchni, zamknęłyśmy się od środka i wrzeszczymy, „ dajesz wodę, czy nie?” A on nic, udaje,
że go nie ma. No to my myk do tych zmywaków i dalej wrzeszczeć „wypchaj się, teraz to my się kąpiemy w
zmywakach” . Od razu się ujawnił, ale wleźć do kuchni nie mógł, tylko walił
w drzwi i wołał, że jesteśmy świntuchy i że Sanepid mu jaja urwie, jak się
dowie. Cel jednak osiągnęłyśmy, bo więcej wody nam nie zakręcił. A Sanepid chyba mu już jaj nie urwie, nawet jakby się dowiedział, bo minęły od tego czasu dokładnie 3 dekady, przestępstwo się przedawniło:)))
Inne ulubione Zbyszka zabawy polegały na wsadzaniu dziewczyn
do wielkiego kotła, w którym gotowała się zupa. Ten kocioł był taki przechylany
i wisiał u sufitu, nie widziałam nigdy takiego. Był ogromny, kilkadziesiąt zup
się z niego wydawało, dziewczyna spoko się w nim mieściła. Ja, jako kelnerka
byłam mniej narażona na te psikusy,bo to głównie w kuchni się odbywało, ale
kiedyś i mnie nabrał. Po wydaniu któregoś z posiłków, kiedy sprzątałyśmy salę
zawołał mnie do okienka, gdzie odbierało się dania. Poszłam tam, nachyliłam
się, a tu Zbyszek wraz z pomocnikiem cap mnie za ręce i dalej wciągać przez okienko. Szans nie miałam, wciągnęli,
a potem wsadzili do gara. No!!! Oczywiście darłam mordę, ale, kto mi miał
pomóc????
Widać Zbyszka ambicją było, żeby każda zaliczyła kocioł.........
Z żalem wyjeżdżałam z tego Pobierowa, ale miał minąć tylko
lipiec, który spędzałam u koleżanki pracującej w ośrodku wypoczynkowym w
Kołobrzegu, a 1 sierpnia miałam wyjechać
na OHP do NRD…………
A jak pamiętam OHP W NRD będzie kolejnym razem.....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

