wtorek, 21 października 2014

Jużem nazad...

ponoć tak mawiała Stanisława Gierkowa do swego męża po powrocie z zakupów w Paryżu.
Ja w Paryżu nie byłam, ale o Francję się otarłam.
Wróciłam już prawie miesiąc temu, siadłam zaraz, żeby Wam zdać relację, coś tam napisałam, ale już zdjęć nie miałam czasu wybrać. Tekst zostawiam, tak, jak napisałam, zdjęcia wkleiłam dziś, ale jest ich tyle, że wystarczy mi na duuuuuuuuużo postów, jeśli będę miała je czas napisać:)))

 Zacznę od początku i ogólnego opisu całej wycieczki. Ogólnie zrobiliśmy prawie 7000 km!!!! To jest wyczyn, bo najdłuższy etap podróży to 1400 km w jeden dzień!!!!

Widziałam piękne krajobrazy Prowansji i Langwedocji, na dłużej zatrzymałam się w Cannes, Nicei i Carcassone. O ile Carcassone cudne,





 choć za krótko je zwiedzaliśmy, jak na mój gust, to sławny czerwony dywan w Cannes i Aleja Gwiazd, zdecydowanie przereklamowana. Odcisk dłoni Van Damma wielkością nie różnił się od mojej dłoni, za to Sylwek Stallone ma łapę, jak bochen chleba. Swoje łapki porównałam jeszcze z odciskami Woppi Goldberg i Sharon Stone, a dalej nie chciało mi się już łazić, bo upał był niemiłosierny, a ja ubrałam się za grubo. Pogapiłam się na jachty w porcie i jakiś wypasiony hotel i koniec zwiedzania, taki minimalizm, żadnego muzem, nic!!!






W Avignon wszystko było zamknięte (tu pilot dał ciała) nawet kibel przed siedzibą papieży, więc przez większość czasu wolnego gorączkowo szukałam jakiegoś WC. Już myślałam, że zbeszczeszczę jakieś krzaki pod dawnymi murami obronnym starego grodu. Co pamiętam z Avignon? Ano ogrody papieskie, piękne, widok na słynny za sprawą  Ewy Demarczyk most, szukanie kibla i przylepienie się na ławce do jakiejś żywicy, która mi skleiła pośladki i zostawiła brunatna plamę na kiecce, akurat w tym dniu wystroiłm się w kremową spódniczkę.



A potem jazda do Lourdes. Tu spodziewałam się atmosferki mocherowo-ckliwej, ale zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. To urocza miejscowość, szczególnie jeśli nie skupia się tylko na samym sanktuarium, a szuka jeszcze innych atrakcyjnych miejsc, a są takie w zasięgu wzroku.
Atmosfera samego sanktuarium chwytająca za serce, miałam łzy w oczach widząc żarliwą wiarę tych wszystkich ludzi tłoczących się wokół sanktuarium. Niezliczone rzesze ludzi na wózkach inwalidzkich, łóżkach lekarskich, mrowie wolontariuszy.....

.



Niesamowite wrażenie robi podziemny kościół na ....25.000 (DWADZIEŚCIA PIĘĆ TYSIĘCY OSÓB) ...........



Ponieważ w Lourdes mieliśmy cały dzień wolny i był tam nocleg, szybko zostawiliśmy z Wu przewodnika i stwierdziliśmy, że robimy zwiedzanie na własną rękę. Oczywiście wszystko, co dotyczy sanktuarium obejrzeliśmy, było palenie świecy,  wejście do groty, kościł dolny, górny, przyglądanie się wieczornej procesji, ale mnie od samego przyjazdu nędził zamek na skale górujący nad miastem. Jako jedyni z całej wycieczki tam dotarliśmy i zwiedziliśmy go w całości i spokoju na dodatek za free, bo to była niedziela i wstęp był wolny. Obejrzałam piękne ekspozycje w salach zamkowych, cmentarz z niesamowitymi nagrobkami no i te krajobrazy z wież i murów..........








 Tam, gdzie czerwony x na murawie, to własnie ten kościół na 25.000 osób......


 Było tak pusto, że zatańczyłam w zamkowych zaułkach........




No i pokój mieliśmy luksusowy, nie to, co ta kajuta w Niceii................

 W Monaco zauroczyły mnie krajobrazy, bo do kasyna nie miałam z czym iść, zjadłam lody za pierdylion i to byłoby na tyle atrakcji w Monaco, nie licząc rozlicznych fotek. Ogólnie to zachwycałam się głównie krajobrazami, bo wycieczka tak była skonstruowana, że zwiedzanie, nawet jeśli było, to w biegu i mało było czasu wolnego, co oczywiście doprowadzało mnie do szału.



Po Monaco udaliśmy się w stronę Andorry, człapiąc autokarem na wyskość 2400 n.p.m. Widoki mrożące krew w żyłach, nagie góry, serpentyny drogi i wszędzie luzem pasące się krowy i konie z wielkimi dzwonkami na szyjach. A potem zakupy w sklepie, który tym się charakteryzował, że ceny alkoholu były baaaardzo niskie. Autobus podzwaniał butelczynami do samej Hiszpanii, ale grzech było nie kupić dobrego napitku za kilka euro. Kontrolę graniczną, bo taka jest, przeszliśmy gładko, hiszpański celnik zajrzał do luków bagażowych, a my robiliśmy za pielgrzymów udających się z Lourdes do Montserrat, środka autokaru nie sprawdzał:) I całe szczęście, bo by się chyba zdziwił..........












Po Andorze pojechaliśmy w stronę Montserrat.
Kolejne serpentyny, powodujące zawrót głowy, ale po wjeździe na Monte Casino w zeszłym roku człek już trochę przywykły. Montserrat cudnie położone, nagie góry wyglądają, jak powtykane koło siebie bułki paryskie lub bochenki chleba, które czasem przypominają twarze ludzi, albo nawet twarz........kury.


Kura????

No jasne, że kura!!! I ma nawet grzebień!!!!


I nie byliśmy w najwyższym miejscu, tam gdzie krzyż i ponoć kapliczka było jeszcze trochę.....trzeba było wjechąc kolejką.......

 O taką...........






I specjalnie dla Arteńki, która nijak się kury dopatrzeć w powyższych skałkach nie mogła. Moja przeróbka:))






Posąg Morenity (Czarnej Madonny) zaskoczył mnie zupełnie, nie tego się spodziewałam. Warto było stać pół godziny w wijącej się przez kościół kolejce, żeby ją zobaczyć, dotknąć trzymanej przez nią w dłoni kuli ziemskiej i wypowiedzieć życzenie. Morenita jest cudna, sami zobaczcie.





Po drodze cykałam kolejki i pociągi dla Lidki, kiedyś zrobię osobny specjalnie dla niej post z fotkami.




A potem udaliśmy się w stronę Costa Brava, gdzie zacumowaliśmy na 4  dni. I całe szczęście, bo już siły mi się kończyły na tą galopadę...................
Z Costa Brava, konkretnie z miejscowości Santa Susana, zrobiliśmy wypad do Barcelony, cudnej zresztą, ale było tego zwiedzania za dużo na jeden dzień i summa summarum, pod koniec dnia chciało mi się ryczeć z bólu ( nogi nadwarężone wieczornymi tańcami). Za dużo wszystkiegod razu i pomnik Kolumba i La Rambla i Kościół Świętej Eulalii, cudne uliczki dzielnicy gotyckiej, park Guell zaprojektowany przez Gaudiego i na końcu samym Sagrada Familia, na której zwiedzanie tak czekałam, a dostaliśmy tam czasu.......30 minut.........myślałam, że podgryzę aortę pilotowi.......



Wnętrze jest cudne, żadne zdjęcie tego nie odda.......


 Park Guell i słynna ławka Gaudiego.......



La Rambla......ten stwór to ucharakteryzowany człowiek......


 A ten dowcipniś, bo to był facet, jako Marylin Monroe rozdawał przechodniom buziaki......


Szczerze powiedziawszy nieźle się umęczyłam wybierając dla Was fotki..........

Moi Drodzy czytelnicy cdn, a także bardziej szczegółowy opis każdego zwiedzanego miejsca zilustrowanego zdjęciami mam nadzieję, że się pojawi.

Nie wiem, czy szybko to nastąpi, bo przez jakiś czas  będę miała zdecydowanie mniej czasu na net.  Postaram się przygotować wpisy ciekawsze, bardziej dopracowane, a no to potrzeba czasu, bo literat ze mnie, jak z koziej dooopy, worek na mąkę. Mam wyrzuty sumienia, że piszę na  łapu, capu, ale uwierzcie, wracam bardzo późno do domu i praktycznie padam na nos. Nie zarywam też już, jak kiedyś nocy, bo rano nie mogę się obudzić, wręcz jestem chora z niedospania.
Będę do Was w miarę możliwości zaglądać:)))

Lecę, bo dziecko przyszło i chce jeść!!!!!!

niedziela, 12 października 2014

Taki urok jesiennego poranka

Nadchodzi, niestety, taki czas, że trzeba się udać ten ostatni raz w sezonie do Kaczorówki. Robię to zawsze z  żalem, bo muszę ją pożegnać na prawie 7 miesięcy. Żałuję, że nie mamy tu klimatu śródziemnomorskiego, albo, że nie stać mnie na postawienie domku całorocznego. Jedziemy więc i znosimy te klamoty, których nazwoziliśmy do Kaczorówki już sporo. Upychamy, gdzie się da te wszystkie balie, wiadra, miski, krzesła, hamaki, stoły i stołki, donice, węże ogrodowe i taczki. Trzeba koniecznie zbudować drewutnię, bo to noszenie i chowanie mnie zwyczajnie wkurza.
Wyjechaliśmy wczoraj rano, ale nie tak wcześnie, jak bym chciała, bo zwyczajnie musiałam odespać cały tydzień.
Warszawa była spowita mgłą, która jeszcze zrobiła się gęstsza, jak wyjechaliśmy za Zegrze. Jesień jest piękna, nie mogłam się napatrzeć na kolory, w które ubiera drzewa. Po drodze wyłaniały się z tej mgły i całe aż świeciły kolorami.
Sami zobaczcie (zdjęcia robione przez szybę samochodu)







W Kaczorówce nie byłam miesiąc. Co zastałam? Kaczorówkę zasłaną igłami.......igły, igły, iły. tony igieł. Dywan z igieł. Było grabienia i palenia na kilka godzin. Do samego zmroku, a i tak nie wszystko zgrabione. Siłka za darmo:) Grabimy te igły, tam, gdzie mamy już posadzone rośliny, żeby kwaśny, iglany odczyn nie zabił.
Trzeba koniecznie zlikwidować część drzew i uzupełnić ich brak drzewami liściastymi. Uwielbiam, jak jesienią rozświetlają otoczenie. Dęby płoną czerwienią, a klony i brzozy "świecą", jak żarówki.

Iglaste drzewa nie dają tego spektaklu kolorów. Z działki mam doskonały widok na całą wieś i widzę, jak pięknie złocą się stare klony.


A nasza droga dojazdowa do wsi? Zobaczcie sami...........


Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, więc zaliczyliśmy szybki spacer nad jezioro, puste i ciche. Woda w kąpielisku już brunatna, butwieją tam opadłe liście. Widziałam na niebie odlatujące klucze żurawi ..... to już jesień.......nieodwołalnie, choć do 22- giej można było siedzieć na tarasie w koszulkach na krótki rękaw. Czasem latem tak się nie da.
W lesie nie ma ani jednego grzyba. Żadnego, nawet tych "psich", panuje okrutna susza. Jeszcze nie widziałam takiej grzybiej posuchy. O tej porze las aż kipiał grzybowym wysypem. Były takie lata, że nogi się nie dało postawić, żeby nie nadepnąć na grzyba. W tym roku nie ma nic.
A chałupka też się pyszni kolorami. Zdjęcie marne jakieś, ale w naturze ładnie to wygląda.


To, co? Do zobaczenia chałupeczko w kwietniu..........Będziemy tęsknić, bardzo.......

piątek, 10 października 2014

Rzymska kaczka rządzi.

Naczynie rzymskie lub garnek rzymski - do niedawna nie miałam pojęcia, że cuś takiego istnieje.

Wychowana na emaliowanych garnkach, ewentualnie kamionkowych lub żaroodpornych, nie szukałam żadnych innowacji, szczególnie, że ostatnio kuchnia to raczej miejsce, które omijałam szerokim łukiem.
Postanowiłam jednak coś zmienić w swoim życiu  (od czasu do czasu takie mnie coś napada) i zacząć prowadzić zdrowszy tryb życia, a raczej zdrowszy tryb żarcia. 

Pomóc ma mi w tym, prosty w obsłudze, garnek rzymski:)

Na stronie internetowej, gdzie sobie taki nabyłam, napisano tak o potrawach w nim sporządzanych:

"Potrawa, która będzie jednocześnie smaczna i aromatyczna, ale także przygotowana w jak najzdrowszy sposób to połączenie idealne. Do takich zadań doskonale nadadzą się garnki rzymskie, które umożliwiają zapiekanie oraz duszenie pysznych i lekkostrawnych dań z mięs, ryb oraz warzyw. Największą zaletą przyrządzania jedzenia w tych naczyniach jest fakt, że wykorzystane składniki nie tracą wartości odżywczych oraz witamin. Pieczeń przygotowana w garnku glinianym pozostanie idealnie krucha i soczysta, stając się popisowym daniem każdego domowego kucharza"

Już sam fakt, że stosowali je Rzymianie mnie zachęcił:))
Naczynie rzymskie może służyć do pieczenia:
chleba
ryb
zapiekanek
dań z drobiu(kurczaka, indyka, kaczki)
pieczeni mięsnych
lasagne
risotto
dań z warzyw(ziemniaków w mundurkach,
faszerowanych pomidorów, papryk, kabaczków itp.

Nie używa się podczas pieczenia żadnego tłuszczu, więc potrawy w nim sporządzone są dietetyczne i łatwiej strawne.
Ja nabyłam ten uroczy garnek z przykrywką w formie kaczki. Słodki prawda??
Jeszcze go nie używałam, bo kurier dopiero, co mi go dostarczył, ale zamierzam sporządzać w nim pieczone warzywa, których mamy teraz w bród, kurczaka lub indyka, bo to mięska, które poleca się tym, którzy chcą pozbyć się kilku kilogramów.





Garnki są dostępne w różnych kształtach i pojemnościach. Dla amatorów innych ptasich nacji, oprócz kaczek, są dostępne garnki z kurzą przykrywką:)))



I wiecie, co? To nie jest prawda, że nie miałam czasu na przygotowanie swoich posiłków, więc jadłam byle, jak, często byle co i w pośpiechu.
Odkąd się zmobilizowałam jem 5 posiłków dziennie, W dwóch są sałatki, obiad ma dwa dania, a ja jakoś znajduję czas, żeby posiłki sobie przygotować, a potem znajduję czas, żeby je, jak CZŁOWIEK zjeść:)))


środa, 8 października 2014

Jak weselo to tylko w .....cz.II

W poprzednim odcinku stanęło na Madzi zagotowanej i Mnemo zaszytej. Madzia pojechała na lince holowniczej pod dom weselny, a Mnemo zaszyta pojechała z ojcami weselnymi zaraz za nią.
Jak to w małym mieście, nikt do naprawy się nie będzie zabierał pod wieczór, jest przecież dzień następny to się zrobi. W sumie się nie dziwię, była przecież sobota, łikend znaczy się.
A może maczali w tym palce ojcowie weselni? Mieliśmy zamiar wracać jeszcze w nocy,  a tu trza było hulać do rana, bo wrócić nie było czym:))
No to się hulało, a co!!! Disco polo przygrywało i choć jest mi to zupełnie oby gatunek muzyczny, to trza przyznać, ze orkiestra, a raczej zespół rżnął dobrze, prawie bez przerw, aż siódme poty z człeka leciały. Disco polo nie moja bajka, bo oprócz "Jesteś szalona" i "Ale,ale Aleksandra" nic mi nie było znajome, więc, jak cała sala wyła razem z wokalistą, to ja tylko ustami ruszałam.
I choć już od dłuższego czasu nie przepadam za takimi imprami to muszę powiedzieć, że to weselisko było wyjątkowo udane i dopracowane. Sala weselna, a nawet cały dom weselny z pokojami gościnnymi, łazienkami, salkami bocznymi, tarasami, czyściutki i urządzony " na bogato" (goście to ponoć lubią).





 Przed salą ogród w stylu francuskim, a w zagrodach na zapleczu, pawie, króliki, ptactwo ozdobne. Aaaaa była jeszcze w salce myśliwskiej na poddaszu,  woliera z papugami, tak, że było, co oglądać, ale to już nazajutrz, "za widoku".


Para młoda jechała zgrabnym kabrioletem, ciągnąc puszki za sobą, a za nimi świadkowie w wypasionym (ładny, oj ładny był) mercedesie.



A na stołach.......o matulu, czego tam nie było........pyszności nad pysznościami, a ile tego!!!!
Co godzina na stół wjeżdżała potrawa ciepła i takich było SZEŚĆ!!!!
Nie do przejedzenia, a na dodatek był jeszcze kącik tzw "chata wiejska", gdzie wisiały pęta kiełbasy, salcesony, kaszanki, całe udźce i samam nie wiem, co jeszcze, bo choć skręcało mnie z łakomstwa, to dałam radę sobie odmowić, bo przecież ślubowałam nie żreć do wypęku. No i byłam zaszyta, strach było pruć się dalej z przejedzenia. Nie odmówiłam sobie jednak bimberku, którego musiał pędzić niezły fachowiec, bo grzał solidnie i nie otrząsał po wypiciu.



Będą namiary na fachowca, dobrze mieć w domu butelczynę takiego specyfiku, na bolący żołądek:)))
Już się nawet umówiliśmy na wspólny wyjazd na Podlasie, gdzie ów mistrzunio działa:)))
Na dodatek wszystkie potrawy były cudnie smaczne, nie takie, jak to bywa przy masowym żywieniu, ale takie doprawione i świeżutkie, na dodatek pięknie podane i udekorowane. Nie wiem ile razy kelnerzy zmieniali talerze, ale miałam wrażenie, że co chwilkę. Wymieniali nawet na stołach butelki z alkoholem na takie zmrożone, bo ciepła wódka to nie jest dobra. To jedzenie było tak smaczne, że po 20 latach, odważyłam się zjeść tatara. Wcześniej jadałam tylko takiego, ktorego robiła moja siostra. To jest wyczyn nie?
Oprócz tego wszytskiego było jeszcze ciasto, lody,  potem wjechały jeszcze stoły z wiejskim jedzeniem, bigosy, pierogi i tortilki(?)............


Gdyby nie tańcowanie, które utrząsało kolejne warstwy, jak nic pękłabym z przejedzenia.
Młodej Parze, danie główne kelnerzy podawali w takt muzyki, no cuda panie, cuda.......
Goście tańcowali, śpiewali i muszę przyznać, że w tłumie nie brakowało wielu zgrabnych nóżek, ba, mam wrażenie, że tylko takie tam były..........







Po północy odbyły się oczepiny i trwały ponad godzinę. Śmiechu było, co niemiara, bo zabawy były dowcipne i różnorodne, Mnemo też się załapała do jednej, a polegała ta zabawa na tym, że dwóch kolegów Pana Młodego miało przynieść z sali, na rękach zaznaczam, jak najwięcej kobiet. Wygrywa ten kolega, który zniesie, jak najwięcej pań przy czym łupy były punktowane, za babcie 4 punkty, za mężatki 2, a za panny 1 punkt. Chłopcy biegali, jak szaleni, ale wkrótce skończyły się chudzieńkie panienki i trza było zacząć nosić te pulchniejsze. W ten przedział wpadła też  Mnemo  i biedny chłopaczyna zmamiony moją wyszczuplającą, czarną sukienką przyleciał i po mnie. Jak mnie dygnał to aż stęknął, ale dzielnie, na ugiętych nogach, dowlókł prawie do punktu zbornego. Prawie, bo tuż, tuż przed  sił mu zabrakło i rymsnął razem ze mną w zbite  już w gromadce inne niewiasty. Summa summarum, obaj panowie zremisowali, bo, jak podliczono punkty, to wyszło, że każdy ma po 21.
O 3 nad ranem moje nowe buciki zacżęły dawać sygnały nóżkom, że już ani jednego tańca więcej, bo będzie katastrofa.
Jako, że pora była odpowiednia, udaliśmy się na górę do pokojów gościnnych i zasnęliśmy snem sprawiedliwych, najedzonych, napojonych. Ci, co wytrwalsi balowali do 5 rano:))
A rankiem, kiedy wstaliśmy o 8- mej salę weselną zalegała cisza i panował już idealny porządek.



 Zrobiliśmy sobie spacer po okolicy, zostaliśmy przez dziadka weselnego oprowadzeni po całym obejściu, bo ten dom weselny to własność brata matki weselnej ( zuch chłopak, niezłe  przedsięwzięcie). Wygłasakłam koty i psiny, w ilości sztuk 7 i....... nadjechał miechanik z nowym akumulatorem do Madzi.
Po zabiegu wymiany zbąblowanego akumulatora na nowy Magda odpaliła, jak gdyby nigdy nic, ino się bidna rozkodowała cała.
Dostaliśmy jeszcze śniadanko i kawkę, chciano nas zatrzymać na poprawiny, ale Mnemo się umówiła z takim jednym, co mu zapłaciła, to niestety czas było wracać.
W zeszłym roku Mnemo w tym samym czasie też balowała, ale u gospodyni Pastelowego Kurnika..........


P.S.
Marija poddała w wątpliwość, czy krzesła aby drewniane, pdejrzewa, że może plastikowe, to zaświadczam, że drewniane, siedziałam, co potwierdzam poniższą fotką, a jeśli mnie utzrymały to musiały być drewniane:)))



wtorek, 7 października 2014

Jak wesele to tylko w ...

Nie mogło być inaczej, no nie mogło!!!! Trza było na wesele zajechać z fasonem, a co!! Na lince holowniczej, ale po kolei......
Mnemo się wysztafirowała, założyła nowiuśkie buty, nowiuśką kieckę, omotała się nowiuśkim szalem-woalem, zapakowała, Wu i dziecka do Magdy i przezornie wyjechała ze 3 godziny wcześniej. To znaczy Wu jechał, Mnemo siedziała i starała się nie wygnieść nowiuśkiej kiecki, podrzeć rajstop i zwichrzyć fryzury. Droga średnio daleka, ot 100 kilometrów spacerkiem.
Pogoda cudna, słonko świeci, humorki dopisują, jedziemy sobie, pociągając co chwilę nosami, bo coś zdecydowanie cuchnie. Ni mniej ni więcej ino, jakby ktoś puścił od czasu do czasu bąka. Bączane zapachy nasilały się podczas hamowania. Ki czort??? Mopek z nami nie jedzie, bo tak to wiadomo byłoby, kto bąki puszcza. Postanowiliśmy zatrzymać się na stacji benzynowej, przeszukać Magdę, może coś wpadło pod fotel, zgniło i śmierdzi, albo jakiś szczur zaplatał się pod podwozie, ducha wyzionął i zalatuje zgnilizną???
Mnemo spenetrowała orlenowskie WC, gdzie oczywiście podarła sobie bransoletką rajstopy, te najlepsze, najdroższe, najcieńsze. Cholera mać!!! Wu w tym czasie okrążył Magdę, zajrzał pod fotele, obwąchał maskę. Żadnego smrodu.Za to dziecię spoglądając na mnie stwierdziło nagle, "matka prujesz się". Co, gdzie??? Jak to gdzie? W pasie!!!! Nożeszkurnajegomać!! Jak to się pruję??? Kiecka nowiuśka przecie!!!! Ano zwyczajnie, jedna z misternych zaszewek, które to miały Mnemo optycznie w pasie wyszczuplić, bezczelnie sobię pękła i pękała, coraz wyżej i niżej, zaburzając z jednej strony Mnemową kibić.  Matko z córką, jak ja taka popruta stanę przed Młodom Parom?????
Jeszcze tylko postój został uwieczniony pamiątkową fotką, żebyśmy pamiętali, jak ładnie i niezwykle zgrabnie wyglądaliśmy i pomknęliśmy dalej, rozglądając się, gdzie by tu można kupić igłę z nitką, żeby się Mnemo mogła zaszyć.




Dojechaliśmy do miasta na C, gdzie w kościele parafialnym odbyć się miał ślub, ale po drodze Mnemo wypatrzyła Rossmana,  podejrzewając, że mogą tam mieć podróżny zestaw krawiecki.
Zanim Mnemo rzuciła się na poszukiwanie igły z nitką, poprosiła Wu o pdniesienie maski i sprawdzenie, czy pod maską przypakiem nie zdechło jakieś zwierzę, bo smród cały czas się pojawiał i wydaje się, że pod koniec podróży jeszcze się nasilił i zmienił nieco nutę w stronę zielonych pomidorów.
Na Rossmana zawsze można liczyć, bo zestaw szyjący Mnemo tam nabyła. Wymachując triumfalnie zestawem Mnemo wróciła na parking uszczęśliwiona, ale zastała resztę z minami skwaszonymi, a Magdę z podniesioną maską. Co jest??
Dziecię moje grobowym głosem bąknęło tylko, "ty się tak nie ciesz, nie pojedziemy dalej".
Zaglądam Magdzie pod maskę, a tam wulkan, gejzer i to na dodatek śmierdzący zbukami pomieszanynmi z zielonymi pomidorami.
Zagotował się akumulator, bąbliło tam wszystko, dymiło, aż w strach wpadłam, że to zaraz wybuchnie, albo się zapali.
Jesusienazareński, co robić???? Wu uruchomił telefona, znalazł, jakiś mechaników, zadzwonił do dwóch, ale żaden w sobotę nie pracuje, ba nawet nie jest na miejscu.
Nosz kurdę, przyjdzie wzywać ubezpieczyciela i ściągać się nazad do Warszawy. A wesele???
Mnemo złapała się ostatniej deski ratunku, trudno, trza dzwonić do matki weselnej, psiapsióły mojej, Zdaję na prędce relację, zrobiło się to i to, jestem tu i tu. W odpowiedzi słyszę, jesteście 100 metrów od kościoła, jest za Rossmanem, zaraz do was podjedzie znajomy mechanik i was ściągnie. A my was na salę weselną zabierzemy naszym samochodem.
Ufff, jest dobrze...........
Wu został przy samochodzie, a reszta wypakowawaszy torby poczłapała do kościoła. Przycupnęliśmy na samym końcu, bo przecież Mnemo musiała się zaszyć......
Szyłyście kiedyś kieckę w kościele??? Bo ja szyłam, na sobie!!! Trochę w kościele, a trochę pod kościołem, bo w kościele dość ciemno, a ja ślepa. Wylazłam, więc na zewnątrz i pod murem w cieplutkich promieniach słonecznych dokończyłam dzieła, a Młodzi w tym czasie składali sobie przysięgę małżeńską.........

C.d.n.....................