Przeglądając z dzieckami stare albumy ze zdjęciami natknęliśmy się na list pisany przez Młodego z ferii zimowych.
Jedna strona była pisana dla mamy, druga dla taty.
Z treści listu nie wynika, żeby Młody się tam fantastycznie bawił.
List jest raczej smutny i pewnie mu tam było źle. Komórek wtedy nie było. Dzwoniło się do dziecka na telefon stacjonarny raz na kilka dni. Musiało starczyć i jemu i mnie. Ciężko przeżywałam te jego wyjazdy, szczególnie w młodszych klasach i tak daleko. Ten list był napisany pewno w 2-3 klasie szkoły podstawowej, z wyjazdu do Sromowiec. Tam go nie odwiedzaliśmy, za daleko. Bliżej było do Maróza pod Olszynkiem, gdzie wyjeżdżał na kolonie letnie. Maróz chyba lepiej wspomina, była woda (tam się nauczył pływać) i były dyskoteki, te udane. Tak udane, że, jak kiedyś pojechaliśmy w odwiedziny to tylko się przywitał i już "musiał" lecieć...na dyskotekę.
Ja też nie przepadałam za wyjazdami, pierwszy tak mnie skutecznie zniechęcił, że odmawiałam wyjazdu na kolonie przez kolejnych 6 lat.
Pierwszy raz na kolonie pojechałam w 2 klasie szkoły podstawowej. Wydawało mi się, że te kolonie to były daleko, tak mniej więcej za siedmioma górami i rzekami. Bardzo daleko od mamy.
Tak naprawdę to było 11 km od domu:)
Zakwaterowali nas w namiotach wojskowych, padał deszcz. Siedzieliśmy pod tymi namiotami i nikt się nami nie interesował. Tylko wychodziliśmy na posiłki. Pierwszego wieczora zaczęłam płakać, cichutko w poduszkę. Następnego dnia też padał deszcz, a ja już beczałam całkiem jawnie. Strasznie mi było tęskno za domem. Przestałam jeść, nie mogłam nic przełknąć. Wieczorem ryczałam tak potężnie, że się w końcu mną zainteresował jakiś wychowawca. Nie dałam się niczym przekonać i koniecznie chciałam wracać do domu. Dopiero, jak mi obiecali, że mnie następnego dnia odwiozą to beczeć przestałam.
Obietnicy dotrzymali i następnego dnia odstawili mnie do domu. Resztę wakacji spędziłam pasąc krowę i byłam bardzo szczęśliwa:)
Przez kilka kolejnych lat nie było mowy, żebym jechała gdziekolwiek, nie i koniec.
Wolałam krowę paść. Moją ukochaną Bachę.
Na kolejne kolonie pojechałam w 7 klasie, gdzieś pod Gorzów Wlkp. Tam zakochał się we mnie jeden z najładniejszych chłopców na koloniach. Bardzo mi się to schlebiało, dziewczyny mi zazdrościły, ale on się chciał całować!!! Tak jakoś zaraz za dwa, trzy dni. A ja byłam zielona w tym temacie i miałam zasady.
Wyobrażałam sobie, że najpierw trzeba troszkę ze sobą pochodzić.
Nie chciałam się całować. a on mnie bez mrugnięcia okiem rzucił dla jakiejś poznanianki. Ona nie miała oporów przed ściskaniem się z owym chłopcem. Ba, przychodził w nocy do jej łóżka (spałyśmy w jednej, wielkiej sali). Przeżyłam zawód miłosny i zwątpienie w męską część gatunku:))
A potem to poszłam do liceum i wyjeżdżałam, ale już na innych zasadach i było całkiem, całkiem fajnie:))
Nie musiano mnie już odwozić do domu:)
P.S.
Dziś dzieciaki chyba też nie mają lekko na wyjazdach, w szkole nie jest lekko, a koledzy niektórym nawet w necie nie dają spokoju. I to nie tylko jest "wyśmiewanie".
A jak to było z Waszymi dziećmi na wyjazdach, a może pamiętacie, jakieś swoje własne przeżycia?
P.S.
Wstawiam list córci Hany z letniego wyjazdu. Córka miała wtedy 9 lat, list jest rzeczowy, sam konkret:))