Mogłabym napisać gruby tom o początkach w Kaczorówce, ale po czterech dniach tam spędzonych, pełna wrażeń, o godzinach spędzonych w lesie na zbieraniu grzybów, czeremchy i czarnego bzu , powiem tylko, że początki i kolejne lata to trud, znój, ale też wiele wspaniałych chwil. To dziesiątki osób, które się tu przewijały, tony, które czuliśmy w kościach, śpiewy przy nocnym ognisku, różne ustrojstwa, które robiliśmy, bez prądu, wody, bo NAM SIĘ CHCIAŁO.
Teraz widzę ile pracy tu włożyliśmy nie mając pieniędzy, ale mając zmysł, chęć i wielką potrzebę stworzenia miejsca, gdzie można zwiać od zgiełku dużego miasta.
Tu rozwijały się nasze pomysły i jak ten Piast z Rzepichą działaliśmy, mając na początek łopatę, siekierę, sierp, grabie i konewkę, wszystko wożone w bagażniku wysłużonego koreańczyka. Bo pierwszy rok koczowaliśmy pod namiotem i nie było, gdzie zostawić narzędzi.
Do dziś jesteśmy wierni zasadzie "recykling ponad wszystko". Domek meblowany jest śmietnikowymi starociami, od pewnego czasu zamienianymi na własnoręczne mebelki, KLIK, KLIK a ogrodowe ustrojstwa, są z pni, gałęzi, lub przywleczone ze złomowiska.
Zbieramy wszystko, kamienie na spacerach, ciekawe korzenie, gałęzie dziwnie wykrzywione, stare okna, jeśli ktoś chce się pozbyć - wszystko się przydaje. Deski kupujemy najtańsze, za to fantastycznie krzywe lub przebarwione sinicą, co ponoć dyskwalifikuje drewno w oczach stolarza. Ale nie w naszych:)
Przetwarzam dary natury, od mniszków począwszy wiosną, teraz robię soki z czeremchy i czarnego bzu. Suszę liście brzozy, paki sąsnowe i pokrzywy. Robię nalewki różniste.
A potem to wszystko...rozdaję.
Czasami, bo bywa, że narzekam z przepracowania, ktoś mnie pyta "chce Ci się tak? Poleżałabyś, odpoczęła, poleniuchowała"
Chyba jednak nie umiem. Odpoczywam, kiedy pracuję i robię to, co mi do głowy wpadnie (jak w nazwie bloga).
Ostatnio tym bardziej w ten sposób lubię spędzać czas i już mniej niż kiedyś bawią mnie biesiady.
Kaczorówkę można fotografować o każdej porze, inna jest rankiem, inna w deszcz inna o zachodzie słońca.
Daję wszystkie fotki, jak leci. Jeszcze ciepłe z wczoraj i dziś. Widać już nadchodzącą jesień, klapek, ale tylko ten w ogrodzie, już czerwony.Na domku jeszcze jest całkiem zielony.
Tu już mamy zachód słońca.
Tu się zaplątał dzisiejszy chmurny ranek.
Altana, która z braku drewutni stała się klamociarnią. Znamienne jest to, że Wu zrobił ją własnoręcznie bez użycia narzędzi elektrycznych.
Tam gdzie jaśniejsza trawa, jeszcze w zeszłym tygodniu była łączka. Nie kosimy tego kawałka od wiosny, żeby miały gdzie owady i motyle grasować.
Chałupka nam zarosła, więc mamy małpi gaj na tarasie.
Trzy słoneczniki ptaki zeżarły w jeden dzień. Ptaki, koty i nawet ostatnio pies puszczą nas z torbami. Dziurek na powitanie zeżarł dwie puszki karmy i chciał jeszcze!!!
Dobrze, że w karmieniu czworonogów pomagają nam Sokoły zza siatki.
No i wczorajszy zachód słońca.
A to kotecek, który zjadł dwie puszki karmy, a potem na kilka godzin przestał istnieć, bo zapadł w błogi sen.
Ot i taka ta nasza Kaczorówka jest.
Nie ma tu betonu, klinkieru, wygód szczególnych.
Dla mnie już i tak jest świetnie, jest woda, jest prąd. Czego mi więcej trzeba?
W zimne dni, kiedy przestaje działać letni prysznic, tęsknię, za łazieneczką, taką ciupcią, maleniusią z prysznicem.
Ale chcieć to móc:)
