niedziela, 27 grudnia 2015

Przemieńce WieśniakaM.

Podczas rozważań świątecznych wspomniałam o pasjach rodzinnych. Okazuje się, jak tak bliżej się przyjrzeć, że oprócz pracy, domu, prawie każdy z nas ma jakieś zajęcie, którym się oddaje w chwilach wolnych. Chwil tych jest tak niewiele, a jednak...
WieśniakM w chwilach wolnych pisze limeryki i rzeźbi. Rzeźbi i wiesza swoje wytwory na ścianach. Są wszędzie, łypią oczami zza szafek kuchennych, służą za wieszaki w łazience, zdobią przedpokoje i salon. Dużo tego jest.  Każda twarz inna, wszystko zależy od kawałka drewna, a drewno musi być liściaste. Dobrze wysuszone. Ze starej, mazurskiej gruszy, która rodziła tysiące gruszek dość marnego smaku i przyciągała jeszcze więcej tysięcy os i szerszeni, powstały te Przemieńce, tak je roboczo nazwałam. Oprócz Przemieńców powstala też Baba, ale stoi sobie na Mazurach i jest częstym obiektem do fotografowania przez turystów. Jest jeszcze taboret, który niedmiennie wzbudza we mnie żądzę jego posiadania. WieśniakM jest samoukiem- rzeźbi, bo lubi.
Te cztery Przemieńce to tylko taka mała kropelka, taka próbka możliwości. Mój ulubiony z tej serii to Big nose. Pierwszy z prawej, choć równie sympatyczny jest ten skośnooki o mongolskich rysach przystojniak. I ma z brwi wyrastający róg - świetny do zawieszania bizuterii, np. zegarka, czy bransoletek. Ostatni w szeregu ma coś z diabełka, twarz niby poczciwa, ale te różki...




A teraz każy z osobna, Wielki nos...
Diabełkowaty...

Płaskotwarzowiec...

I mongolski wojownik.

Mazurska baba z grzybem na cycu.


I jeszcze ów taborek, na który mi ślina cieknie już ze trzy lata.



A tu próbka pisaniny WieśniakaM:

na choinkę mu taki prezent

dostał bachor pod choinkę całkiem spory kraj
mikołaju mój kochany jesteś brachu naj!
rozpakował a papiery rzucił w mysi kąt
jak nie kochać mikołaja i cholernych świąt!
choć drzy ręka u dzieciny chwyta ostry nóż
powykrawam zeń kawałki niepotrzebne już
tej nie lubię tej nie cenię tamtej  też mam dość
ale co to? zgrzyt pod nożem? to przeszkadza kość!
stal się kruszy ostrze słabe chińska widać rzecz
rzuca zęby na kość wredną wygryźć chce ją lecz…
…to zęby poleciały dzieciak chwyta młot…
babcia palcem pokiwała- starczy ! dosyć psot!
wujcio wkurzył się i ciocia lecą zewsząd bluzgi
oj zobaczysz ty za roczek! doczekasz się rózgi!
czas na morał tej bajeczki nad skrwawionym krajem
uważajcie na bachora - na to- co dostaje!
oraz na to co mu przy tym zostawiamy w dłoniach

chcecie prezent dać? to dajcie!- na biegunie konia

I tak się zrobiło, że już po świętach. Szkoda, bo człek by jeszcze posiedział, porobił coś ciekawego...odpoczął.
A Wy odpoczęliście w te święta?

sobota, 26 grudnia 2015

Rozmyślania świąteczne.

Święta powolutku dobiegają końca, za szybko upływają w stosunku do tego czasu poświęconego na przygotowania. Bilans jednak i tak wychodzi na plus, bo w codziennej gonitwie zaniedbujemy najbliższych, jesteśmy zmęczeni, zabiegani, nie mamy sił na organizowanie imienin, urodzin, czy też innych pomniejszych okazji. A święta obligują i bardzo dobrze. Bo niestety przy świątecznym stole co jakiś czas kogoś ubywa. Kilka lat temu, moja siostra zorganizowała Wielkanocne śniadanie dla całej rodziny. Wtedy jeszcze żył mój ojciec, już nie pamiętam ile nas osób było, ale coś koło dwudziestu. Był gwarno i wesoło. Bardzo te święta miło wspominam.
Boże Narodzenie spędzam z rodziną męża. Grono jest mniejsze, ale, jak policzyłam prawie w każdym przedziale wiekowym mamy przedstwiciela. Między 1-10- kręci się mała osóbka, oczko w głowie, potem między 10-20, jest dwóch przystojniaków, kolejny przystojniak, między 20-30. Brakuje nam przedstawiciela między 30 a 40-tką. Jedni jeszcze nie dorośli, a inni już wyrośli, dlatego między 40 a 50 jest nas aż czworo. W przyszłym roku to  ja zapełnię przedział między 50, a 60... Kolejny przedział między 60, a 70 też zapełniony i na koniec dwie nestorki rodu, w całkiem dobrej formie, to przedział między 80, a 90 lat.
Tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy, ciesząc się prezentami. Każdy się cieszył swoimi. Ja swoimi cieszę się do dziś.
Pisząc tutaj używam dobrodziejstwa myszy bezprzewodowej, którą przyniósł mi Mikołaj, popijam pyszną herbatkę, też sprawka Mikołaja, popatruję na ptaszęta i obrazek, które przyleciały od dobrych blogowych duszyczek i co rusz zerkam na kolejny prezent, wspólny dla mnie i Wu. Prezent ten wprawił mnie w osłupienie i zachwyt.
Wiecie, jak kocham Kaczorówkę i jak tesknię do niej w zimowy czas. Pewna zdolna osóbka chytrze wykorzystując Mikołaja postanowiła nam Kaczorówkę dać... na zdjęciu?


To byłoby zbyt proste. Zdjęć Kaczorówki mam pierdylion. Więc się tak przyglądam i ...dopiero wtedy widzę, że nasza Kaczorówka w jesiennej odsłonie została...WYHAFTOWANA!!! 33.600 krzyżyków!! Słownie: trzydzieści trzy tysiące sześćset krzyżyków.Ufff.
Sami zobaczcie, co za precyzja, taka, że w lekkim półmroku świątecznego stołu uznałam ten haft za zdjęcie.






Wszystkie prezenty są miłe, ale, chyba się ze mną zgodzicie, te wykonane ręcznie z myślą o nas, szczególnie są bliskie naszemu sercu.

Jak te ptaszki z czerwonymi skrzydełkami, które przyleciały od Lidki.


Albo rysuneczek, chyba nie muszę nawet pisać, czyją ręką napastelowany. Ręka Hany to już jest marka:)


I tak siedząc przy tym stole zeszliśmy na nasze pasje i umiejętności. Okazało się, że nestorka rodu, zamiast wielbić OR i słuchać RM, dzierga piękne, obrusy, nie mam zdjęcia, ale uwierzcie, trudno mi było uwierzyć, że można na cienkim szydełku, cienką niteczką takie cudo stworzyć. Druga do niedawna czarowała na maszynie sukienki, garsonki, co kto chciał.  Przedstawicielka przedziału wiekowego 60 -70, mimo trudności w utrzymaniu w dłoniach igły czy szydełka,  też pięknie haftuje- to taka rodzinna zdolność, przekazywana z matki na córkę.
Męska część rodziny też skrywa talenty. Jeden piórkiem (ale nie węglem) tworzy fantastyczne światy i postaci, które jednych trwożą innych zachwycają, drugi wybrał inną technikę. Przemienia drewnine pienki w ...ale to może następnym razem pokażę:)
Pokażę, bo mnie się bardzo podobają, ciekawa jestem, czy Wam też. No i niech te "Przemieńce" w końcu zobaczą świat, bo tak to tylko ta ściana i ściana.
A teraz życzę Wam odpoczynku, odpoczywajcie, jeszcze dziś i jutro mamy do tego prawo:)



czwartek, 24 grudnia 2015

Życzę Wam.


Auta na wodę,
Beczki na kasę,
Cudów na Co dzień, 
Domku pod lasem,
Energii życia,
Fartu w miłości,
Gór do zdobycia,
Huk możliwości,
Iskry na świeczce,
Jaśka pod główkę,
Kasiory w beczce,
Lat życia stówkę,
Łódki z jeziorem,
Męża lub żony,
Nagród co wtorek,
Od przełożonych,
Pierniczka z miodem,
Rodzinnej zgody,
Stałości uczuć,
Tudzież 
Urody, 
Wszystkim kochani, 
Z daleka, z bliska,
Życzy serdecznie - Mnemosyne

P.S. Lecz żeby zamknąć alfabet do końca, dorzucę jeszcze:
Ździebko słońca!!!


Śpiewająco - Seweryn Krajewski.




I jeszcze Wam życzę choinki do nieba, prezentów wiele i tego, czego Wam trzeba.




P.S. Życzenia autorstwa Danuty Noszczyńskiej

niedziela, 20 grudnia 2015

Wytforki za dnia.

Wyglądają tak. Trochę lepiej, niż pokazane w piramidce wczora, bo słońce dziś nawet wyjrzało zza chmurek, zależało mi na pokazaniu, że chusteczniki mają spękania (oprócz kaczkowego).
Cały dzień dziś jadałm i jadłam, brzuch mam, jak balon i dalej bym jadła. Gdyby zapowiadali mróz to by mnie ten apetyt nie dziwił, na mróz zawsze mi się chce jeść, ale jest ciepło, coś 10 sopni na plusie, a  zapowiadają nawet +12 stopni, co za temperatura? Pietruszkę siać można. Obawiam się, że na Wielkanoc będziemy lepić bałwany i łopatami wygrzebywać autka z zasp.












Skrzatułka z pieskami, taka turkusowawo-zielono-różowa. Najpierw zabejcowana na zielono, potem zawoskowana na biało, wytarta, ot i tak to wyszło. Dla jakiejś miłośniczki buldożków - wyglądają mi na angielskie.



I na koniec dnia jeszcze zrobiłam porządek z pazureirami. Opitoliłam do opuszków. Zawsze tak mi się robi na święta, całą jesień mocne, twarde, przychodzi koniec grudnia pazury się łamią. To taka jakaś u mnie prawidłowość, pewno witaminek zaczyna brakować.

Na blogach zastój jakiś, pewno wszyscy szaleją ze szmatami, zakupami i ubieraniem choiniki. Ja też przystroiłam i sobie mryga na biało w kącie.
Szkoda, że jutro poniedziałek. Nie lubię, oj nie lubię...

sobota, 19 grudnia 2015

Ta ostatnia sobota...

przed świętami upłynęła pracowicie. Na tyle, że już w zasadzie przygotowanam do świąt. Wytrawne PPD ( Perfekcyjne Panie Domu) oburzą się zapewne, bo, jak to? W jedną sobotę tak zrobić wszelkie przygotowania? Wypucować zakamarki, wyczyścić szafy? Wyprać dech i mech, zrobić zakupy? TO NIEMOŻLIWE!! A ja mówię, możliwe, bo trzeba iść na skróty. Zakamarów nie tykałam, porządek (względny) został zrobiony na dwóch półkach, szafy przydasiowej, bo już mi na łeb z tych półek leciało. Wu był niepocieszony, bo to jego zagoniłam do wywalania zbędnych klamotów. A ja w tym czasie stanęłam w kuchni. I jakoś tak mi zgrabnie poszło. Rybki (brońbuk karpie) morszczuki zwykłe, posmażyłam i wsadziłam w zalewę octową, dwa wielkie słoje. Roladki wołowe, nadziewane ogórkiem, słoninką, cebulką i czosnkiem usmażyłam- to na świąteczny obiad. Tymczasem  zostały zamrożone. Reszta mięs zakupiona, wymyta i tudzież zamrożona, w środę wyjmę i znowu stanę przy piecu. Zakupy już mam, te wszystkie włoszczyzny i inne potrzebne produkty. Wyjście na bazar było małym koszmarem - armagedon, mówię Wam. Z dwoja złego wolę bazar niż Centrum Handlowe, przynajmniej blisko domu i na świeżym powietrzu. Menu świąteczne też obmyślone, Będzie sałatka jarzynowa, kurczaczek w galarecie,  schab pieczony. Na obiadek świąteczny wyżej wspomniane roladki, kaczkowe piersi i udka, z ziemniaczkami, może i kluskami, bo do ciemnego sosu pasują, jakaś surówka, barszczyk czerwony. Na deser oczywiście ciasto marchewkowe i sernik na zimno. Starczy w zupełności. Tak sobie pichcąc rozmyślałam, a  pralka prała. Potem z letka przecierałam tu i ówdzie kurze, płytki w kuchni, Wu pomagał, Młody ogarnął swoje włości. Nawet psa wyprałam świątecznie - teraz Mopeczek pięknie pachnie i jest puszystym misiem. Tak mi dobrze się pichciło, że wypichciłam jeszcze zupę ogórkową na dziś i jutro, a rzutem na taśmę upiekłam ciasto marchekowe- dwie brytfanki i jednej już nie ma. Pożarliś. A pierników nie będzie- nie chce mi się ich robić.
Był też mały ból- musiałam zlikwidować swój warsztat na stole pod oknem, bo stół będzie potrzebny do świątecznego obiadu. Miałam problem, co zrobić z warsztatowym bałaganem, ale upchnęłam to wszystko w jakieś kartony. Potem nie wiedziałam, co zrobić z kartonami, więc stoją w kącie. Wszystkie kąty u mnie zajęte, ani jednego wolnego:)
Troszkę ostatnio poszalałam z decu, robiłam chusteczniki na prezenty gwiazdkowe, które poszły w świat, ale, jak zwykle zrobiłam więcej niż trzeba. Taka piramidka się z tego zrobiła:)
Pomyślałam, że je Wam pokażę, może ktoś jeszcze nie ma prezentu, albo nawet pomysłu na prezent?Są "do wzięcia".
Piramidka nie oddaje ich uroku, bo zdjęcie zrobione w marnym oświetleniu. Jutro poprawię zdjęcia i pokażę każdy wytworek z osobna. Opiszę, jak zrobione, bo na tym zdjęciu widać prawie NIC.



I tak powolutku sobota ma się ku końcowi, jutro trzeba odpocząć, odespać. Czekają mnie pracowite dni w hucie, nie będzie wytchnienia, aż do Wigilii. Tak to już u mnie jest - koniec roku, to zawsze "pogoń z drągiem za pociągiem". W tym roku zwykły pośpieszny został zamieniony na Pendolino, ale chyba to jakoś zniosę.
A, jak tam Wasze bitwy świąteczne, wygrane, przegrane? Czy może dopiero ruszycie do boju?