czwartek, 10 marca 2016

Obrazki ze wsi.

Nieoczekiwanie musiałam na wieś. Są takie nagłe przypadki, jedziesz i już. Trzeba się pożegnać.
Zobaczyłam wielu członków rodziny, niektórych nie widziałam 30 -40 lat. Niektórych nie poznałam, niektórzy nie poznali mnie. Niemożliwe, żebym się tak zmieniła!

Objechałam okolice -jest inaczej, domy wyrosły, gdzie kiedyś ich nie było, zniknęły drzewa, gdzie kiedyś ogromne rosły. Las spał cichy, ptaki jeszcze nie śpiewają, choć od zachodu raz za razem ciągnęły klucze. Gęgały.
Rankiem w niedzielę przyleciały szpaki, zasiadły na jesionie, obadały budki. Data została zapisana w kalendarzu. Bocianie gniazdo jeszcze puste. Na gałęzi orzechowca, tuż przed kuchennym oknem, wisi  w pojemniczku tłuszcz dla sikorek, posilają się cały czas.

Przez wieś przemykałam z nosem w kołnierzu, wszechobecny czad. Czym oni palą w tych piecach? Rano śmierdzące powietrze, wieczorem to samo. Kominy wyrzucają żółty, albo czarny, gęsty i żrący dym. Oddychać się nie da, gorzej niż w mieście na skrzyżowaniu wielkich ulic.

Były dwa dni oderwania od miastowej gonitwy, spokojnie bez napinki, przy kawce na gadaniu, gadaniu, gadaniu. I tak za mało. Między nami plątaly się wspólne psy. Koty były bardzo zaskoczone Mopkiem. Walerka dała mu po nosie, Ciciuś go ignorował. Koty czuły się nieswojo, nie chciały zostać w domu, kryły się po kątach, albo siedziały na progu chcąc wyjść.



Ciciuś głośno protestował,a  Mopek nie dawał odporu, uwielbia koty, one nie odwzajemniają tego uwielbienia.


Walerka, dama już leciwa, ale ciągle piękna.



Psy prawie w komplecie, czwarty jak fryga mykał to tu to tam. Trudno było razem ich sfocić.
Tu w oczekiwaniu na psie ciasteczko, taki rytuał, ludzie piją kawkę, psy ustawiają się po swoje przysmaki. Mop też się ustawił, nie wiedział po, co, ale stał. Ciasteczka nie zjadł. Nie lubi.


O!! Pojawił się czwarty. Ciasteczko go skusiło.


Zaraz się schował. Za nogi pańci.  To brytan, niespełna 2 kilo waży.Strachajło, mocny jest tylko na rękach.


Warczy, kły wystawia, nie trawi facetów.


Na rękach Pańci aniołek,i słodziak. Umiałam go przekonać, na moich też załgodniał. Rządzi nim strach.




Nestorzy,  Mela i Pikuś. Rodzeństwo, mają po 16 lat.
Mela już głucha, jeszcze w zeszłym roku radosna i skoczna, w tym roku większość czasu śpi.
Nic nie słyszy, ma na szyi dzwoneczek, żeby było wiadomo, gdzie jest, jak wyjdzie wieczorem na siku.

Jej lokum to wiklinowy kosz pod stołem w kuchni. Kiedy wychodzi z legowiska na jedzenie, ze sobą zabiera na grzbiecie kocyk.


 Jak jej po drodze kocyk się zsunie, bierze w zęby i zanosi do koszyka. Komedia z tym kocykiem. Był taki, co nie mógł bez kordły, Mela nie może bez kocyka:) Ma ich kilka, czerwony, różowy, zdaje się, że też żółty. No i ten z misiami.



Pikuś, dobrocina pies, kochany i mądry, uczy diabełka manier. Nie wiadmo, czy zdąży.
Jest chory, wątroba odmawia współpracy mimo diety. Jest prawie głuchy. Chodzi wolno i statecznie. Dziaduś.

Na siku, szybciutko i do domu. Mop załatwia krzak lawendy. Widać?


 Kawalkada wraca z siku. Mela natychmiast do koszyka, goście na stojaka, każdy pilnuje pańci.
Mop mimo, że miał posłanie ciągle czuwał. Dwa dni krok w krok za mną. W nocy nie wiedział, spać w tym cudzym łożku, czy nie. Pakował się na poduszki między nami. W końcu wyniosłam się w nogi, bo kładł mi ogon na paszczy, albo deptał po włosach,


Taki był zmęczony, że po powrocie spał i spał.


Wrócimy jeszcze, na święta. Chyba, że trzeba będzie znowu jechać nagle. Rodzina się zestarzała.

piątek, 26 lutego 2016

Mam dylemat.

Mopeczek się starzeje, w tym roku stuknie mu 10 latek. Dla małego pieska to jeszcze nie jest zgrzybiała starość, tak na pierwszy rzut oka dalej wygląda na szczeniaczka. Niestety, to, co często zdarza się yorkom, jego ząbki nie są w dobrej formie. Od kilku miesięcy obserwuję, że te ząbki się tak wychylają i Mopeczek czasem, jak się zagapi, wygląda, jak mysza z takimi wystającymi ząbkami. Nigdy nie jadł żadnych słodyczy, nic w zasadzie oprócz karmy mokrej i suchej. Czasem trochę mięska z kurczaka, albo surowej wołowinki. Fakt, on nie lubi żadnych psich czyścików na zęby, żadnych ciasteczek, kosteczek. Jedyne, co uwielbiał to jakieś zeschłe uszy, które jak uglamał, to tak to śmierdziało, że po kilku razach przestałam dawać.
Byłam u weta po poradę. Niestety diagnoza jest jest jednoznaczna, ząbki trzeba wyrwać, bo mimo, że on je normalnie to zapewne jest tam stan zapalny, który może przerodzić się w sepsę.
Już teraz obserwuję, że czasem wystaje mu jęzorek z mordki, a co będzie, jak nic tego jęzorka nie będzie zatrzymywać?


Wet twierdzi, że zostaną (może) kły więc jęzorek oprze się na kłach. Brak ząbków mu nie utrudni jedzenia, bo psy połykają pokarm, a kości gryzą nie tymi, które wyrwane będą. Mopek i tak kości nie je. Wet twierdzi, że psy bez zębów sobie świetnie radzą i czują się nawet lepiej bo nie mają stanu zapalnego.



Wygląda na to, że wszystkie dolne ząbki będą wyrwane. Nie wiem, może górne też. Wet pociesza, że miał "pacjenta", któremu wyrwał 30 ząbków.
Trochę się martwię tym bezzębnym Mopeczkiem, ale sprawy zostawić tak nie mogę, bo boję się tej sepsy.
W sumie jestem zdecydowana. Będziemy rwać. Czytam fora i już wiem, że Mopek przed zabiegiem powinien mieć zrobione badanie krwi, narkoza lepsza jest wziewna niż dożylna.
Zanim jednak to zrobimy pytanie do Was, kociary i psiary. Macie może w domu zwierzątko, które nie posiada uzębienia? Jak to tak w realu wygląda?

Miałam fajnego ojca...

Mój tato...
Nie ma go już...wiecie, że nie liczę tych lat? Chyba dziesięć...
Był prostym człowiekiem, ale nauczył mnie szacunku dla zwierząt, przyrody.
Zaciekawił światem.
Ciekawiło go wszystko...puszcza amazońska, chiński mur, dęby w Wielowsi...
Brzydził się "czarnymi sukienkami" i "czerwonymi świniami"...
Miał swój światopogląd...taki prosty, ale słuszny.
Umiał zrobić wszystko, postawić płot, zbudować dom, naprawić ciągnik, kosą skosić zboże...wymieniać by dużo.
Ciekawiło go wszystko.Zapisywał, kiedy przyleciały szpaki, bociany...ołówkiwm na ścinie obory...potem porównywał te daty i dedukował dlaczego tak różnie przylatują?
Rozumiał Wu, człowieka z miasta i twierdził, że facet musi mieć pasje...

Chciał żyć. Raz mu się udało. Lekarze orzekli, że to cud. Dawali kilka tygodni życia. Żył jeszcze 10 lat i zmarł na zawał...
A ta śmiertelna  choroba cudem zniknęła. Pamiętam, jak ją lekceważyl mówiąc "lekarze to głupki, nie mam żadnego raka, za chwilę wstanę, muszę auto naprawić i las zasadzić". Jak powiedzia  tak zrobił....
Zasadził ten las...
Nie był ojcem, który gotował, zmieniał pieluchy, nie te czasy, ale tak bezwiednie pokazywał świat...
Mnóstwo mnie nauczył...po co pszczoły, jakie grzyby są jadalne, co robić jak zwierzę choruje, kiedy sadzić i siać warzywa. Dużo by wyliczać...
I mimo przedwojennego wychowania (trudnego ibiednego) rozumiał mój bunt natolatki lat 80-tych. Nie dziwił  go mój tapir na głowie, mini spódniczki, skóry po dziadku, czy starszym bracie, albo prochowce po szwagrze...mamę stopował, bo ona tego nie rozumiała i nie akceptowała...
Ciekawie opowiadał ...o biednym dzieciństwie, o służbie "za niemca" o swojej pracy...
Miał nawet cierpliwość do dzieci. Mamę Pysi można powiedzieć, że wychował...taka wnuczka-przylepa...gdzie dziadek tam ona.
Miałam fajnego tatę...na starość zawsze otoczony zwierzakami, one go uwielbialy...
Na zdjęciach nie ma ich wszystkich...moje zaniedbanie. Nie sądziłam, że nie zdążę....

Oto ON...Staś...






Pepo, mój ukochany pies. Zabrany przez ojca z ulicy. Przybłęda ze strupami, świerzbem, pchłami, który przypominał raczej hienę niż psa,
Odkarmiony i wyleczony przemienił się w cudnego i mądrego psiaka. Nas kochał,miłością bez granic. Kiedy przyjeżdżaliśmy do rodziców towarzyszył nam krok w krok.
Widać po mordzie, że cudny?


Tato, szkoda, że nie zobaczyleś naszej Kaczorówki...byłbyś zachwycony... i poradzilbyś coś na te małe okienka, przez które wpada za malo światła.
A tak na poważnie...tęsknię...


sobota, 13 lutego 2016

Tak, tak...takiej inauguracji jeszcze nie było!


Wiosna już nas świerzbi od jakiegoś czasu, rozmowy często się zaczynają od  " a na Mazurach, pamiętasz...", albo, "ciekawe, czy na Mazurach, już ptaki zaczynają śpiewać wiosennie..."
Ta tęsknota tak wzbiera i wzbiera.
I na nic się zdaje cały zdrowy rozsądek, bo przecież wiemy doskonale, że w lutym na Mazurach nie widać ani odrobiny wiosny, ptaki nie śpiewają wiosennie, wszystko jest szare, bure, oślizgłe od wilgoci, dzień krótki, a zimno wdziera sie pod wszystkie warstwy, które na siebie nałoższysz.
Dlategusz, w sobotni, pochmurny ranek, nie bacząc na zgniliznę wiszącą w powietrzu, wsiadamy w Magdę i mkniemy w stronę naszej krainy szczęśliwości, poniewusz ta tęsknota nas zeżre i szczeźniemy i nie doczekamy prawdziwej wiosny.
Po trzech godzinach mknięcia w szaro-burej rzeczywistości przybywamy do jeszcze bardziej szaro-burej oczywistości.O pardon, nie jest całkiem szaro, za lasem śnieg mamy!
Co ja się głupia dziwę, przecież jest 13 lutego!


Mopek nawet  pobrykał, po puchu, który w końcu nie szczypie w łapki. Tu śniegu nikt solą nie sypie.


Sapiąc ( w tych cebulowych warstwach i ciężkich buciorach) docieramy nad jezioro.Całkiem ciche, szare, jeszcze pokryte słabym, porowatym lodem i  puste...


A nie, nie puste. Bardzo odważni mężczyźni (mleczność lodu zdradza, że wątły) na drugim brzegu łapią ryby w przeręblach...


 Z naszym pomstem przyroda rozprawiła się po swojemu, już latem ledwo się kiwał...
Drewno w tych warunkach żyje krótko. Trzeba będzie odbudować.


W szuwarch cisza, za to wiosną będzie tu ptasi i żabi jazgot...

A kto jest naszym pierwszym gościem? No kto? Poznajecie urwipołcia?
 Skąd ten dziad wiedział, że przyjechaliśmy? Pojawił się, jak duch ledwo wyleźliśmy z autka. Głośnym miau, miau i ocieraniem się o nogi dopominał się "jeść i głaskać".
Jednak jego miłość zblakła nieco od jesieni, bo po zjedzeniu dwóch kiełbas i puszki karmy oddalił się w sobie tylko wiadomym kierunku.Cwaniak z podartym uchem. Widać, że tu rządzi zbój jeden i drze uszy z innymi kotami.


 Drugi kiciul wypiękniał, futro ma puszyste i wygląda, jak kulka. Pewnie dlatego ma na imię Puszek.
Puszek-kłębuszek, który ma niesamowicie głośny traktorek, włącza go, jak tylko wyciagasz do niego rękę.


Widząc, że zwierzyniec cały i zdrowy pokręciliśmy się po majątku, oceniając straty (wywalony płotek) i ilość roboty czekającej nas wiosną ( igły, wagony igieł, uschłe badyle).

Wypiliśmy w tych szaro-burych okolicznościach kawę, potem po sąsiedzku drugą, wysłuchaliśmy niusów,  zawiesiliśmy kulki z ziarnem i tłuczczem dla sikorek i pomknęliśmy nazad, szczęśliwi, że jedziemy do ciepłego domku, gdzie człek zrzuci z siebie cebulkowe warstwy, podgrzeje się nalewką zabraną przezornie z Kaczorówki (już się przegryzła)i zasiądzie na miękkiej kanapie.

Po tej dawce szaro-burej rzeczywistości mazurskiej jesteśmy chwilowo wyleczeni z kolejnych eskapad. Sądzę, że do czasu prawdziwej wiosny, wystarczą nam zdjęcia i filmy, które Wu właśnie skręca. Na nich Mazury to kraina szczęśliwości, tonąca w zieleni, zapachu sosnowych igieł, śpiewie ptasząt i bzyku komarów.
I takie Mazury kocham i do takich tęsknię. Trzeba jednak cierpliwie poczekać, to takie oczywiste:)

P.S.
Mopek po eskapadzie odpoczywa i się relaksuje. On też zdecydowanie woli Mazury prawdziwie wiosenne.



czwartek, 11 lutego 2016

Ach pardon - proszę się wsłuchać w słowa:)


Wu kręci niemy film z Kaczorowki podsumoanie 2008-2015 i używa przedwojennych ścieżek dźwiękowych. Stąd ta perełka.
Proszę o cierpliwość i wysłuchanie dokładnie i do końca tekstu.



No i jak wrażenia?