wtorek, 27 września 2016

Oczu oderwać nie można. Piękne pieski.


Miała być piękna glizda, ale poczeka. Pojawił się nowy temat, piękne, śliczne, cudne pieski i ich cudna mama.

Dodam tylko, że wszystko jest ok, nikt ich nie wyrzucił, porzucił, mają dobry domek i zagwarantowane już dobre miejsca. Jeden z nich mógłby być moim pieskiem, serce mówiło tak, ale rozsądek mówił swoje. W sumie będzie po sąsiedzku, przynajmniej latem.

Pieski ze względu na wyjazd właścicieli koczują chwilowo u przyjaciółki, a jeden z nich zostanie na zawsze. Właściwie jedna, bo maluchy to wszystkie dziewczynki. Ich mama czasem bywa zmęczona, maluchy dają jej w kość.
Zobaczcie jakie to pięknoty, ja nie mogłam się od nich oczu oderwać, od ich mamusi też- słodka psinka.

Dziewczynki nie maja jeszcze imion, może jakieś fajne propozycje macie?





























poniedziałek, 26 września 2016

Gumno w słońcu. Jesiennym.

Wczoraj było mgliste gumno, KLIK dziś jest słoneczne i lekko oklapłe. Za to kolorowe.
Zdjęcia wyblakłe-to te z telefonu, bardziej soczyste- z aparatu.

Hortensje, kończą swój żywot.


Stara damka holenderska- kiedyś przemaluję ją na biało.


Ostatnia róża.


Na tyłach.


Klapek (pięcio) w czerwieni.






W drodze po końskie łajno.



Wodopój dla koni i dzikich zwierząt - był trop borsuka na brzegu i kopytnych. To tu pewno nocą śpiewają jelenie.

Powrót na gumno- czas było skosić łączkę. Przekwitła. Nasiona zebrane- rozsiejemy na kolejnej łączce, która się tworzy. Brytan wygrzewa się w słońcu.


W krzakach za drzewem stoi domek dla jeży KLIK - nadal pusty. Dołożyłam pachnącego sianka, może zachęci jakiegoś kolczastego. Chyba, że już poszły na zimowy spoczynek i nie potrzebują kryjówek.


A ten, łooo, przychodzi na jedzenie - ma na imię Pedro, u nas woła się na niego Frodo. Przychodzi codziennie, kładzie się grzecznie przy płocie, zakłada łapkę na łapkę i czeka...spokojny piesek, łagodny.
Zjadł na jedno posiedzenie kilogram flaków, które trzymałam zamrożone i jakoś ich nie ugotowałam, rozmroziłam, a on zjadł do ostatniego paseczka, a potem poszedł do drugich sąsiadów i też jeszcze jadł...


A w następnym poście będzie piękna glizda, naprawdę piękna. Pierwszy raz taką widziałam.

niedziela, 25 września 2016

Gumno we mgle.

Nastał piękny czas, nawet chyba jest piękniej niż latem. Gumno wygląda inaczej, szczególnie, kiedy otula je mgła.
Dziś gumno we mgle, następnym razem będzie w słońcu.
Zostało tam i słucha sobie śpiewu jeleni, ach, jak one pięknie śpiewają. Pierwotnie tak.
Padam na ryjoszek, znaczy się dziób, (Orka słusznie prawi, Kura ni mo ryjoszka ino dziób) po dzisiejszym grabieniu, zbieraniu końskich placków, czyszczeniu gumna, więc podaję kilka zdjęć, na gumnie, przed gumnem i za gumnem. I idę spać.

Na prawo po wyjściu z gumna ( do wsi).

Na lewo po wyjściu z gumna, do lasu i na bagienko. No i do Sokołów, są za płotem.

Jeszcze raz do wsi.
Gumno z furtki.
Z lewego szczytu.



Z prawego szczytu, kącik z ławeczką.




Z prawego szczytu. Ścieżka na tyły, do ogniska i do kakuaru.


Widok z tarasu, łączki nie koszę do późnej jesieni.

W drodze nad jezioro.

Dom Pani Zosi.



Buziaki.

niedziela, 18 września 2016

Przez tą dynię żółciutką, żółciutką oszalałam...

Przez te dynie oszalałam. Wpadłam w amok. Z kilkunastu  wysadzonych, zaowocowało ich sześć, dwie żółte i cztery hokkaido. Wielkie nie były, ale wyszło kilka słoiczków dżemu i w occie.
Dynię hokkaido znam i w zeszłym roku namiętnie gotowałam z niej zupę, którą ja zjadałam ze smakiem, ale męska część część rodziny miała nad talerzami miny, jakbym podawała zupę z papieru toaletowego.


Natomiast tej żółciutkiej dyni przyglądałam się i nie mogłam skapować, co to za odmiana.
Oszalałm, kiedy zrobiłam z niej dżem (z pomarańczami i anyżem) i włożyłam ją w słodką zalewę octową.
Ta w zalewie w smaku była ni to ananas ni mango -pychota. Dżem zaś "śliski" na podniebieniu niby galaretka, delikatniuśki i wykwintny w smaku.
Teraz już wiem, że to dynia melonowa. W przyszłym roku posieję jej więcej.


Z tego, co mi wyrosło nie było zbyt wielu przetworów, zaledwie kilka słoiczków, które pożeram namiętnie wieczorami jako deser, dlatego zaczęłam kupować inne dynie i przetwarzać na dżemy. Niestety z żadnej innej odmiany nie wyszedł taki pyszny. Te z pomarańczowym miąższem po rozdźabdzianiu blenderem miały kaszkowatą konsystencję. Makaronowa nadaje się na pieczoną z nadzieniem- ja nadziewałam mięsem mielonym.
Dziś zakupiłam dziwną dynię o niebieskawej skórce i taką w kształcie dzwonka. Tej żółciutkiej nie było ( u mnie na bazarze też takiej nie ma) W tygodniu zajmę się nimi. Ciekawe jaki będą miały smak.
Dynia to cudne warzywo, przechowuje się długo,warto teraz zrobić zapasy, kiedy jest tania. Gdybym miała piwnicę kupiłabym z 50 kilo i jadła całą zimę.
 Ma dużo witamin, karotenu i mało kalorii.
Podobno pyszne są frytki z dyni.
Ciasto z dyni już piekłam - pyszne, mokro-soczyste.

Wiem, że w przyszłym roku naszykuję więcej stanowisk dla dyń, ale nie będę już wysiewała wcześniej do doniczek tylko od razu do gleby. Te wysiane w domu szybko rosną i takie wysilone, wsadzone do ziemi chorują, zanim nabiorą tężyzny, te z pestek w ziemi je doganiają i lepiej rosną.
A Wy jaki macie stosunek do dyń? Lubicie nie lubicie? Polecacie jakąś odmianę?
No to idę po słoiczek, zmęczonam...ganiałam, trułam, szorowałam, sypałam, pół dnia staraciłam, pierdzielone insekty, które mnie doprowadzają do szału i nie spocznę, aż nie wytępię.

poniedziałek, 12 września 2016

Jeżownia na szybko.

Trochu smutków ostatnio było, to i pisać się nie chciało. Latało się w te i nazad, a dnie tak szybko mijały.
Na Mazurach cudna nam się pogoda zrobiła, taka miód-malina, komfort.
Letnicy już pojechali, grzybów brak. Żeby tak jeszcze nie rżnęli tego lasu wokół, a rżną na potęgę. Ponoć mus, las ma ponad sto lat (wtedy tu był pożar, spłonęła wieś i las wokół) i teraz nadszedł czas wycinki.
Robią większe przecinki i mniejsze "gniazda" bliżej wsi. W te gniazda posadzą inne gatunki drzew niż monokulturową sosnę i świerk. Dęby ponoć.

Nasz pies tropiący, o ten...


wytropił jeża, który zrobił sobie gniazdko w altanie pod stertą desek. Idąc po śladach ( czytaj jeżowych kupkach) doszliśmy do wniosku, że jeży tu sporo. Jeden jeż nie ma chyba tak szybkiej przemiany materii. Nie widujemy ich,  nocami żerują, no i przecież cały tydzień nas tu nie ma, żeby je wyśledzić.

Uprosiłam Wu, żeby zrobił dla nich maluśki domek, niech mają. Wu po zbudowaniu kolejnej skrzyni na przyszłoroczne warzywa nie bardzo chciał, ale koniec końców uległ.

Miał być maluśki domeczek na szybko, ale skończyło się na paradnym domku, z dachem, dwoma wejściami, od frontu i zaplecza ( tak opnoć ma być).
Ledwo zatachaliśmy go w krzaki.
Teraz tylko czekać, aż jakaś rodzina go zasiedli...






Na zachętę włożyłam do środka troszkę sianka i kilka listków dębowych, resztę meblowania niech jeże załatwią same...