Byłam oczywiście wiecie gdzie i w zasadzie nic nie robiłam. Ogólnie zdychałam, najpierw z gorąca, a potem z głupoty.
No bo nażreć się smażonych kartofli z kiełbaską i cebulką i popić zimnym piwem to szczyt głupoty, jak się ma flaki w niezbyt dobrej formie. Uratowała mnie nieco psiapsiółka podając zestaw leków, ale i tak przesraną miałam sobotę.
A w niedzielę zanim przyszła burza i posypała gradem wielkości kwitnącej koniczyny popstrykałam one zdjęcia i uznałam, że mogłabym i chciałabym być kwietnym fotografem. Ot taka chwila szczęścia, zapomnienia, kiedy celujesz aparatem w te cudności kilku dni a czasem kilku godzin.
O nieszczęściu, którego zaznałam ( ale nie przez ziemniaczki) i krew mnie nadal zalewa nie będę tu pisać.
Lelije od Elki szaleją, mam cały szpaler, zaczynają kwitnienie, będzie feeria barw i ją oczywiście pokażę.
To jest jeden ze zwiastunów. Dziękuję Ci Elka raz jeszcze.
Trochę mojego zielonego gumna, klapek i hortensja pnąca na tarasie szaleją, tnę i ciacham, bo inaczej wejść by się nie dało.
Zakątek gotowy, wieczorami można siedzieć i siedzieć i słuchać i słuchać.
Widoczek na łączkę z tarasu, tej części się nie kosi aż do jesieni. Ależ tam uwija się robactwa wszelakiego. Gdzie one by żyły, gdyby tej łączki nie było?
I trochę z innej beczki, ale w temacie. Jak rodzą się warzywa i owoce? Ano tak...
Wiem, że dużo zdjęć, wybaczcie, one są zamiast słów.
A jednak nie padłam na ryj i nawet mi trochę lepiej. Czyżby kolejna bezsenna nocka mnie czekała?

















