Lubiłam Święto Zmarłych, choć to smutne i refleksyjne święto. Wtedy jednak byłam dzieckiem i Ci wszyscy zmarli do których chodziłam na groby zapalić świeczkę nie byli mi znani, to były jakieś dalekie ciocie, pradziadkowie, dziadek, którego nie znałam to i bardzo smutno mi nie było.
Od rana w Święto Zmarłych zaczynał się rytuał, ojciec pakował na pierdakę wcześniej zakupione albo wyhodowane chryzantemy, świerkowy stroisz i jechaliśmy "stroić" groby. Na cmentarzu było gwarno, wszyscy układali kwiaty, grabili do czysta ścieżki, równiutko, jak to w Wielkopolsce jest w zwyczaju, stawiali świeczki i znicze, których jednak na razie nie zapalano.
Porządkowano też cudze groby, których już nie miał kto odwiedzać, ot wtykano w ziemię świeczkę i układano gałązki świerkowe. Wokół unosił się specyficzny zapach świerkowych gałązek i chryzantem.
Potem cmentarz pustoszał bo o 14:00 w kościele była msza za zmarłych. Kościół pękał w szwach, zjechali krewni z różnych stron, przyszły cale rodziny, kto mógł i chciał w tej mszy uczestniczył. Po mszy ksiądz prowadził wiernych w procesji na cmentarz, gdzie w centralnym miejscu, przy krzyżu, u zbiegu wszystkich alejek odmawiał jeszcze różaniec. Wszyscy dobrze księdza słyszeli, bo ksiądz był zaopatrzony w mikrofon i głośnik, który dźwigał kościelny. Jeśli akurat w tym dniu padało nad księdzem ministrant trzymał rozpostarty duży, czarny parasol. Cale rodziny stały wokół grobów swoich zmarłych i odmawiały z księdzem różaniec. Nikt nie chodził nikt nie rozmawiał. Wtedy też zapalało się świece i znicze. Dopiero, kiedy ksiądz skończył modlitwy i na czterech rogach cmentarza pokropił groby wodą święconą zaczynał się ruch, odwiedzanie wszystkich grobów krewnych, znajomych i tych "pod płotem". Bo pod płotem byli pochowani samobójcy, dzieci, które nie miały chrztu i radzieccy, bezimienni żołnierze, którzy zostali zabici, kiedy na tych ziemiach przetaczał się front. Paliliśmy im świeczki, a wcześniej ze szkołą porządkowaliśmy ich groby.
Cmentarz powolutku zasnuwał się dymem i pachniało paloną stearyną. Przy nagrobkach tworzyły się grupki krewnych, którzy czasem tylko tutaj, raz do roku mieli okazję się spotkać i porozmawiać.
Ja wypatrywałam swojej koleżanki, bo zawsze "po cmentarzu" przychodziła do mnie i zaszyte w pokoju na górce przy rozpalonym do czerwoności piecyku i gorącej herbacie obgadywałyśmy swoje sprawy.
Minęło wiele lat od tamtych czasów, ksiądz odszedł na emeryturę. Parafia ma nowego księdza. Dziś była brzydka pogoda, padał deszcz, był potrzebny parasol. Wierni pod parasolami szli karnie w procesji, którą prowadził zmoknięty wikary, proboszcz zaś sunął na przedzie w .......samochodzie. Różaniec proboszcz odmawiał przez megafon również siedząc w samochodzie , który to zaparkował paradnie na trawce pod płotem. Wierni jak zwykle, karnie i pod parasolami stali przy grobach, nikt nie chodził nikt nie rozmawiał. Aby tradycji stało się zadość, zmoknięty wikary dokonał tradycyjnego kropienia na czterech rogach cmentarza i można było iść do domu. Ksiądz też odjechał samochodem i zabrał zmokniętego wikarego.
Byli tacy, którzy wracali do domu z niesmakiem. Naprawdę tak bardzo mu się nie chciało? A mówi się, że przykład idzie z góry, nie w tym przypadku jednak.
W zastępstwie pogaduszek z koleżanką przy gorącej herbatce skończyłam dzisiejszego popołudnia różaną skrzyneczkę i troszkę poszyłam. Tak, tak na tej maszynie, która u mnie już jest i niedługo ją Wam z radością pokażę.
A tu Księciunio zaszyty w pościeli Państwa , uwielbia tłamsić, kopać i miętosić moje falbanki.
Dobrej, spokojnej nocy wszystkim życzę:)))











