sobota, 2 lutego 2013

Mopkowe wyznania kąpielowe



Moja Pańcia twierdzi, że czystość to podstawa. Dzięki niej już nauczyłem się nazw dni tygodnia. Najbardziej zapamiętałem sobotę. To taki dzień, kiedy moja Pańcia słodkim głosikiem woła do mnie "Mopciu? chodź do mnie piesku, no chodź kochanie......". Bierze mnie z uśmiechem na ręce i ni stąd ni zowąd, ciach wsadza mnie do wanny w wodą.

To jeszcze bym przeżył, w końcu w jeziorze pływam z chęcią, ale ona wylewa mi coś śmierdzącego na futro (mówi, że to szampon), a potem robi z tego obrzydliwe,białe bąble........Potem drapie, skrobie i miętosi mnie po futrze. Czekam cierpliwie, bo jestem malutki i tak z nią nie wygram. Jak zaczęła to chyba kiedyś skończy no nie? Ale trwa to za długo jak na mój gust. Po obrzydliwych bąblach i całkiem miłym skrobaniu przychodzi czas na płukanie mojego futerka prysznicem. Jestem cały czas cierpliwy. Już wiem, że do końca zostało jeszcze trochę, bo jak pod strumieniem wody zniknie piana to moja Pańcia wysmaruje mi futro zieloną mazią.

Jak robiła to pierwszy raz to myślałem, że przerobić mnie chce na Shreka, ale Pańcia do Pana, który asystował przy tych torturach powiedziała, " dam odżywkę na futerko, żeby pięknie błyszczało". Nie wiem, co to znaczy "pięknie błyszczało", ale jak Pańcia mówi, że będzie ładnie to nie mam wyjścia, muszę jej wierzyć. Tak mówiąc po cichu, to mam własną receptę na piękne futro. Wystarczy wytarzać się w jakieś zdechłej myszy, to nie dość, że skręt włosa lepszy, a i zapachu nabieram niepowtarzalnego. Nie wiem jednak, jak moją Pańcię przekonać, że moje zabiegi pielęgnacyjne są lepsze. Ta odżywka to jednak nie koniec, niestety. Pańcia jeszcze raz płucze moje loki prysznicem, a potem zawija mnie szczelnie w ręczniki. Pomyślałby ktoś ufffff to już koniec, ale skąd, wcale nie. Bo teraz moja Pańcia wyciąga narzędzie tortur nazywane SUSZARKĄ.




 Chcę czy nie, owiewa mnie przez dłuższy czas ciepłym strumieniem powietrza przemawiając do mnie, czule co chwila: "stój Mopciu grzecznie, Pańcia wysuszy futerko, żeby nie zgniło". No to stoję! A mam inne wyjście? Nie, bo drzwi od łazienki też  zamknęła.

 Na koniec mycie zębów, ostatnio to wymyśliła, bo, jak twierdzi "wali mi z mordki". Nie wiem, co sobie myślała, że niby czym ma walić, fiołkami? Potem wszyscy domownicy, goście i starsze panie na spacerze zachwycają się moim wyglądem, ale ja ich i tak nie rozumiem. Zdecydowanie wolę sfilcowane futerko pachnące zdechłą myszą.  Ludzie tego jednak nigdy nie pojmą..........

Jedyna korzyść z tych zabiegów pielęgnacyjnych to bezkarne tarzanie się po kanapach,



fotelach

i jeszcze jedna, najważniejsza, możliwość spania z Państwem w jednym łóżku:))


P.S. Dziś właśnie był ten dzień, Mopek czyściutki i pachnący okupuje kanapę.

piątek, 1 lutego 2013

Bitwa o wodociąg we wspomnieniach


Każdego roku, tak jakoś w połowie zimy, łapie nas straszliwa tęsknota za Kaczorówką i zaczynamy przeglądać domowe archiwa fotograficzne i filmowe, żeby przypomnieć sobie, jak to w Kaczorówce czas miło płynie.
Cztery lata funkcjonowania bez własnego źródła wody odcisnęło piętno na naszych kręgosłupach, a mąż znienawidził akcje typu "trzeba podlać hortensje" , bo oznaczało do dźwiganie wody od uczynnych sąsiadów zza drugiego płota.
Dlatego też z radością przyjęliśmy wiadomość, że nasza kochana unia dotuje budowę wodociągu wiejskiego i niebawem pojawi się woda w kranach. Żeby nie było tak pięknie, za przyłącze i tak trzeba było zapłacić i to całkiem spora sumkę.Wszystko zaczęło się wczesną wiosną, kiedy rozkopano drogę i położono główne rury. Już myśleliśmy, że na tym się skończy, bo o przyłączach do działek ani dudu, kiedy nagle, w sobotę rano, gdy nad Kaczorówką wstawał blady świt, a ptasząt śpiew wkradał się przez okna, łagodnie wnikając w rozkoszne przestrzenie naszej porannej drzemki, ze snu obudziło nas narastające basowe dudnienie, rodem ze zgoła innej bajki. Otrząsając z powiek resztki snu o kwitnących hortensjach, wygramoliłam się niemrawo z pościeli i wyjrzałam przez okno.

- Jadą!!! – wrzasnęłam, trzeźwiejąc gwałtownie, i rzuciłam się ku stertom odzieży.

 Zachęcony przykładem małżonek, równie nagle przeszedł w stan gorączkowej gotowości i popędził na mury bronić Kaczorówki.

Istotnie, jechali… robotnicy od wodociągu.

Wypasiona, pancerna kopara, poprzedzana zwiadowczym pickupem z plastikowymi bekami na pace i asekurowana falangą pomarańczowo odzianej piechoty, podążała nieubłaganie środkiem piaszczystej drogi, w naszym kierunku. Jakże płonne okazały się być nasze nadzieje – sądziliśmy, że odparłszy poprzednie, marcowe oblężenie pozbyliśmy się jej na dobre i teraz nawiedzi nas co najwyżej mała, zabawkowa kopareczka, która wykopie rowek, zainstaluje zgrabną studzienkę i pójdzie sobie precz. To co zbliżało się ku nam od środka wsi, zdecydowanie przypominało jednak brontozaura cierpiącego na elephantiasis. Nasze nieustraszone serca zadrżały. Męża, z obawy o całość bramy wjazdowej, która nagle zdawać się poczęła brameczką. Moje z powodu hortensji nasadzonych przy planowanej trasie przyłącza. W parę minut zdjęto z zawiasów bramę, sprawdzono na planie co trzeba i nim małżonek zdążył dopiąć spodnie… tfu! zbroję, wielka stalowa łycha wbiła się bezlitośnie w naszą ukwieconą łączkę.


Kątem oka, w biegu po aparat, dostrzec zdołałam jeszcze starszego Lemura pędzącego z odsieczą z sąsiedniej Lemurii i było po sprawie. Od bramy ku chałupce biegł rów głęboki na półtora chłopa otoczony wałami ziemi, sponad których ledwie widać było szczyt Kaczorówki.

Przegraliśmy bitwę, trudno. Wojny jednak postanowiliśmy nie przegrywać. Wymogłam na wrogu przysięgę, że co wykopali, to zaraz zakopią, potem my sobie zagrabimy, wsiejemy trawkę i będzie jak było. Zapomnieliśmy niestety o tym jak pojemne znaczeniowo potrafi być na Mazurach proste słówko “zaraz”. W praktyce owo “zaraz” trwało od 8:00 do 16:30, czyli dokładnie do chwili gdy mieszkańcy Lemurii, w pełnym pięcioosobowym składzie, przybyli do nas na proszony obiad i miłą pogawędkę.  Przyszło więc nam rozkoszować się premierowym gulaszem z żeliwnej, odebranej kaczkom “gęsiarki”, przy akompaniamencie kopary zasypującej rów tuż obok tarasu, w czym, po niejakiej chwili wspierać nas poczęła część Leśniczówki. Na tarasie zrobiło się nie dość, że gwarno to jeszcze i rojno.






Pogawędka w tych warunkach zyskała oczywiście na atrakcyjności i treściach ogólnych,  jako że wzbogacona została elementami ćwiczeń w czytaniu z ruchu warg. Co młodsi uczestnicy obiadu, korzystając z ogłuszenia dorosłych zajęli się przeglądaniem zawartości tarasowego kosza na śmieci.

 Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy inwazja koparkowa zabrała wreszcie łychę z naszych talerzy. Ponieważ wielkimi krokami zbliżać się poczęła pora meczu Polska – Czechy, zgrabianie pobojowiska przebiegało raczej pobieżnie i dopiero w niedzielę wylizaliśmy wszystko na gładko i przystąpili do rekultywacji prerii.

Takim to sposobem Kaczorówka, Sokołówka i reszta okolicznych leśnych “Ówek” już w wakacje cieszyła się, każda własnym źródłem wody, odciążając zaprzyjaźnioną pompę wodną uczynnej Lemurii.

środa, 30 stycznia 2013

Bęc i 1000 komentarzy jest:)

Czas szybko leci, blogujemy, komentujemy, a licznik bije:)
Całkiem niedawno, Krysia z blogu Klub Kota Jasna 8 napisała u mnie komentarz i był on równo tysięczny. Krysiu proszę o adres na maila, bo mam z tej okazji dla Ciebie malutki upominek. To będzie zawieszka na drzwi z Twoim ulubionym kocim motywem. Bardzo podobna do tej, jak ze zdjęcia, choć nie taka sama. Ta pofrunęła już do Hany.


Jak już mówiłam, czas szybko leci i zaraz będzie 1300 komentarz (aż nie wierzę). Skoro tak, to osoba, która go napisze, otrzyma mały upominek, zawieszkę na drzwi, zakładkę do książki? Wybierzemy. Mojego oczywiście wyrobu:))



wtorek, 29 stycznia 2013

Zaloty i powrót do pracy.


Idąc za ciosem majowych atrakcji mazurskich, pewnego lata wybraliśmy się na wycieczkę po okolicy.
Któż mógłby się tego spodziewać, że w Kadzidłowie, dokąd trafiliśmy, nie dość, że naciągną nas na dychę na lewym parkingu, to jeszcze za niepozornym płotem przygotują dla  nas atrakcję, która okaże się być hitem letniego sezonu, mogącym bez kompleksów konkurować z takimi przebojami srebrnego ekranu jak “Love Story”, “Przeminęło z wiatrem” czy “Rozważna i romantyczna”. Na początku słysząc zza płota odgłosy sądziłam, że jacyś mili panowie pod dobrą już datą próbują nawiązać konwersację. Po rozchyleniu krzaków okazało się, że przerwaliśmy słodkie tête-à-tête rogatej parze.
Scenariusz oparty jest na wydarzeniach autentycznych i z góry uprzedzam, że  śmiech nie jest udawany, a groźba mojego posikania się w majtki omalże nie doszła do skutku.




W domu zostawiam pachnące jeszcze świeżością ostatnie moje kuchenne wytworki dekupażowo-chorobowe, które rzutem na taśmę dziś dokończyłam. Bo jutro razem z poranną zorzą muszę wstać i udać się w kierunku informacyjnego szumu.

 Zestaw w komplecie.



Chlebak.


 Skrzynka na przyprawy, walające się dotychczas po różnych koszyczkach.


Koszyczek na pierdółki



Tym optymistycznym akcentem kończę chorobowe leniuchowanie i wzmocniona nieco nalewką czosnkowo-miodowo-cytrynową, tudzież nacieraniem się gęsim smalcem leczącym ponoć upierdliwy bronchit,  udaję się jutro podjąć moje zwykłe syzyfowe czynności.



P.S. Do Hany puszczam oczko:)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Majówka

Macie dość zimy prawda? Ja też i to po kokardkę. Właśnie nadszedł czas intensywnego przeglądania zdjęć  i filmów z minionych letnich sezonów. Pozwalają nam dotrwać do następnego i snuć plany, co tego lata zrobimy.
Zaczniemy jak zwykle od wielkiego wietrzenia. Koce, poduszki, kołdry wylądują na płocie, otworzymy okna i drzwi, wygrabimy ze dwa wagony igliwia z trawy. A potem zrobimy Wielką Majówkę. Nie będziemy sami,w kupie raźniej i weselej.
Może znów przyjadą Młodzi?

Bo już kiedyś przyjechali:) Nie damy się przecież młodzieży nudzić, zabierzemy na wycieczkę. Do zwierzątek. To będzie kolorowy spacer. Panie chyżo wskakują w stroje clownów i kapelusiki. Wychodzimy. Nie wiem, co sobie ludność miejscowa, ale i przyjezdna o nas myśli, ale chyba się już przyzwyczaiła do tych przebieranek.

Przemarsz przez wieś.



Wkraczamy w krainę Duli, Duli, na horyzoncie kot!! Własnoręcznie strzyżony przez właścicielkę. Zachwytom nie ma końca, ale Młoda dostrzega na w oddali kuca.......


Aż sama kucnęła na widok atrybutów tego małego konika.


 I pocwałowała do wybiegu.....


Mnie zainteresowały świnki wietnamskie, łase na czochranie.


I nagle pojawia się "On" moja miłość:)


 Na początek nieśmiało przez kratki ogrodzenia okazujemy sobie sympatię....


 Przybiega Młoda i "On", czyli Lopez bierze nas w posiadanie. Nasi panowie idą w odstawkę. Lopez jest cudny, skubie nas za nogawki, łasi się jak pies....

 Pokazuje sztuczki...


 A potem postanawia z nami iść na spacer. Trochę to trwało zanim mu wyperswadowałam, że miejsce osiołka jest w krainie Duli Duli. Osioł, jak to osioł uparty....


 Zabieramy Młodych nad jezioro, gdzie tłumaczymy, co jest na drugim brzegu i jak dostać się na Wyspę Miłości


Po powrocie rozpalamy ognisko i karmimy Młodych kiełbaskami, to taki standard mazurski, choć bywają i wyszukane dania, szczególnie, jak zlatują się do nas Sokoły:)


Nie wierzycie, że tak będzie? Będzie!!! Jeszcze tylko troszeczkę, przecież wytrzymamy.
Wiadomość z wiarygodnego źródła i dzisiejszego dnia jest taka, że w Irlandii grzmiało ( wiosenna burza) na dworze rosną bratki. A w Niemczech jest plus 8 i nie ma śniegu.

Kopciuszek i kowbojka może będzie innym razem, bo, co za dużo to niezdrowo tak w jednym poście.
Buziaki:)