piątek, 1 lutego 2013
Bitwa o wodociąg we wspomnieniach
Każdego roku, tak jakoś w połowie zimy, łapie nas straszliwa tęsknota za Kaczorówką i zaczynamy przeglądać domowe archiwa fotograficzne i filmowe, żeby przypomnieć sobie, jak to w Kaczorówce czas miło płynie.
Cztery lata funkcjonowania bez własnego źródła wody odcisnęło piętno na naszych kręgosłupach, a mąż znienawidził akcje typu "trzeba podlać hortensje" , bo oznaczało do dźwiganie wody od uczynnych sąsiadów zza drugiego płota.
Dlatego też z radością przyjęliśmy wiadomość, że nasza kochana unia dotuje budowę wodociągu wiejskiego i niebawem pojawi się woda w kranach. Żeby nie było tak pięknie, za przyłącze i tak trzeba było zapłacić i to całkiem spora sumkę.Wszystko zaczęło się wczesną wiosną, kiedy rozkopano drogę i położono główne rury. Już myśleliśmy, że na tym się skończy, bo o przyłączach do działek ani dudu, kiedy nagle, w sobotę rano, gdy nad Kaczorówką wstawał blady świt, a ptasząt śpiew wkradał się przez okna, łagodnie wnikając w rozkoszne przestrzenie naszej porannej drzemki, ze snu obudziło nas narastające basowe dudnienie, rodem ze zgoła innej bajki. Otrząsając z powiek resztki snu o kwitnących hortensjach, wygramoliłam się niemrawo z pościeli i wyjrzałam przez okno.
- Jadą!!! – wrzasnęłam, trzeźwiejąc gwałtownie, i rzuciłam się ku stertom odzieży.
Zachęcony przykładem małżonek, równie nagle przeszedł w stan gorączkowej gotowości i popędził na mury bronić Kaczorówki.
Istotnie, jechali… robotnicy od wodociągu.
Wypasiona, pancerna kopara, poprzedzana zwiadowczym pickupem z plastikowymi bekami na pace i asekurowana falangą pomarańczowo odzianej piechoty, podążała nieubłaganie środkiem piaszczystej drogi, w naszym kierunku. Jakże płonne okazały się być nasze nadzieje – sądziliśmy, że odparłszy poprzednie, marcowe oblężenie pozbyliśmy się jej na dobre i teraz nawiedzi nas co najwyżej mała, zabawkowa kopareczka, która wykopie rowek, zainstaluje zgrabną studzienkę i pójdzie sobie precz. To co zbliżało się ku nam od środka wsi, zdecydowanie przypominało jednak brontozaura cierpiącego na elephantiasis. Nasze nieustraszone serca zadrżały. Męża, z obawy o całość bramy wjazdowej, która nagle zdawać się poczęła brameczką. Moje z powodu hortensji nasadzonych przy planowanej trasie przyłącza. W parę minut zdjęto z zawiasów bramę, sprawdzono na planie co trzeba i nim małżonek zdążył dopiąć spodnie… tfu! zbroję, wielka stalowa łycha wbiła się bezlitośnie w naszą ukwieconą łączkę.
Kątem oka, w biegu po aparat, dostrzec zdołałam jeszcze starszego Lemura pędzącego z odsieczą z sąsiedniej Lemurii i było po sprawie. Od bramy ku chałupce biegł rów głęboki na półtora chłopa otoczony wałami ziemi, sponad których ledwie widać było szczyt Kaczorówki.
Przegraliśmy bitwę, trudno. Wojny jednak postanowiliśmy nie przegrywać. Wymogłam na wrogu przysięgę, że co wykopali, to zaraz zakopią, potem my sobie zagrabimy, wsiejemy trawkę i będzie jak było. Zapomnieliśmy niestety o tym jak pojemne znaczeniowo potrafi być na Mazurach proste słówko “zaraz”. W praktyce owo “zaraz” trwało od 8:00 do 16:30, czyli dokładnie do chwili gdy mieszkańcy Lemurii, w pełnym pięcioosobowym składzie, przybyli do nas na proszony obiad i miłą pogawędkę. Przyszło więc nam rozkoszować się premierowym gulaszem z żeliwnej, odebranej kaczkom “gęsiarki”, przy akompaniamencie kopary zasypującej rów tuż obok tarasu, w czym, po niejakiej chwili wspierać nas poczęła część Leśniczówki. Na tarasie zrobiło się nie dość, że gwarno to jeszcze i rojno.
Pogawędka w tych warunkach zyskała oczywiście na atrakcyjności i treściach ogólnych, jako że wzbogacona została elementami ćwiczeń w czytaniu z ruchu warg. Co młodsi uczestnicy obiadu, korzystając z ogłuszenia dorosłych zajęli się przeglądaniem zawartości tarasowego kosza na śmieci.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy inwazja koparkowa zabrała wreszcie łychę z naszych talerzy. Ponieważ wielkimi krokami zbliżać się poczęła pora meczu Polska – Czechy, zgrabianie pobojowiska przebiegało raczej pobieżnie i dopiero w niedzielę wylizaliśmy wszystko na gładko i przystąpili do rekultywacji prerii.
Takim to sposobem Kaczorówka, Sokołówka i reszta okolicznych leśnych “Ówek” już w wakacje cieszyła się, każda własnym źródłem wody, odciążając zaprzyjaźnioną pompę wodną uczynnej Lemurii.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



hihihi,,powinnaś ksiązki kochana pisać:)))))
OdpowiedzUsuńKto wie? Może tak się stanie, jak na blogu poćwiczę:)
UsuńZamiast docenić ten trud, to poświęcenie, ten profesjonalizm, to wy w zbroi i na murach z łukami - oj, oj;)))
OdpowiedzUsuńFakt, profesjonalnie łychą kopał, koło krzaczków na milimetry, ale żadnego nie uszkodził. Ino to tempo, u nich zawsze jest czas:)
Usuń:-)
OdpowiedzUsuńNas tez to czeka na wiosnę...
Już od dwóch lat obiecywali nam szamba ekologiczne i w tym roku na wiosnę mają ponoć spełnić tę obietnicę... Mam nadzieję, że przyjadą do nas zanim ruszę z zakładaniem ogrodu...
Buziaki!
My czekaliśmy też ze dwa lata, aż przyszło.......
Usuńhe, he... dobrze napisane!
OdpowiedzUsuńale woda jest? jest!!
Ano jest:) i od razu lżej......
UsuńWiem co to własna woda.
OdpowiedzUsuńTak kiedyś woziliśmy do B. wodę z miasta w 5 litrowych banieczkach.
Horror...
Woda to ósmy cud świata :-)))
Brak szczególnie doskwiera, jak się ogrody chce zakładać. Przechodziłam wszystko, baniaki, butelki, beczka, a ostatniego lata wężem z 75 metrów od sąsiada. A teraz jest swoja:)
UsuńOżesz, można się pociąć. Jakby mi kto na moją krwawicę koparą wjechał, to nie tylko z łukiem stałabym u bram. Ale - siła wyższa. Sadzenie roślinek bez wody przerabiałam w poprzednim życiu. Nosiliśmy wodę ze stawu - pod górkę. A ze stawu czerpaliśmy wiaderkiem na sznurze, bo staw nisko był i bez dostępu. Tak więc jeśli to tylko trawa - pies drapał. Ale wygląda przerażająco.
OdpowiedzUsuńW tym roku to ja krzaczkom dogodzę wiosną:) Będę lać, aż napoję je do syta za te wszystkie lata posuchy:)))
UsuńHanuś, żeby nie był,o komentarz, 1300 i nawet 1301 jest Twój:))) Właśnie padły jeden tu drugi pod poprzednim postem. Zawieszka na drzwi się robi. Kot już był teraz będzie, coś innego :)Adresik już mam:))
No nie, to nadużycie jest! Sceduję nagrodę na - powiedzmy - 1305 komentarz. A przedtem muszę łapy sobie związać.
OdpowiedzUsuńHe, he, nie zasady są zasadami 1300, to 1300:)) Nie wygłupiaj się to zabawa przecież:) Następny będzie 1500 :)
UsuńPrzymierzam się do kogutków, mogą być??
A ja dziś przed świtem wstała i do Mnemo "poleciała". Piękny komentarz wyprodukowałam i łup! Wyłączyli prąd czyli internet. No i juz nie pamiętam dokładnie com pisała, ale też coś o naszym wodociągowaniu wsi, kiedy to nas wszystkich paroma ruchami kopary odcięto telekomunikacyjnie od świata na 2 miesiące. Jeszcze prawie wszystkim zniszczyli panowie od wody drenarki na podwórzach i toniemy przy roztopach, jak Kretowata. No, ale woda jest.
OdpowiedzUsuńPatrzcie, Hana dała radę ten 300 koment dorwać. Ma kobitka szczęście. Pozdrawiam
1300 Rogata! 1300!
UsuńZłośliwość,to pewno przez te wiatry, Wam tak prund zabiera:))
UsuńJak nie przestanie wiać to się wykończę łeb mnie boli, w oczach jakieś mazie mi się robią, kawa nie pomaga......meteopatka normalnie. Czy owieczki już wszystkie urodziły? Masz trochę oddechu?
Mnemo, jeszcze 19 panienek zostało, nie wiem czy wszystkie w ciąży, ale zakładam, że tak. Dokarmiam dwóch budrysów.
UsuńTo się stadko powiększy, bo przecież one często są w ciąży mnogiej. A inne owieczki tych odrzuconych nie chcą karmić?
UsuńKarmienie przez inne owce nie wchodzi w grę zupełnie. U bardziej "kulturalnych" owczych ras czasem się udaje, ale u tych dzikich nie (mówię o moich, może inne są inne). Ale w sumie to nie jest takie straszne. Najważniejsze, żeby jagnięta były zdrowe, wtedy wszystko jest o.k. - jedzą i rosną.
UsuńI one u Ciebie wszystkie potem zostają, czy w świat idą?
UsuńIdą w świat. Do tej pory dobrze trafiały. Napiszę niedługo posta o moich "dzieciach", które właśnie zasiedlają Polskę i rodzą też teraz swoje rogate jagnięta. Może sobie zostawię dziewczynek parę. Wariatki córcię szaloną na pewno zostawię. Ma tydzień, biega, skacze, przeskakuje przez dorosłe owce. Jest po prostu jak rakieta. Jest smukła i długonoga.
UsuńDajesz radę rozstawać się z nimi? Bo ja się wzruszam na samą myśl, a niezwiązana jestem.
UsuńMusiałam się zdecydować. Jeśli chcę przeżywać narodziny, to muszę się rozstać. W zeszłym roku pierwszy raz sprzedałam owieczki. A miałam Hano wszystkich razem latem 140 sztuk. Nie mogłam ich zatrzymać, bo nie mam aż tylu pastwisk i tylko 2 ręce.
UsuńŁomatkozcórko! Nie miałam świadomości! Do tej pory podziwiałam Cię, ale teraz to normalnie chapeau bas. Sama to robisz wszystko?
UsuńTo rzeczywiście pokaźne stado. Jak Ty to ogarniasz? Wiem, że nie mieszkają w owczarni tylko pod chmurką, ale jeść, pić dać trzeba.....Pewno jeszcze strzyc musisz, też sama??? One śliczne te wrzosówki są, prawda, że na samiczki mówi się maciorki? Jak u świnek?
UsuńSama jedna. A wiesz jaka duma mnie rozpiera, gdy to mówię.
UsuńTak mówią - maciorki. Mają dwa domki moje owce z dachówką , co liczy 150 lat, mają piękne nowe paśniki, mojego projektu z regulowanym katem nachylenia. Karmię i poję dwa razy dziennie, ale jak trzeba to i więcej, jagnięta butelkowe na żądanie. Sama nie strzygę, robi to strzygacz, ale ja przy tym pomagam, obcinam im "paznokcie" dwa razy do roku, sortuję runo, no i przędę. To jest niezły czad z tymi owcami. Mój George codziennie pyta czy mam już dość. A ja nie mam, na razie, ale mi stawy u stóp "siadają". Muszę porobić badania. Idę karmić butelkowce.
UsuńWyobrażam sobie, kurczę dzielna baba jesteś:))
UsuńJesssu, mnie się to wydaje nie do ogarnięcia. Duma jak najbardziej uzasadniona, ale co z siłami?
UsuńRogata, fantastyczna jestes!!! Tyle roboty samodzielnie wykonac, to nieprawdopodobne jest! Czekam niecierpliwie na posta o owieczkach. Podziw moj masz absolutny. Ale na stawy uwazaj, z doswiadczenia mowie, trzeba zlapac sprawe w garsc od razu, zeby sie zaraza nie rozprzestrzenila. Trzymaj sie, dzielna kobieto, sciskam!
UsuńJasne, że mogą! No i wychodzę na blogową hienę. Ale i tak się cieszę! To ja Ci spróbuję tę niespodziankę zgotować taką, żebyś rekompensatę miała, bo kotki masz, nie musiałabyś robić kogutków.
OdpowiedzUsuńW takim razie zbieram siły do tysiąc pięćsetnego komentarza...
Ty też zbieraj...
Ta, zaraz hiena:)
UsuńJak się pisze to się napisze, nawet 1300-setny:))
Jaką rekompensatę, jaką rekompensatę Hanuś.......
Ojtam, może nie hiena. Szakal. Człek, widzisz, durnowaty taki, prezentu przyjąć nie potrafi po ludzku, postalować się musi, taki obyczaj. Z tą rekompensatą to tak, dla podgrzania atmosfery. Żebyś suspens miała. Troszkę się wyrobiłam, to teraz podgonię, już mnie łapki świerzbią.
OdpowiedzUsuńZapomniałam Ci powiedzieć, że byłam na Twoim drugim blogu. Wszyściutko obejrzałam, kropielniczki śliczne i resztę. Ale resztki pałacyku w gminie Sośnie mogą się przyśnić. Coś niebywałego. Jak to możliwe, że w perzynę się obraca?
OdpowiedzUsuńTeż mam dzisiaj łeb jak sklep, oczki zapluszczone i jakiś globus w gardle. A moja Mama, lat 89, kiedy dzwonię do Niej, mówi mi: "Nie mogę z tobą gadać, bo ciasto na rogale wyrabiam".
Z tym pałacem to smutna historia, ktoś go kupił i chyba nadal nic nie robi, to się w końcu zawali. Ja się poryczałam, jak tam po latach pojechałam. Żal, to takie piękne miejsce. Znam od ponad 25 lat. Jeszcze z moim małym bąblem tam jeździłam na wycieczki.
UsuńSzkoda, że w totka nie wygrałam, byłby mój, ponoć za śmieszne pieniądze kupiony, w necie gdzieś znalazłam info.
Twoja mama, jak moja teściowa, wszystko jej się chce, a ja dziś zdycham.......
Zeżarło chyba komentarz, albo mnie już całkiem zmysły odeszły. W każdym razie pisałam, że gdybym wygrała w totka, to kupiłabym pałac mojego dzieciństwa w Brzozie. Nie jest cudem architektury, ale jest nieduży, taki poręczny, w pięknym parku z 2 stawami, a jakie tam lipy! Ze 3 metry w obwodzie. No i moje dzieciństwo.
OdpowiedzUsuńA moja Mama rogale piecze po kilkukilometrowym spacerze z kijami. Mam nadzieję, że odziedziczyłam Jej dobre geny.
Moja ma 83, z domu się nie rusza, ale dyrektywy wydaje:)
UsuńIdę lulu aaa, no głowa mi odpadnie chyba:(((( Bez procha na ból się nie obejdzie:(((
Dobrej nocki dziewczyny.
U nos mówiom nyny, nie tam jakieś lulu aaa!
OdpowiedzUsuńSąsiadka do wnusia mówi tak: dali cho do babusi, dom ci am am, zrobisz ee i zaś pójdymy nyny. I nie becz, bo ci dom na dupe!
Rychtyk tak, ino jo pluncze to godanie z tamtym:)
Usuńsię uśmiałam,Ty to potrafisz pisać :):):)
OdpowiedzUsuńA bo temat letki, pojawi się pewno nie jeden jeszcze, bo w Kaczorówce dzieją się czasem dziwy:)
UsuńFajnie opisalas te wojny wodociagowe, ale najwazniejsze, ze woda jest! Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTeraz czekam na "prunt" :)i zacznie się cywilizacja. Światło, lodówka, laptopik......a było tak przaśnie, tak super wiejsko.......
UsuńCywilizacja nie taka zla, byle z umiarem stosowana:))
UsuńTV nie będzie, nie pozwolę!!!
UsuńMasz racje, laptopik absolutnie wystarczy. No bo chyba nie wytrzymalabys nie wiedzac co u Kretowatej (zz)
UsuńHa, ha, ha - dobre, Mika!;))))
UsuńŻebyś wiedziała:) He, he.....
UsuńKoparka koparką, wodociąg wodociągiem, ale
OdpowiedzUsuńjak ja bym tego ogórka ze słoja wciągnęła - mniam, mniam, pewnie jeszcze taki małosolny jest. Jenyyyyyyyyy pośliniłam się
No, samej mi się takiego zachciało, w sezonie to kiszę bez przerwy jeden słój do połowy zjedzony, a drugi już stoi:)
UsuńDziewczyny, love you all;) Bateria mi siada ostatecznie...
OdpowiedzUsuńBuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
Usuń