Okazało się, że Lemur, znawcą pogody jest, bo nim dojechaliśmy, ciurkanie z nieba zanikło i nieśmiało rozbłysło słoneczko.
Festyn, jak festyn. Scena, na scenie wierszyki, piosenki, monologi. Ludziska siedzą, jedzą, piją piwko,krążą to tu, to tam. Poszłam i ja do budki z żarełkiem i zaordynowałam sobie pajdę chleba ze smalcem i ogórkiem małosolnym. Uzbrojona w ogórka małosolnego w jednym ręku, w pajdę chleba w drugim, zobaczyłam, jak nad łączkę nadlatuje paralotnia. Naród rzucił się do oglądania tego fruwającego cuda. Podeszliśmy i my popatrzeć. Okazało się, że na przejażdżkę tym podniebnym rydwanem nabrał ochoty ksiądz proboszcz. Wgapieni w znikającego na nieboskłonie księdza, usłyszeliśmy radosną muzykę dobiegającą z "parkietu". O, o!! Skończyła się część artystyczna, będą tańce!!! O, nawet już pierwszy tancerz, solo na parkiecie jest.
Tancerz był boski. W rytmy wczuwał się całym ciałem, przeżywał poszczególne takty i czasem zastygał w oczekiwaniu na szczególny akord. Dla podkreślenia tej oniemiającej choreografii tancerz zzuł obuwie i całość odtańczył w samych skarpetkach. Białych oczywiście.
No, pomyślałam sobie, tak rozpoczęty wieczór musi się udać:))
Ale specjalnego zainteresowania nie wzbudzał - widać już repertuar ograny ;)
OdpowiedzUsuńMoże dla stałych bywalców tak, nas intrygowała każda ekwilibrystyczna figura:)
UsuńI co? I co? I co? Udał się? Księdzu wrócił?
OdpowiedzUsuńAle suspens!
Wrócił,a ile widoków obaczył, te jeziora, lasy z lotu ptaka muszą wyglądać fantastycznie.
UsuńPoły sutanny mu powiewały? To musiało być lepsze, niż dansior!?
OdpowiedzUsuńZaś nie był w sutannie, koloratkę miał ino. Wykazał się odwagą wsiadając na takie ustrojstwo.
UsuńOjtam, zaraz odwagą. Silną wiarę posiada, to i niczym nie ryzykuje. Jakby tak, to bliżej do Pana, a jakby nie - znaczy Pan czuwał. Bez koloratki nie wsiadłabym za nic. Chyba, że z księdzem.
OdpowiedzUsuńPasażer wsiada wyżej niż sternik, tak, że pasażer ma prawie między kolanami głowę sterującego. Komfortowe to to nie jest, szczególnie, jakbyś się w kiecce wybrała:))
UsuńJak bym musiała to i bez księdza, wolę przestworza niż np. nurkowanie. Tam nawet z księdzem bym nie dała rady. Za nic rafy, za nic podwodne jaskinie. Na samą myśl mam od razu duszności.
Bry wieczor pozny okropnie, bardzo mi sie podoba ksiadz proboszcz na paralotni. Przed chwia mowili w wiadomosciach o paralotniarzu, ktory utknal na drzewie w lesie i siedzi tam juz 6 godzin i czekaja na ratownikow gorskich, bo dla strazy za wysoko...
OdpowiedzUsuńHana, jak swieto Grazynki (zz,zz,zz)
Ksiądz wrócił, to nie o nim było:)
UsuńNie dla mnie jaskinie, a podniebne loty, czy choćby górskie serpentyny - a kysz! Już mam miętkie kolana.
OdpowiedzUsuńMika, Grażynka zachowuje się jak udzielna księżna i oczekuje względów, które zresztą dostaje. Codziennie. Tak więc uczciłam to święto czerwonym, wytrawnym. Obie byłyśmy zadowolone.
Mnemo, taca zyskała akceptację, a nawet więcej.
A no to pieknie, jak hrabina to hrabina, w koncu hrabiny tylko dobre trunki pijaja:)) Tez nie przepadam za duzymi wysokosciami.
UsuńTo "miut" na moją duszę i działam dalej:)
Usuń