poniedziałek, 4 lutego 2013

Kąpiel

O psich kąpielach już było. Dziś będzie o kąpielach kaczorówkowych. Dla przypomnienia, do zeszłego roku w Kaczorówce nie było wody. Dzięki dobroci UE i mazurskich fachowców w poprzednie wakacje cieszyliśmy się już krystaliczną wodą z własnego ujęcia.
We wcześniejsze lata zaopatrywanie Kaczorówki w wodę przybierało różne oblicza. Czasem czerwone ze złości mojego ślubnego,  któremu kazałam nosić  wodę w wiadrach od zaprzyjaźnionego Wieśniaka Milkliwego, do podlewania moich, pożal się boże, upraw. Kiedy Wu stanowczo odmówił robienia za wodociąg wpadłam na pomysł, że wodę może wozić w bagażniku samochodowym, trzeba tylko zdobyć ze 20 baniaków po wodzie 5 litrowej, co też niezwłocznie uczyniliśmy. I tak to, zdobywanie wody nieco zmodyfikowaliśmy i życie stało się łatwiejsze. Do celów spożywczych była woda z butelek. Kąpiel, po harcersku, odbywała się w jeziorze, zwykłe mycie, albo, gdy pogoda nie dopisywała, odchodziło w misce. Jednak nie zawsze miało się ochotę, na rzadko kiedy, ciepłą wodę z jeziora. Obmyśliliśmy więc prosty sposób na wodę ciepłą.
Przy ładnej pogodzie butle kładło się na słoneczku, a pod wieczór chowając się na tyłach Kaczorówki jedno drugie polewało ciepłą wodą z baniaczka. Razem z myciem włosów dla każdego starczało po dwie butle 5 litrowe. Głupio tak jednak stać z gołym tyłkiem za chałupą, szczególnie, że w Kaczorówce z reguły jedni goście wychodzą, a drudzy przychodzą i nigdy nie wiesz, czy akurat nie wpadnie ktoś, jak ty stoisz goła lub goły za winklem. Mopek miał warować na straży, ale ten pies nie umie szczekać, więc żaden z niego ostrzegacz.
Następnego roku wymyśliłam myjnię. Wu z odpadków po budowie domku zmajstrował rodzaj klatki, bez dachu, za to z podłogą i półeczkami. Zakupiłam kotarę prysznicową i już bez obawy świecenia dupskiem mogłam w ciepłe dni oddawać się rozkoszom rannych i wieczornych ablucji. Oczywiście wzajemna pomoc nadal była konieczna, z tym, że ciepłą wodę zaczęliśmy przelewać do konewek, co niejako zastępowało prysznic. Myjnia jednak miała feler, stała oddalona nieco od chałupki w sosnach, gdzie o każdej niemal porze komary tną jak wściekłe. Skończyło się świecenie dupskiem, zaczęło się drapanie komarzych ukąszeń.

W następnym roku myjnię Wu przebudował na schowek narzędziowy, a ja przytargałam z domu rodzinnego balię. Nie jakieś plastikowe badziewie, ale słusznych rozmiarów blaszaną, rozłożystą i wiekową balię po ciotce Bronce, wiecie, tej ciotce od pierwszej kropielniczki. Balia jest solidna wyprodukowana za czasów okupacji, ma jeszcze wybitą niemiecką glapę na spodzie.

Tego samego roku uczynna Lemuria zaproponowała wodę z ich cudownego  ujęcia wody głębinowej.   Ciach, prach kupiliśmy 75 metrów węża ogrodowego i połączyliśmy nasze zaprzyjaźnione działki zieloną linią. Skończyło się dźwiganie i wożenie wody. Wystarczyło tylko wyjść na trawnik i krzyknąć, J..........., odkręć wodę!!!! A potem, J.........., zakręć wodę!






W słoneczne dni wanna z rana była napełniana wodą, a po zachodzie słońca, kiedy ludność miejscowa oglądała telewizję, albo i nie oglądała, za to oddawała się innym bardziej rozrywokowym zajęciom, a przyjezdna kiwała się  nad wygasającym już grilem, albo ogniskiem, bez obawy o wścibskie oczy można było na środku trawnika zażyć rozkosznej kąpieli. 


Plan dziesięcioletni przewiduje, że powstanie łazienka z prawdziwego zdarzenia, ale może się okazać, że z racji kryzysu, którym nas ciągle straszą, łazienka nie powstanie nigdy. Ale, co tam balia i własna woda to i tak już luksus.

P.S. Muszę się przyznać, że tęskno mi już do tych kąpieli, wśród zapachu traw, sosen i ogłuszającym graniu świerszczy. Zamykam oczy i czuję te zapachy i słyszę te świerszcze:))





48 komentarzy:

  1. Och, znam takie ablucje z autopsji. Na wykopaliskach w jeziorze, a tu na wsi początkowo (czytaj przez 3 lata) w balii podobnej. Wodę nosiłam ze studni. Pompowanie stara pompą ręczną, pamiętającą jeszcze Adolfa z pewnością, to był wyczyn nie lada. Wcale mi to jednak nie przeszkadzało. Owca Rogata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak i mnie nie przeszkadza w Kaczorówce, ani ten domek z serduszkiem w sosnach:))

      Usuń
  2. A, tu jesteś! W wannie się moczysz! Po kiego grzyba Ci łazienka? Jak będzie zimno, to się spocisz, więc nie musisz się myć. Podsunęłaś mi pomysł. Ja wprawdzie łazienkę mam, ale nie mam wanny! A kocham wannę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jam Ci to we własnej osobie, we własnej balii na własnym trawniku:)To jest powrót do dzieciństwa, taka kąpiel w balii)) Masz stodołę, wstawiasz wannę lejesz wodę i się pławisz do woli.....w upał uczywiście, nie teraz :)

      Usuń
    2. O ja głupia! Że też na to nie wpadłam!

      Usuń
    3. No to już widzę letnie wieczory, Hana pławi się w stodole w balii z laptopem .....a deskę se na tej balii położysz, a na niej laptopika:))

      Usuń
    4. Widok, zaiste, kuszący!

      Usuń
  3. Też nie mam wanny, bo mi do nowej koncepcji nie pasowała i wyniosłam, ale latem stawiam w ogrodzie. Owca vel Ślimak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na jakimś filmie widziałam, że pod taką balią w ogrodzie jest palenisko, od niego idzie rura za wannę, i pod tą wanną pali się ogień, no rewelacja, ja coś takiego zrobię tego lata, postawię wannę na cegłach i zapalę drewnem. Zobaczę, jak się będzie woda grzała:))

      Usuń
    2. Dupsko sobie odparzysz! Ha, ha, już Cię widzę, jak wyskakujesz z wanny, jak OPARZONA!

      Usuń
    3. To na pewno było u Kusturicy, on ma takie pomysły. Nie radziłabym.

      Usuń
    4. Nie to był film dokumentalny o takich ludziach, co zwiali z cywilizacji w jakieś knieje i żyli, tak, jak im się podobało, rzecz działa się na Tasmanii.

      Usuń
    5. E tam, na Tasmanii to nie sztuka, ciepło tam. Chyba. A polyli dla odstraszenia diabła tasmańskiego.

      Usuń
  4. ja juz czuje zapach skoszonej trawy:))))))Qrcze szkoda,że u siebie nie moge tak poleżeć w wannie w ogrodzie...ale właściwie dlaczego nie moge?????hihihi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, dlaczego nie możesz? A kto Ci zabroni? Ja wychodzę z założenia, że niech się wstydzi, ten, kto .....podgląda:))

      Usuń
  5. Kup Qro, najtańszy parawan, albo sama skombinuj, będzie ładniejszy i osłoń wdzięki, jeśli goło Ci sromota.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam taka balie!!! Teraz co prawda na podworku piasek w niej sie przechowuje, ale pamietam z dziecinstwa wielkie pranie raz w tygodniu, na piecu weglowym sie gotowalo posciel w wielkim garze, a potem na tarze w balii... I z takim niebieskim krochmalem w metalowych pudeleczkach. Tara jest w piwnicy! Rozkoszne musza byc te twoje kapiele:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, ze pamiętam, w całym domu pachniało płatkami mydlanymi i trwało cały dzień. Mama z obawy, żeby nie stała się jakaś tragedia (oblanie wrzątkiem) wysyłała mnie na spacer z babcią. Pościele się gotowały, krochmal był gotowany z mąki ziemniaczanej, a to niebieskie, ultramaryna, to było do płukania, żeby białe było bielsze. Potem pościel była prasowana na blachę:)) A szpangowanie firan pamiętasz?
      Nie mam tary, ale gdzieś sobie na starociach wyszperam i powieszę w Kaczorówce, obok innych starociowych rekwizytów:)

      Usuń
    2. Masz racje, oczywiscie, ze to niebieskie bylo do plukania! Wot, skleroza. Po wyschnieciu to jeszcze pamietam ze trzeba bylo posciel wyciagac w dwie osoby przed oddaniem do magla... Firan u nas nigdy nie bylo, tyko zaslony, do dzisiaj nie mam. A co to szpangowanie (zz)

      Usuń
  7. Takie pranie też pamiętam, to chyba nie był krochmal, tylko tzw. ultramaryna. Krochmal robiło się z mąki kartoflanej, gotowych nie było. Pamiętam ten zapach w kuchni: gorącej pary i mydlin.
    Mnemo chyba spać poszła. A niech tam sobie śpi.

    OdpowiedzUsuń
  8. O, nie śpi! Mam dwie tary, zrobilim z nich stolik do ogrodowych pierdół i węża. Znajdę Ci na złomowisku, chcesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcę!!!!!! i kijankę!!!

      Usuń
    2. Tarę na pewno znajdę, niech tylko śnieg odpuści i błocko. Z kijanką może być problem, bo one drewniane były. Chociaż, kto wie? Ostatnio na złomowisku znalazłam przepiękną, ceramiczną szatkownicę do ogórków/kapusty, malowaną w niebieski wzór. Śliczna!

      Usuń
    3. Muszę na Mazurach poszukać jakiegoś złomowiska:)) Nie no już bym poleciała, ludzie skarby wywalają, tak jak mój ojciec na złom kiedyś wywiózł kilka żelazek z duszami, myślałam, że go uduszę.......

      Usuń
    4. Hana, ale masz farta!!! Jak mozna cos takiego wyrzucac na zlom (zz,zz,zz) Nie rozumiem tych ludzi...

      Usuń
    5. Ja też nie rozumiem, ale niech wyrzucają! Mamy tam (na złomowisku) konkurencję. Gościu z Muzeum Młynarstwa przeczesuje.

      Usuń
    6. Nie, no szukam złomowiska w okolicy......Wu mnie udusi, jak mu zaproponuję wypad na złomowisko:)

      Usuń
  9. Jasne, że szpangowało się firany, na takich specjalnych ramach. Potem Ojciec przywiózł z NRD takie nylonowe, one jakoś się nazywały, ale nie pamiętam, jak. I skończyły się bawełniane firanki. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany, ale czasy. U mnie była Pani...zapomniałam nazwiska w tej chwili, która się tym szpanowaniem zajmowała, prało się, krochmaliło i do niej nosiło. Opierała to o wrota od stodoły i suszyła.

      A ja się biedzę nad tym haftem wstążeczkowym, trochę było przestoju i abarot od nowa, wszystko se muszę przypomnieć:))

      Usuń
    2. Co to kurcze to szpangowanie (zz,zz) No, ten zapach mydlin i platkow to caly dzien trzymal...

      Usuń
    3. To takie rusztowanie z deseczek, duże, jak firanka, z wbitymi gęsto na obrzeżach gwoździkami. Firanki były robione na drutach, bawełniane, trzeba je było wykrochmalić i dokładnie na tym stelażu rozpiąć do wyschnięcia. Potem się je wieszało na okna. Dlatego firanki były prane 2 no 3 razy w roku i to góra.

      Usuń
    4. O, fajne!!! Straszna robota, nic dziwnego ze sie tak rzadko pralo.

      Usuń
  10. Ja do dzisiaj tak rzadko piorę, chociaż one nie takie znów bawełniane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja mam takie małe zazdrostki to rach ciach i wyprane, długie wywaliłam już dawno....

      Usuń
  11. Wymiękam dzisiaj, dzień nie należał do kapitalnych. Trza iść spać, bo ten łeb jutro... A huta czeka...Pa Dziewczyny!

    OdpowiedzUsuń
  12. Och, też bym się w takiej balii chętnie wykapała :-)))
    Kiedy te lato przyjdzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy bociek, już przyleciał, jest nadzieja:)
      Data dodania: 2013.02.05
      W bydgoskim Łęgnowie pojawił się pierwszy bocian. Maciuś, bo tak ma na imię, wrócił do swojego gniazda przy drodze wojewódzkiej nr 394.

      Usuń
  13. A ja się kapałam, a prysznic i inne cuda tego typu miałam przez 3 miesiące tylko w stodole, albo za nią, ale budziłam za duże zainteresowanie, więc w stodole było bezpieczniej;) A teraz zawsze latem stoi przed domem basenik Księżniczki i jej przeróżne "glinianki";) Bo to wszystko wodołazy u nas w chacie są;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma , jak to w upalny dzień wleźć do takiej letniej wody na świeżym powietrzu, albo polatać po trawie boso, kiedy pada jeszcze deszcz tuż po burzy.......

      Usuń
  14. No ja też tęsknię może nie za brakiem wody, bo też to przeżyliśmy i to mieszkając w naszej chatce, ale za zieloną łączką i za smrodkiem grilla itp. itd. a balia przecudna ja mam podobny pojemnik kiedyś chyba służył do robienia jedzenia prosiakom i nie mogę swojemu małzowi udowodnić, że jest piękny. Muszę nad nim popracować a co to jest glapa? No i podoba mi się zwrot małż jako wodociąg. Super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hana już powiedziała, glapa to wrona po naszemu, tak też mówiono pogardliwie, na niemieckiego orła trzymającego wieniec ze swastyką...
      Mój sam odszorował balię, bo służyła do przetrzymywania zboża.

      Usuń
  15. Balie są mi dobrze znane, ale jakież piękne zdjęcie na końcu... Ach.

    OdpowiedzUsuń
  16. Kiedyś się Wieśniakowi powodziło
    przychodzili odwiedzać częściej
    a teraz od wizyt
    znaleźli obejście;)))

    OdpowiedzUsuń
  17. Bo se internet na Mazury przywożą i czasu nie mają:)

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że zostawiasz słówko:) A im więcej słówek tym milej:)