Tak mnie głowa boli, że nie będzie dziś wielu zdań podrzędnie złożonych w moim poście, ani też żadnej specjalnej fabuły.
Pamiętacie bęc i tysięczny komentarz? Ponieważ nie zrobiłam jeszcze żadnej rozdawajki typu candy, pomyślałam, że dla osoby, która wpisze 1000 komentarz zrobię taką malutką niespodziankę.
Tą osobą okazała się być Krystynka z blogu
Klub Kota Jasna 8 i do niej to poleci zawieszka na drzwi z kotem. Krysia jest miłośniczką kotków, dlatego też na zawieszce znalazł się odpowiedni do upodobań motyw.
Żeby nie było smutno tym, co się w ten tysiączek nie wstrzelili, czym prędzej ogłosiłam, że 1300 komentarz też zawieszką obdaruję. Bo wiecie, ja bardzo lubię rozdawać te moje pierdółki. Nie trwało to długo i już mamy właścicielkę kolejnej zawieszki, którą jest, tadam, tadam, Wańka- wstańka, czyli Hana. Hanuś, jako miłośniczka pierzastych dostanie zawieszkę na drzwi z kogutkami. Nie dam linka do bloga Hany, bo go nie ma, ale już ją trochę molestuję, żeby go założyła. Coś mi się wydaję, że nie jeden wieczór byśmy na Hanowym blogu posiedziałby i boki pozrywały.
Jak się tak rozpędziłam to machnęłam jeszcze dwie zawieszki na klamki i dwie zakładki do książki.
Zakładka typu "kot"
Zawieszka w niebieskościach
Zawieszka w fioletach z dziewczynką- aniołkiem
Zakładka z dziewczynką -aniołkiem.
Jak widać wszystkie w oprawie właśnie kwitnących białych hiacyntów. I tu informacja dla Rogatej Owieczki, one nie pachną, no może minimalnie. Chińskie jakieś czy, co?
Fajne jest takie rozdawanie, to chyba już stanie się takim zwyczajem, że co któryś tam komentarz taką małą pierdółkę podaruję wpisującemu.
Sama też zostałam obdarowana, zobaczcie tylko, na blogu u
Anki Wrocławianki w konkursie wygrałam takie oto cudeńka.
Książkę, kubeczki (śliczne), herbatkę i czekoladowe gwiazdki, na które od razu rzucił się mój słodkolubny ślubny.
Bardzo Ci Aniu dziękuję. Książkę już podczytuję, bo pasjami lubię ciekawe biografie, a ta jest wzbogacona jeszcze całą masą starych fotografii, które również uwielbiam i zbieram. Jak ktoś nie wierzy może zerknąć
tu, na mojego drugiego bloga.
W ramach przegonienia bólu głowy, z którym się dziś obudziłam, poszłam na spacer z psem. Ból jednak nie przeszedł, a spacer był krótki, bo w moim spacerowym parku zrobiło się kilkanaście basenów, między, którymi spacerować można tylko chodnikami.
Biedy Mopcio nawet nogi nie mógł podnieść na żadne drzewko, bo wszystkie stoją w wodzie. W błoto nie pozwolę przecież wejść, wszak wczoraj było pranie psa:))
Jak widać tylko kaczki z takiego obrotu rzeczy są zadowolone i w najlepsze, mając w kuprze zjadliwy ziąb, pływają w te i wewte po dowolnie wybranym basenie.
Licząc, że głowa przestanie boleć pod wpływem jakichś przyjemnych doznań wyciągnęłam Wu na giełdę staroci, jedyna szansa, bo ona tylko w weekendy czynna. Moim zamiarem było kupić widelec, taki ładny, misterny, bo mam pewien plan, co z nim zrobić. Zamiast zakupu jednego zakupiłam 6 sztuk plus tyleż samo łyżek za marne 35 zł, a sztućce całkiem porządne, nie żadne tam Made in China. To była faktycznie okazja, bo wszędzie indziej za jeden chcieli najtaniej 5 zł. Trzeba je tylko ładnie oczyścić.
Ponieważ to, co chcę zrobić wymaga jednego widelca połaziłam jeszcze trochę i kupiłam jeszcze trzy sztuki, każdy z innej parafii, plus łyżeczkę.
Chętnie zawiesiłabym jeszcze oko na innych starociach, ale ślubny był skostniał i szczękając zębami błagał o litość i powrót do domu. Mając na uwadze niedawne nasze przeziębienia i upierdliwy bronchit, który do dziś się ciągnie,ustąpiłam z placu poszukiwań i wróciliśmy do domu.
Łeb boli jak bolał. Na nic spacerki, na nic przyjemne doznania, trzeba było od razu łyknąć procha.
P.S.
To bolenie głowy to tak tylko mnie, czy u Was też podobne objawy w związku z pogodą?