niedziela, 17 lutego 2013

Pierwszy dzień wakacji

Pierwszy dzień zeszłorocznych wakacji Mazury powitały nas zgniłą pogodą. No ładnie, pomyślałam sobie, ale się zaczynają wakacje. Stałam tak na tarasie i patrzyłam na kapiący kapuśniak, wyglądając jakiejś niebieskiej dziury w niebie. Nagle na horyzoncie pojawił się Lemur i machając radośnie łapkami na przywitanie oświadczył, że jedziemy na festyn. Na festyn? Popatrzyliśmy na niego, jak na wariata. Przecież pada!!! Ale zanim dojedziemy przestanie, odparł Lemur i zarządził zbiórkę. Uzbrojeni w parasole i kwaśne miny pojechaliśmy slalomem za całą ferajną drogą przez las, całych 11 kilometrów, unikając urwania zawieszania na dziurach wielkości stołu.
Okazało się, że Lemur, znawcą pogody jest, bo nim dojechaliśmy, ciurkanie z nieba zanikło i nieśmiało rozbłysło słoneczko.
Festyn, jak festyn. Scena, na scenie wierszyki, piosenki, monologi. Ludziska siedzą, jedzą, piją piwko,krążą to tu, to tam. Poszłam i ja do budki z żarełkiem i zaordynowałam sobie pajdę chleba ze smalcem i ogórkiem małosolnym. Uzbrojona w ogórka małosolnego w jednym ręku, w pajdę chleba w drugim, zobaczyłam, jak nad łączkę nadlatuje paralotnia. Naród rzucił się do oglądania tego fruwającego cuda. Podeszliśmy i my popatrzeć. Okazało się, że na przejażdżkę tym podniebnym rydwanem nabrał ochoty ksiądz proboszcz. Wgapieni w znikającego na nieboskłonie księdza,  usłyszeliśmy radosną muzykę dobiegającą z "parkietu". O, o!! Skończyła się część artystyczna, będą tańce!!! O, nawet już pierwszy tancerz, solo na parkiecie jest.
Tancerz był boski. W rytmy wczuwał się całym ciałem, przeżywał poszczególne takty i czasem zastygał w oczekiwaniu na szczególny akord. Dla podkreślenia tej oniemiającej choreografii tancerz zzuł obuwie i całość odtańczył w samych skarpetkach. Białych oczywiście. 



No, pomyślałam sobie, tak rozpoczęty wieczór musi się udać:))

sobota, 16 lutego 2013

Zakwitły magnolie


Ponoć magnolie są jednymi z najstarszych roślin na ziemi. Krzewy i drzewa magnolii rosły już ponad 100 mln. lat temu.
Istnieje wiele odmian magnolii i urodą ich kwiatów można się cieszyć już  na początku kwietnia. Kwiaty magnoliowe pojawiają się na bezlistnych gałęziach i wyglądają podobnie jak tulipany. Mają subtelne, pastelowe kolory, które pięknie okrywają nagie gałązki.
Pamiętam z jakim zachwytem patrzyłam na obsypane kwiatami drzewko magnoliowe, kiedy ujrzałam je pierwszy raz w dzieciństwie. Wydawało mi niezwykle egzotyczne i tajemnicze. Rosło w ogrodzie starej kamienicy, zdobnej w wykusze, wieżyczki i balkoniki. Roiłam sobie, że mieszkam w takim domu i spaceruję w ogrodzie w falbaniastej sukience pełnej koronek i kokardek. O dziecka miałam inklinacje do "dawnych czasów". Księżniczki, królewny i zarośnięte pnączami ogrody zajmowały moje myśli przed zaśnięciem.
Do widoku kwitnących drzewek magnoliowych jeszcze przyjdzie nam troszkę poczekać, niestety, zima nie daje za wygraną i co rusz dokłada nową warstwę białego puchu.
Czekając na wiosnę dłubię sobie przy warsztacie i wydłubałam w ciągu kilku ostatnich wieczorów magnoliowy zestawik.
Na zestaw składa się taca, skrzynka i koszyczek. Zastosowałam tu moją ulubioną technikę bejcowania, bo szkoda pokrywać szczelnie farbą słoje widoczne na drewnie. Bejcę mieszam sama z różnych kolorów, aż wyjdzie taki kolor, jaki mi odpowiada. Bejca ma jeszcze jedną zaletę nie schnie godzinami, więc zdecydowanie szybciej można przejść do najfajniejszego momentu pracy, czyli klejenia serwetki i wykańczania.

Zaczęło się od tacy:







Zadowolona z efektów maznęłam jeszcze skrzynkę.




Potem mój wzrok padł na koszyczek, który również niezwłocznie, idąc
za ciosem pobejcowałam i okleiłam serwetką.


Do bejcowanego drewna, moim zdaniem, doskonale pasują spękania, więc połączyłam obie techniki we wszystkich pracach. Szczególnie, że nabyłam ostatnio cały litr lakieru do spękań i mogę sobie "nie żałować". Starczy jeszcze na kilka prac. Jeden solidny wydatek, ale nie biegam, co chwila po maleńki słoiczek.
Na koniec wyrychtowałam jeszcze ozdobny serduszko-klucz, którym może mi się uda otworzyć drzwi wiośnie?


Na wszelki wypadek pozaklinam troszkę rymami częstochowskimi wiosnę, może da się przekonać?


Wiosno, wiosno proszę przyjdź
bo już nie da się tak żyć
w tej ciemnicy i tym zimnie
i tak czekać nadaremnie

Jak już przyjdziesz obiecuję,
schudnę i Ci zatańcuję
piękny taniec, wywijaniec
niczym szarak, znaczy zajec w oziminie
tak na do widzenia zimie.

 (Rozgrzana płodzeniem wierszyków u Kretowatej, na pohybel zimie)

wtorek, 12 lutego 2013

Dochodzę w 5 minut

Zdarza się Wam czasami trafiać na różne dziwne ogłoszenia tudzież inne wywieszki? Mnie rozbawiła do łez poniższa. Oczywiście, jak każda normalna (?) i zdrowa baba skojarzenia miałam, wiadomo, jakie. Trochę mi się żal osobnika zrobiło, bo tak 5 minut i po ptokach, ale myślę sobie, może młode jakieś, wyrywne  to i nie dziwota.
W każdym razie bonus wielki autorowi za poczucie humoru. Nie miałam odwagi zadzwonić, coby przylazł, bo nie wiem, jak by to się dalej potoczyło.
Żeby nie było, sklep już nie istnieje, więc proszę nie dzwonić:)))


P.S. Przed chwilą do drzwi zadzwonił "kuminiorz" z życzeniami i kalendarzem na szczęście. "Staropolskim" zwyczajem wcisnęłam mu w rękę drobniaki, bo jak tu takiego odprawić z kwitkiem. W pierwszej chwili chciałam lecieć po jajka, bo, jak na wsi "kuminiorz" z kalendarzem chodził to dostawał jajka, kiełbasy czy innych wiktuałów, ale sobie pomyślałam, jak on z tymi jajami po piętrach będzie drygał. Dałam więc drobniaki, żeby interes ze szczęściem przybić.

Halo Miczka, słyszałaś??? Był "kuminiorz", nigdy nie przychodził, a patrz dziś przylozł. To taka dobra wróżba, będzie wszystko ok:)))). 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Haft wstążeczkowy - bratki i Miłosz na dobranoc.

Niektórzy hodują o tej porze roku bratki na balkonie, ale to w Irlandii, wiadomo, że to zielona kraina. W tych okolicznościach przyrody, które mamy my o tej porze roku,  można, co najwyżej bratki sobie wyhaftować, co też z niemałym trudem uczyniłam. Bratki haftowane wstążeczkami, dalekie od ideału, jakoś mi wyszły, ale muszę powiedzieć, że nerwy to przy nich mi, co rusz szwankowały. Toż to maleńkie, śliskie, używasz czasami dwóch igieł na raz. Potrzebne dziecięce paluszki i na dodatek najlepiej gumowe. Ale, jak się baba uprze to zrobi. Baba zrobiła i wyszło to tak:



Podobne do bratków?
Któregoś dnia zasiądę do mojej singerki i uszyję "coś", pewnie woreczek, albo serducho.  W planie kolejne hafty, róża i naparstnica, a potem pierwiosnki, albo na odwrót.
Na warsztacie dekupażowym teraz u mnie "większe zwierzęta", taca, skrzynka, skrzynka na klucze i parę pierdotków mniejszych wymiarów. Wszystko w podobnej tonacji z motywami magnoliowymi, bo przecież magnolie jeszcze chwila, a zaczną kwitnąć. Za kilka dni będzie prezentacja.
Witam nowych obserwatorów i bardzo mi z tego powodu miło. Bąkam też coś nieśmiało o liczniku, który bije i niedługo wybije magiczną liczbę, a jak wybije to jakiś dekupkowy maluszek poleci do nowej właścicielki.

A tu ciekawostka, znacie ten wiersz Miłosza?

( zaczerpnięte z netu)


Buziaki wieczorne i ranne, bo rano to ja wiecie, muszę do Huty, do Huty.........

niedziela, 10 lutego 2013

Odtykanie Mnemo i Madzi

Mnemo się czasem zatyka. Madzia też. Tak o rożnych porach roku się obie zatykają. O ile Madzi wystarczy, że się jej depnie po gazie i przewiezie parę kilometrów to z Mnemo jest gorzej. Mnemo prycha, kicha, trze nos i wpuszcza krople do oczu, pije też wapno i łyka coś na alergię. Mnemo zamiast sobie zrobić testy na alergię to sama dedukuje od lat, na co jest uczulona. Bo na publiczną opiekę zdrowotną uczulona jest z całą pewnością. Na zwierzaki nie, wytestowane, na kurz nie, sprawdzone, na jedzenie też nie, ale podejrzane są grzyby, pleśnie i jakieś pyłki. No jakie to mogą być pyłki w lutym?? Leszczyna i wierzba? Pleśnie i grzyby z całą pewnością, bo jak Mnemo zwiedzała swego czasu jaskinie w Czechach to się mało nie udusiła. Stare chałupy, które Mnemo uwielbia  też powodują wyżej wymienione objawy. Generalnie wilgoci Mnemo nie lubi oj nie lubi. W ramach odczulania Mnemo i przetykania filtra cząsteczek stałych Madzi, w niedzielny ranek Wu zabrał obie na przejażdżkę. Do Czerwińska nad Wisłą. Pogoda średnia na zwiedzanie, ale łyk świeżego powietrza jest o tej porze roku jak najbardziej wskazany.

O historii Czerwińska nie będę się rozpisywać, wszystko jest dokładnie opisane w Wikipedii. Sam klasztor już kiedyś zwiedzałam i to przy udziale sympatycznego ojczulka, który bardzo chętnie opowiadał o historii tego miejsca i misjach, na które tutejsi ojczulkowie wyjeżdżają. Nie mam z tego wyjazdu zdjęć, bo to dawne czasy. Dziś nie zaglądaliśmy do środka, bo trwała msza. Za to spacerowaliśmy wokół i po ślicznej, acz chylącej się ku ruinie, najstarszej części mieściny.


 Widok z tarasu przyklasztornego, za drzewami płynie Wisła.



 Stary krzyż i drzwi na dziedzińcu.



Prawdopodobnie urządzenie służce do przepraw na Wiśle.



Widok ogólny klasztoru.

 Stara cześć miasteczka, sporo chałup w totalnej ruinie.  Ta część tchnie dawnymi czasami. Kojarzy mi się z klimatami jak u Bruno Schulza.







A to zwały lodu tuż przy Wiśle.

Szczerze powiedziawszy klimaty zupełnie nie wiosenne. Spacer mimo szczerych chęci nie był zbyt długi, a zakończony w miejscowym sklepiku i pożarciem drożdżowej buły z czekoladą, ku wzmocnieniu, oczywiście. Drogę powrotną Mnemo spędziła w błogostanie ciepełka samochodowego, śniąc o słoneczku i nie wiedzieć czemu chodzeniu w klapkach po ciepłym bruku:))