sobota, 19 października 2013

Doszłam do pewnego wniosku...

Wróciłam nieco zdechła, dlatego karnie utrzymuję dziś ciało w pozycji horyzontalnej.
Trafiła mi się współlokatorka, zainfekowana jakimś paskudztwem, które to paskudztwo powodowało u niej nagłe ataki prychania, kichania i smarkania. W pokoju unosiła się woń kamfory i innych mikstur na zarazę. Oprócz kilkunastu godzin posiadówki dziennie, zainfekowanej współlokatorki i bardzo dobrego jedzenia innych rzeczy nie pamiętam, bo wracając do pokoju waliłam się, jak kłoda do wyrka. Zdjęcia cyknęłam ze trzy, ale nawet nie chce mi się zgrywać ich z aparatu.


Sumienie mnie też nie gryzie, że przez dwa dni objadałam się jak foka żarełkiem podstawionym pod nos, bo oto na fejsie trafiłam na taką oto wrzutkę i nagle odkryłam, że to jest właśnie to !!! Mam już wytłumaczenie!!!
Krasnoludki w szafie, szufladach i komodzie -przebaczam Wam!!!!!


Zdjęcie: Padłam! :D:D








środa, 16 października 2013

Taka mała prośba..............


Gdzieś na fejsbuku natrafiłam na takie ogłoszenie, które ludzie wzajemnie sobie udostępniają. Wiedząc, że chętnie włączacie się w różne akcje wspomagające pomyślałam, że pokażę Wam tą prośbę -marzenie małej, chorej dziewczynki. To tylko kartka, a niektóre z Was robią piękne kartki, a jak nie robią to ładnych kartek jest mrowie w każdym kiosku i na poczcie.

Prośbę zawieszam do poczytania.


Zdjęcie: Zrób dobry uczynek, bo może więcej nie będzie okazji! Będzie Ci to policzone!
Przekaż dalej!
Znalazłem to dziś na witrynie sklepowej na rogu Grudziądzkiej i Krzywoustego.

Ja tymczasem udaję się w podróż. Dla odmiany nie będą to Mazury, choć też nad wodę u zbiegu dwóch rzek. Tym razem nie jest to wyjazd rekreacyjny, ale służbowo, patataj, patataj.
Torba już spakowana, ruszam raniutko. Tak więc do miłego:))


poniedziałek, 14 października 2013

Kto mnie odwiedza w środku nocy?

Godzina piąta rano. Noc z niedzieli na poniedziłak. Śpię wyjątkowo twardo, bo w końcu udało mi się zasnąć ( tak to jest, jak człowiek sobie w niedzielę utnie drzemkę po południu). Nagle ktoś uporczywie zaczyna dzwonić do drzwi, jak na alarm. Mało się nie zabiłam w tym ćmoku, wstając z łóżka. Nie wiedziałam, sen, czy dzwonek dzwoni faktycznie. Lecę do tych drzwi nie bardzo jeszcze rozbudzona i pytam kto tam? Może zalewam sąsiadów ( już tak kiedyś było), albo pożar w bloku, albo inne nieszczęście? Zza drzwi odzywa się kobiecy głos "sąsiadka proszę otworzyć". Jaka sąsiadka, co się stało dopytuję i zerkam przez wizjer ( nie znam tej kobiety). Z dołu sąsiadka, odpowiada mi głos i dodaje, niech pani otworzy, mam coś ważnego do powiedzenia. Otwieram te drzwi ( jaka jestem nieostrożna, to mógł być napad, albo cholera wie, co, ale przecież spałam jeszcze) a tu kobieta około trzydziestki odzywa się do mnie w takie słowa. Przyszłam panią ostrzec, bo mnie nagrywają i panią też. Jak to mnie nagrywają, pytam. No normalnie, odpowiada, mają kamerę taką na wysięgniku i tą kamerą przez okna nagrywają. Podnoszą wysoko tą kamerę i nagrywają. Niech pani to sprawdzi, bo mnie nagrywają i panią też, powtarza uporczywie. Zaczynam powoli przytomnieć i dociera do mnie, że kobieta gada od rzeczy. Dobrze odpowiadam, sprawdzę i dziękuję za ostrzeżenie. Kobieta jeszcze mi raz radzi sprawdzić, a potem pyta, która godzina. Nie wiem mówię, ale chyba trzecia, bo ciemno całkiem. A ona mi na to, nie proszę pani jest 8:30. Nie no dalej brnę, jaka 8;30 byłabym już w pracy, jest zdecydowanie wcześniej, bo  ciemno. Zamykam drzwi i włażę do łóżka. Zastanawiam się, co to kurna było? Wu mówi daj spokój przecież od razu widać, że chora kobieta.
 Rano pytam dozorczynię, czy jest ktoś taki znany w bloku i okazuje się, że owszem, tak, nowa lokatorka, wynajęła mieszkanie i tak właśnie dobrodusznie w środku nocy informuje sąsiadów o spisku i nagrywanie zza okna kamerą na wysięgniku. Ufffff, co to się z ludźmi dzieje...............................................................

A za oknami noc ciemna, na zegarku równo piąta. Mogę jeszcze pospać.........................



niedziela, 13 października 2013

Koniec! Postanowienie - w przyszłym roku tyrać nie będę.


Ubrałam gumiaki, rekawice i ciepły polar. Potoczyłam wzrokiem po tym moim letnim obejściu, teraz smutnym, zwiotczałym, oklapniętym i zwaliłam się cieżko na schodki chałupki. Po jaką cholerę sadziłam te wszyskie kwiatki w donicach, doniczkach, skrzynkach i pojemnikach? Trzeba je wszystkie opróżnić, bo przez zimę szlag wszystkie trafi, a tych glinianych i ceramicznych byłoby szkoda. Po cholerę sadziłam jakieś dalie, teraz trzeba je wykopać, a bulwy w ogromnej donicy zawlec do sąsiadowej piwnicy, bo u mnie w chałupce zmarzną. Po czorta mi te słoneczniki, fasole ozdobne, powoje, kobea i inne nasturcje razem z nagietkami?  Teraz trzeba to wszystko wyrwać i spalić, żeby się grzyby nie roznosiły. Opatulić drzewka i korzenie wrażliwszych krzewów. Po jakiego dzwona przez całą wiosnę i lato latam, podlewam, pielę, zasilam i przycinam? Po to, żeby jesienią w ciągu kilku godzin to całe dziadostwo musieć sprzątnąć?
Wrrrr, w przyszłym roku koniec!! Splantuję ogródek, posieję trawę. Żadnych doniczek!!  Z wiosną wystawię leżaczek, powieszę hamak i zacznę w końcu odpoczywać zamiast zapylać całe łikendy i wakacje.
Co Wy na to?
Wu tylko kiwał głową na te moje drugoroczne plany i chciał się ze mną zakładać, o to, że jak tylko poczuję wiosny zew znowu zacznę do Madzi ładować wory z ziemią, sadzonkami i innymi ogrodniczymi duperelami.
Nie założyłam się tylko dalej zgrzytałam zębami, dygając doniczki i zeschnięte łodygi, mrucząc pod nosm epitety o własnej głupocie i pseudo zacięciom ogrodniczym.
Postanowienie z wczoraj cały czas we mnie siedzi, tak samo, jak łupanie w  krzyżu. Wszak dzierlatką już nie jestem, a doniczki ciężkie. Nic to, że te największe Wu przetarabanił do kibelka, gdzie spędzą zimą. Jego też łupie w krzyżu:))
Po takiej dawce dygania i tarbanienia ciężarów, grabienia miliarów igieł, obcinania flaczastych  liści, okrywania korzeni hortensjom i klematisom, zwijania węży ogrodowych, przedłużaczy, chowania ławek, stołów, stolików, krzeseł, taborecików, kratek grilowych, zaczętych ludów i innego ogrodowego ustrojstwa nawet mi się na spacer iść nie chciało.
Tak tylko się pokręciłam w najbliższej okolicy i na zumie sfotografowałałm tą naszą mazurską jesień. A dzień do fotografii nie był dobry, szary, bury, światła tyle, co kot napłakał.













 Pies miał cały dzień minę nieszczęśliwą popiskiwał i stąpał po mokrej trawie, jak baletnica na opuszkach łapek, z ogonem spuszczonym i miną mówiącą, "zabierzcie mnie już do domku, do ciepełka"!!!



I na koniec piosenka. Pamiętacie ją?




sobota, 12 października 2013

Muzy

O jesiennych Mazurach napiszę "zaś potem", jak to się u nas mawiało. Byłam, wykopałam, co trzeba i zamknęłam też co trzeba. I już po sezonie.
 W międzyczasie zostaliśmy poproszeni o sesję zdjęciową  dla nastoletnich "muz", jak to się ich opiekunka wyraziła. Odmówić było nie sposób szczególnie, że zapłatą za fotki było pyszne drożdżowe ciasto, jeszcze cieplutkie. "Muzy" będą prowadziły stronę internetową i potrzebne im były jakieś zdjęcia. Pogoda do fotek była marna, ale udało mi się tak dziewczyny sfocić.
Za zgodą opiekunki przedstawiam "muzy".



























Trochę się trzeba było naginastygować, bo dziewczyny nie bardzo chciały pozować. Troszkę rekwizytów troszkę gadania, rozśmieszania i jakoś poszłoooooooooo.

Mam nadzieję, że będą zadowolone.

A Mazury w odsłonie bardzo jesiennej będą następnym razem.

Cmok, cmok.