niedziela, 24 listopada 2013

Jak Mnemo po Arkadii wędrowała....

W Arkadii nie ma żadnego zamku, pałacu, ani nawet dworu. Pałac jest niedaleko, w Nieborowie. Jakoś tak  w roku 1777 miejscowość została zakupiona przez Radziwiłłów. Księżna Helena Radziwiłłówna miała taką fantazję, aby założyć w tym miejscu park romantyczny, modny w tym czasie. Barokowe założenia parkowe już się wszystkim przejadły. Miało to być miejsce spokojne, samotne i romantyczne z budowlami od razu troszkę w ruinie.  Jako, że kobieta była majętna i stać ją było na wprowadzenie w czyn swoich fantazji, ( szkoda, że ja tak nie mogę) zatrudniła znanych architektów i budowa ruszyła z kopyta. Miejsce to nazwano Arkadia, czyli kraina szczęśliwości. Helena poświeciła mu niemal całe życie. Park romantyczny w Arkadii należy do najlepiej zachowanych zespołów w Polsce. Prawda, na jednym z obiektów błyszczały nowiuśkie, miedziane rynny i w całym parku nie było widać śladów zapuszczenia i dewastacji.


Zwiedzenie go w listopadowy, niedzielny ranek, ponury, mglisty i mroczny okazało się bardzo dobrym pomysłem. Owinięta w przepastną opończę, chroniącą przed listopadowym zimnem, Mnemo wędrowała alejkami, wdychając zapach mokrej ziemi, rozglądając się za wiewiórami, dla których niosła w torbie orzechy, a złośliwy Wu podśpiewywał pod nosem " Co tam widać w perspektywie, kupa łachów i się rusza.........",że niby ja w tej opończy, jak ta kupa łachów wyglądam.





 Ale w parku  nie było żywej duszy, nikt i nic nie zakłócało kadrów i spacerów po alejkach zasłanych gnijącymi liśćmi. Jako kobieta przewidująca i zapobiegliwa nie pozwoliłam zabrać z domu   roweru i patefonu, które już Wu chciał pakować do bagażnika. Jak się okazało, dobrze zrobiłam,   bo z takimi akcesoriami wstęp do parku jest zabroniony:))) Skruszony Wu przestał w końcu nucić pod nosem " Coś tam widać w perspektywie...."


Jak już wspomniałam park był pusty, żadnego stróża, biletów, zwiedzających. No cud normalnie, gdyby tak można było piramidy i Sfinksa w Egipcie zwiedzać lecę choćby zaraz. Nawet wiewiórek nie było i orzechy nazad wróciły do domu. Były za to bobry, to znaczy bobra żywego nie widziałam, ale za to całkiem świeże ślady bobrowej działalności.


 Sztuczne ruiny nabrały w tej listopadowej scenerii dodatkowej posępności i mroczności. Najbardziej podobał mi się domek gotycki i łuk grecki, a zaraz dalej akwedukt na rzeczce Łupia.

I mur z Hermami.....


Był też sfinks, parę grobowców tu i ówdzie ustawionych, ale pustych na szczęście.
Podejrzewam,że oblicze sfinks zapożyczył od kogoś, czyżby to była Helena?


Oszczędzę Wam szczegółów i opisów poszczególnych budowli, kto, kiedy, jak itd. Jest mnóstwo stron internetowych, gdzie wszystko jest skrupulatnie opisane. Arkadia znajduje się rzut beretem od Łowicza, autostradą dojechaliśmy migusiem. Powrót był dłuższy bo Mnemo wybrała kręte drogi " po zadupiach" licząc na obejrzenie jakichś wiejskich chałup, kapliczek i takich oto klimatów.

Uwaga!! raz usłyszane nie chce się odczepić  i łazisz tak po domu i wyjesz "

"My, Słowianki, wiemy, jak użyć mowy ciała,
Wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała.
To jest ta Słowiańska krew, to jest ta uroda i wdzięk! "



 Ale żniw fotograficznych nie było. Ot teren płaski, sady, pola, wsie typowe. Żadnych łowiczanek, żadnego folkloru.
W kadrze został więc tylko jeden domek z Arkadii i jedna kapliczka przydrożna.



A teraz może se ten śnieg padać, co to go zapowiadają na dzisiejszą noc. Plan wycieczek na listopad został zrealizowany.

Dzika Kura w pastelowym kurniku

Moje zdjęcie




Nękałyśmy, molestowałyśmy, nagabywałyśmy, prosiłyśmy, jęczałyśmy, aż w końcu Hana .......ZAŁOŻYŁA BLOGA!!!! Do spółki z Miką!!!!

Inaugurację przespałam, wyobrażacie to sobie? Przespałam!!!! Bo dużo w ten łykend spałam, troszkę też jeździłam i zwiedzałam o czym niebawem!!!




czwartek, 21 listopada 2013

Ach ta Ystin.......

O mojej kolekcji kropielniczek już tutaj trąbiłam i na drugim blogu też. Tam nawet dokładnie opisałam skąd się pomysł ich kolekcjonowania wziął. Oprócz tych  " nówek nieśmiganych", co to można w sklepie z dewocjonaliami nabyć, ale, które aż tak mnie nie kręcą, kropielniczki - staruszki dość trudno zdobyć.
Trzeba wyniuchać jakąś na targu staroci albo wypatrzeć u kogoś leżącą w poniewierce i potem ją wyskamleć. Bo do aukcji internetowych się zraziłam. Znawcą żadnym nie jestem, nie potrafię ocenić, czy kropielniczka jest faktycznie stara czy nie, a z reguły wystawiający wypisuje cuda -wianki, jaki to jest rarytas i antyk. Krzycząc przy tym taką cenę, że się już tej kropielniczki odechciewa.
Toteż mój zbiór rośnie powoli, acz uparcie i każdego roku po sztuk kilka do niego przybywa. Głównym dostawcą jest moja siostra, która ma częstsze okazje do pchlich targów niż ja i na dodatek talent do kupowania fajnych rzeczy za grosze. Na szczęście nie zaraziła się tym bakcylem i sama nie zamierza ich zbierać, tak, jak to było w przypadku starych, porcelanowych lalek. Najpierw te lalki wyszukiwała dla mnie, teraz sama zbiera, co w sposób dość oczywisty wpłynęło na powiększanie się mojej kolekcji. W praktyce oznacza to, że moja kolekcja przestała się powiększać.

No ale wróćmy do kropielniczek. Kiedyś Ystin z zaprzyjaźnionego bloga ( oj znacie Justynkę, ta sutaszowa biżuteria, koronkowe abażury i inne), miłośniczkę rzeczy z drugiej ręki, które potem cudnie odnawia,  napisała do mnie, że jak widzi gdzieś kropielniczkę to zawsze o mnie myśli. Miłe nie? Ja, jak widzę na przykład Panią Kotkową , która w naszym bloku zajmuje się kotami z piwnicy to zawsze mam przed oczami na ten przykład Ankę Wrocławiankę,  Klarkę, albo Ewę z Mazur. A jak widzę jakiś drób to Hana mi, jak żywa w oczach staje. Kiedy  natykam  się na jakąś  owcę tudzież barana to zaś Pacjan jak żywy mi się objawia, na dodatek przemawiający do tych owiec w pewnym języku, który uznaje się za martwy, choć nie tak do końca....

Ystin mi się kojarzy z bielą, bielą salonu i .......lusterkami.

I wiecie, co ta Justynka zrobiła? Ano przy którejś tam okazji, kiedy jej wpadła stara kropielnica w oczy nie tylko o mnie pomyślała, ona zrobiła więcej, ona tą kropielnicę dla mnie ZDOBYŁA!!!!
Od powiadomienia mnie o tym fakcie do momentu, kiedy ją już w łapkach trzymałam minęły DWA dni!!!!
Kropielniczka ma swoje lata i widać, że była używana, na zbiorniczku widać osady z wody. Będzie pasować do innych też nadjedzonych zębem czasu, które mam w swoim zbiorze, choć i tych "nówek nieśmiganych" u mnie nie brak, to pamiątki z różnych odwiedzanych miejsc.



Za jakiś czas kropielniczki będą wyeksponowane w nowym miejscu, bo z Kaczorówki je zabrałam. Jakoś mi smutno było, że przez pół roku sezonu zimowego wiszą i nie mogę sobie na nie popatrzeć.
Oprócz tego kropielniczego rarytasu Justynka, obdarowała mnie jeszcze serduchami, które mają świąteczne motywy i gwiazdeczką. I tak to w listopadzie pojawiły się u mnie pierwsze świąteczne akcenty, a jak tak dalej pójdzie z moją weną to może się okazać, że to będą jedyne nowe świąteczne ozdoby w tym roku:)


 Bo ten wianek na którym je zawiesiłam to wyrób zeszłoroczny, ale ja w zeszłym roku płodna byłam!!!!


Justynko bardzo, bardzo  Ci serdecznie dziękuję. Zrobiłaś mi WIELKĄ  niespodziankę:))

Zobaczcie, jaki ten net fajny, gdzieś tam na świecie są takie dobre duchy, które znając Cię tylko wirtualnie, a pamiętają i myślą o Tobie. Szkoda, że cały świat tak nie funkcjonuje, o ile wtedy życie byłoby prostsze.....



poniedziałek, 18 listopada 2013

Choroby na sprzedaż, czyli weź pigułkę, łyknij procha, zażyj tabletkę, zobacz jak to działa...........


Kogo z nas nie strzyka w plecach, ma chwiejne ciśnienie, wzdęcia, trapią go gazy, podwyższony leciutko cholesterol, ma chwiejne albo obniżone nastroje? Czy to takie niezwykłe, że kobieta przed miesiączką
 czuje się rozdrażniona, opuchnięta, ma wilczy, albo zmienny apetyt? Czy od czasu do czasu normalny, zdrowy facet, nie ma, no ten, tego, problemu z nieposłusznym "Wackiem"?

Szybciutko pomyślcie,  kogo w ostatnim czasie przynajmniej jedna z tych dolegliwości nie trapiła?

Mnie przynajmniej ze trzy, ale z żadną z tych dolegliwości nie poszłam do lekarza, bo uważam, że nie jestem robotem i od czasu do czasu każdy organizm ma prawo szwankować.

Po obejrzeniu tego filmu stwierdziłam, że to chyba bardzo dobrze, że nie poszłam.........

Oczywiście nie namawiam do bagatelizowania żadnych dolegliwości, o zdrowie należy dbać, do lekarza chodzić, zażywać przepisane lekarstwa, ale chyba dobrze też wiedzieć, że "NIEKTÓRYM ŚRODOWISKOM", wręcz zależy, abyśmy te lekarstwa łykali dosłownie na wszystko, choć nie zawsze jest to potrzebne.

Film jest dość długi, trwa około 50 minut, ale warto zrobić sobie dobrej herbaty ( albo ziółek) i w spokoju film obejrzeć.

Już wiem, że przy najbliższej okazji pokażę go nestorce rodu, która to posiada pełne torby foliowe medykamentów, suplementów diety, co rusz zmienia leki choć wyniki badań takie, że niejedna 40 -latka by pozazdrościła. Po, co więc łykać te wszystkie prochy na gazy, osteoporozę, cholesterol, chwilowe kłopoty z erkcją?



Jestem ciekawa, jakie wrażenie wywrze na Was film.........., co o tym sądzicie?

Aż się prosi przytoczyć tu opowieść Hany, którą opowiedziała na blogu Kretowatej 

A ponieważ możecie się do niej nie dogrzebać w wielu, wielu komentarzach to powielam ją tutaj i mam nadzieję Hanuś, że nie będziesz mi miała tego za złe, bo opowieść jest przednia i na dodatek zabawna, a wiadomo śmiech to zdrowie.
Posłuży mi na dodatek, jako dowód na to, że na zwykłe gazy zamiast torby leków,  które to nam zalecają łykać w reklamach różne przeterminowane aktorki, czasem wystarczy zwykła nalewka na aloesie:)

Hana napisała tak:

No dobra, ryzykuję ekskomunikę.
" Kupuję pomidory w pobliskim miasteczku, u gospodyni, co to je w szklarniach hoduje. Są pyszne, tanie i przez całe lato i jesień. Teraz, wiadomo, już po ptokach, ale jakieś resztki jeszcze są. A że zimno, gospodyni swój majdan przeniosła do szklarni, przedtem handel odbywał się pod wiatą. Wchodzę ja do tej szklarni, a tam aloes jak moja stodoła! Coś pięknego, w palmiarni takiego nie mają, ten tu, w dodatku, ma pełno pąków i kwitnie rok w rok w marcu, od dwudziestu kilku lat. Na pewno pojadę tam w marcu i zrobię zdjęcie. W naturalny sposób nawiązała się rozmowa na temat leczniczych właściwości aloesu. Że nalewka, i że dobra na wszystko. Teraz odtworzę dialog, a raczej monolog gospodyni:
Znosz pani te Sznureckum, co tam miszko, na gospodarstwie (tu szeroki gest ręką w nieokreślonym kierunku)? No, to una, pani mioła takum przypałość, że pierdziała wszyndzie, na ulicy. wef dumu, w składzie i nic nie pomogało. Normalnie pani, szła i pierdziała. A w kościele! To już tak grzmociuła, że nie wim. My wiedzieli, że to łyna, to już my tak nie paczeli, ale mioła kobita, nie? Roz mówie do ni, weź Sznurecko, spróbuj ty moi nalewki, może co pumoże. Piuła dwa tygodnie, zaś du mnie dzwuni i mówi: Halina, dziękuje ci, nie pierdze!
Na odchodnym gospodyni życzliwie rzekła: jakbyś pani potrzebowała, to jo zawsze te nalewke mum.
Dziękuję, odrzekłam grzecznie, jak będę pierdzieć, to się zgłoszę."


Ten post jest rekompensatą za ostatni, o praniu, ale, jak weny nie ma to i takie pomysły przychodzą do głowy, w końcu pranie każda z nas robi:)))

sobota, 16 listopada 2013

Z weny nici

Wena nie przyszła, przytłoczyły ją sobotnie podciąganie tygodniowych zaległości.
Na pierwszy ogień poszło pranie. Prało się wszystko od samego rana, pościelowe, ręczniki, szmaty czarne, szare, białe, delikatne i wełniane. Armagedon dosłownie i tak do 22, kiedy to trzeba szybciorkiem lecieć na strych, żeby ciszy nocnej innym nie zakłócić.



W drodze na strych (trochę tam strasznie) towarzyszy państwu dzielny brytan i obrońca Mopek Nieustraszony. Za zaszczyt bycia obrońcą domaga się od pańci "uszka". Ten pies ma jakieś skrzywienie na punkcie mojego ucha. To chyba dla niego jest jakiś fetysz, bo tylko czeka żeby mi się do niego dobrać. Nie przegapi żadnej okazji, nawet podczas oczekiwania na windę.




Niestety zmagań pralniczych jutro będzie ciąg dalszy, zostały jeszcze koszule męskie, damskie portki, bluzki, i inne fatałaszki. A to, co dziś powieszone będzie jęczeć o prasowanie.
I masz tu babo łikend:(((
I było po co z tych drzew schodzić i futro porzucać???

P.S.
A dziś odbierałam z pralni chemicznej płaszcz i tuż za mną młody chłopak odbierał  bieliznę pościelową, ślicznie wypraną i wyprasowaną w kosteczkę. Ja nigdy na to nie wpadłam, żeby pościel prać w pralni.