piątek, 9 maja 2014

Pies trawożerca......


Że pies żre czasem trawę to normalne, ale, żeby się paść???? Jak krowa, długo, namiętnie z wielkim apetytem??
Mopek dopadł trawy na leśnej drodze w majowy łikend i jadał, jadł i jadł.

Może chce przejść na wegetarianizm????



czwartek, 8 maja 2014

Onufry Kaczka i kilka migawek z łikendu, który mnie doprawił....

Mam taki zwyczaj, że nadaję imiona różnym przydasiom, które sobie kupuję. Po jakimś czasie oczywiście, jakie, która lalka, czy kaczka miała imię zapominam, ale na dzień dobry wszystkie chrzczę.
Nowym nabytkiem jest Onufry lub Onufra Kaczka, która mi wpadła w ręce w drodze do apteki po przepisane przez medyka leki. Spodobała mi się to nabyłam, jako rekompensatę za oszpeconą facjatę opryszczką i ogólne niedomaganie spowodowane, jak wszyscy wokół twierdzą....majówką.
Ja tam jestem tej wersji przeciwna, bo na majówce czułam się bardzo dobrze, splantowałam ogródek, przesadziłam kwiaty, przycięłam krzaki i drzewka, posypałam nawozem, zbudowałam dwie podpory pod pnącza, zagrabiłam pierdylion tysięcy igieł, podlałam, ustawiłam murek z kamieni i.......więcej nie pamiętam, choć z pewnością jeszcze coś robiłam. Bo, jak wpadam w amok ogródkowy to od rana do wieczora z przerwą na papu, tj, zimną kaszankę w jedną łapkę, a w drugą pajdę chleba, tak mi szkoda czasu na konsumpcję, kiedy tyle taczek jeszcze czeka do wywiezienia.  W poniedziałek, oprócz wyczuwania każdej kosteczki oddzielnie czułam się dobrze, dopiero we wtorek się zaczęło. W środę przestać nie chciało to Mnemo polazła do medyka........
Koniec, końców medyk kazał siedzieć, chorować i nie dyskutować. I mierzyć ciśnienie, bo za wysokie. To siedzę.

Onufry/Onufra jest fajno-słodka i powiększyła naszą kaczą kolekcję.



A tak wyglądała nasza dalsza okolica w majowy łikend, czas mleczów, czy też słoneczów, jak mawiało moje dziecię........




To jest droga dojazdowa do naszej wsi.......


A to na wjeździe do wsi stary ewangelicki cmentarzyk......


I pierwsze chałupki we wsi.....


A tak se Mnemo w tytę dawała, przy plantowaniu ogródka, przenosiła kwiaty za altankę i ustawiał murki z kamieni......


 I czesała działkę z pierdyliona igieł......


Potem budowała rozkraki dla clematisów, marnych oj marnych, ale może coś z nich jeszcze będzie, bo w zeszłym roku dzieci wyrwały, ale coś tam z ziemi wyłazi....
Nie takie zgrabne jak u Bubisy, skąd Mnemo pomysł odgapiła, ale materiał u mnie to sosnowe gałęzie, świeżo uciapane.......




Wu z pradawnej beczki na mąkę, która ponoć pierwej do tego służyła, a potem u Mnemo za kwietnik, zrobił .....słoneczko lekko zjedzone przez korniki.....
Mnemo tak ustawiała beczkę na kamieniach, aż w końcu się rozpadła, a jej złożenie przekraczało wszelkie możliwiości, ba jak 5 klepek się ułożyło to 6 wypadła z obręczy i w końcu Mnemo się zniechęciła. Miały z deszczułek powstać ludy, ale Wu wpadł na pomysł, że beczka pozostanie nadal w całości, ale jako słoneczko na altanie. No i jest.......
Teraz Mnemo szykuje się do wieczornego napadu prychania, kichania, smarkania. Te cykle są dwa jeden wieczorem drugi rano. Nic z tego nie rozumiem. A dlaczego nie w południe???



niedziela, 4 maja 2014

O psie, który jeździł rowerem......

Tak mi się ostatnio psie tematy posypały, ale, jak nie wykorzystać takiej okazji???

Dyzię i jej opiekunów poznałam pod przychodnią lekarską. Dyzia tylko wygląda tak łagodnie, ale wystarczy wyciągnąć w jej stronę palec........
Rzuca się, jak bestia i na nic pieszczotliwe przemawianie i próba przekupstwa. Jej Pan pozwolił Dyzię sfotografować, przed głaskaniem ostrzegał:))
Pani opowiedziała mi troszkę o Dyzi.
Dyzia ma 13 lat, kiedyś w tym koszyku jeździła razem ze swoją mamą, ale teraz już została sama. Dyzia kocha bardzo swego Pana, kiedy oddalił się na chwilę, do przychodni, była bardzo zaniepokojona i wypatrywała nieustannie, kiedy wróci.


Dyzia jeździ w tym koszyczku ze swoim Panem po ruchliwych ulicach miasta. Nie jest niczym przypięta, tak się nauczyła i posłusznie siedzi w koszyku. Drugi, przytulniejszy koszyczek ( może na złą pogodę?) ma Dyzia zamontowany na rurze, bo to rower męski.





Pod przychodnią Dyzia dostała w miseczkę wody, a potem tęsknie wypatrywała Pana usadowiwszy się na jego kamizelce odblaskowej...........



 Mnie zupełnie, ale to zupełnie ignorowała........


a jej wzrok zdawał się mówić, " a dotknij mnie tylko babo......"


 Chyba powinnam Mopa nauczyć tak jeździć, bo on z biegami na długie dystanse jest kiepski, a poza tym boję się go puszczać po lesie bez smyczy. Kiedyś nawet próbowałam, ale mi wyskakiwał podczas jazdy, więc bałam się, że zrobi sobie krzywdę spadając, bądź, co bądź, sporej wysokości dla takiego kurdupla.


Może jeszcze kiedyś spotkam tych Państwa i Dyzię pod przychodnią????

P.S.
Na Majówce nie było źle, ale bywały już lepsze.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Krótka instrukcja zawijania psa w kocyk........




Mela, starsza już panienka, całe dnie spędza na spaniu w swoim wiklinowym koszyku w pobliżu cieplutkiego kaloryfera. Jej delikatne ciałko wymaga jeszcze specjalnego docieplenia, więc Mela zanim ułoży się do snu ( a śpi cały dzień i budzi się tylko na posiłki i siusiu), szczelnie okrywa się swoim różowym kocykiem.
To jest rytuał i nigdy, ale to nigdy nie położy się spać bez kocyka.

Gdyby ktoś miał problem, jak skutecznie zawinąć się w kocyk wystarczy podpatrzeć, jak robi to Mela.



P.S.Mela jest pieskiem mojej siostry, to mieszaniec jamnika z niewiadomoczym:))) Filmik nakręciłam podczas tegorocznych świąt wielkanocnych.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Tuli-państwo na rabacie


Nie mogę pochwalić się własnymi tulipanami choć cebul zasadziłam wiele nie doczekałam się żadnych kwitnących  łanów. Cebule zjadły nornice, cień sosen skutecznie uniemożliwia prawidłowy wzrost tym, które jeszcze zostały.
Dlatego cieszę oczy kwitnącymi tulipanami w pobliżu mojego domu. Co roku  na tej rabacie królują inne odmiany inne kolory. Tegoroczne to mix różowości, bieli i czerwieni. Wyglądają pięknie.

Zdjęcia najlepiej oglądać w powiększeniu wtedy widać dokładnie, jakie tuli-państwo jest piękne.

















A to ta sama rabata w poprzednich latach.



















Osoby, które mieszkają w cieplejszych rejonach kraju mogą się pokusić o nabycie krzaczka kaliny eskimo, tej ze zdjęcia poniżej.
Jest urocza, ma cudny zapach, troszkę bzu, troszkę konwalii, a może hiacynta? Ma woskowane  kwiaty zebrane w kule. Kwitnie w tym samym czasie, co tulipany.

Ze względu na srogie zimy w  Kaczorówce nie mam jej posadzonej. I tam mogłaby przetrwać, ale dobrze okryta, czego nie mogę jej zapewnić, bo Kaczorówkę zamykam w październiku, a to za wcześnie na mocne okrywanie krzaków.

Pod moim blokiem za to rośnie bez żadnego okrycia i ma się świetnie. Właśnie teraz kwitnie.




A za chwilę będziemy pławić się w  rozkosznych bzowych i konwaliowych zapachach.
Maj to piękny miesiąc, ale jak według przesądów nie jest to dobry miesiąc na ślub.  Śluby zawarte w maju są nietrwałe, a nawet, że jeden z małżonków wkrótce umiera, a więc drugiemu wróżą wdowieństwo, "W maju ślub , szybki grób".

Ślubnych przesądów jest więcej. Oto garść z nich znalezionych w necie TU:


"Kto się boi przesądów, zapewne będzie się obawiał majowego ślubu. Bo jest na przykład powiedzenie, że kto prosi o rękę w maju, jest niepoważny. Być może faktycznie wiosna tak zawraca w głowie, że składa się obietnice bez pokrycia, ale od narzeczeństwa do ślubu na ogół mija parę miesięcy, jest więc i czas na zastanowienie się.

Przesądy znów powiadają, że śluby zawarte w maju są nietrwałe, a nawet, że jeden z małżonków wkrótce umiera, a więc drugiemu wróżą wdowieństwo. Dowodzi to jednak najlepiej, że przesądy są dla niemądrych, bo przy odrobinie rozsądku trudno uwierzyć, by nic nie zależało od samych małżonków, od tego, jak bardzo się kochają, ani nawet od tego, że podczas ślubu otrzymują Boże błogosławieństwo, a tylko zależeć miało od „ślepego losu”. Gdyby tak się działo, z pewnością w Szwajcarii by już zauważono, że są tam tylko wdowcy i wdowy...

Jeśli podczas błogosławieństwa i cermonii ślubnej w kościele panna młoda wstanie pierwsza z pozycji klęczącej, to ona będzie głową rodziny, a jeśli pan młody to on nią będzie.

   Kto z nas nie wierzy w zabobony? Kto nie nadłożył drogi z powodu czarnego kota? Kto czuje się swobodnie w piątek, 13 dnia miesiąca? Każdy z nas nosi w sobie niepokój i woli nie prowokować losu. Gdy jednak przesądy dotyczącą wydarzeń szczególnych, jakim niewątpliwie jest dzień zaślubin, zaczynamy się zachowywać nieracjonalnie i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet niezgodnie z wyznawaną wiarą.

  Ślub, który jest wyjątkowym wydarzeniem w życiu każdego człowieka i ma zadziwiające vademecum własnych zabobonów, których przestrzeganie ma przynieść przyszłym małżonkom szczęście, pieniądze, pomyślność i płodność. Przesądy tak silnie wrosły w obyczajowość polskich obrzędów ślubnych, że stały się nieodzownym elementem każdego wesela. O ich wypełnienie dbają nie tylko młodzi ale także rodzice, najbliższa rodzina i goście weselni.

   Co ma wspólnego miesiąc ze szczęściem? Według przesądów, ma bardzo wiele. Wybierając datę ślubu najbardziej wskazanymi miesiącami, gwarantującymi młodym szczęście i długi związek jest czerwiec i wrzesień. Jeśli z różnych powodów wybieramy inny miesiąc, to koniecznie w swojej nazwie musi mieć on literę „R”. Marzeniem każdej pary na powiedzenie sakramentalnego „TAK” są również Święta Bożego Narodzenia, Święta Wielkanocne albo okres karnawału.

   Gdy wybrana jest już data ślubu kolejnym życzeniem jest zapewnie młodym pięknej pogody w tym dniu. W tej sprawie inicjatywa należy wyłącznie do pani młodej, która musi na kilka dni przed zaślubinami wystawić swoje buty na parapet za oknem. Mały deszczyk w dniu ślubu oznacza błogosławieństwo z niebios dla państwa młodych. Natomiast burza jak i ulewny deszcz świadczy o niepowodzeniu w małżeństwie oraz o smutku i łzach panny młodej. [pullquote]Szczęście dwojga ludzi zależy od nich samych. Na ich miłość nie ma lekarstwa, a jej czystość wolna jest od zakłamania. Nie przeszkodzi jej deszcz, brak rybiej łuski w portfelu ani czarny kot przebiegający przez ulicę.[/pullquote]

   Suknia odgrywa ogromne znaczenie wśród przesądów. Nie może być przymierzana bez potrzeby przez pannę młodą, ponieważ może to doprowadzić do rożnych małżeńskich komplikacji. Jeśli panna młoda posiada młodsze siostry, to one również nie mogą przymierzać sukni. Gdy to zrobią, mogą nigdy nie stanąć na ślubnym kobiercu. Pan młody absolutnie nie może zobaczyć przyszłej żony w sukni, zanim rodzice nie pobłogosławią narzeczonych.

    Rezultatem zabobonów jest wyposażanie młodych idących do ślubu w różne drobiazgi.

   Pani młoda musi mieć: „coś białego” – symbolizującego czystość uczuć do męża, „coś niebieskiego” – gwarantującego wierność, „coś pożyczonego” – zaskarbiającego życzliwość przyszłych pożyczających, „coś starego” – dającego poczucie rodzinnego wsparcia w trudnych chwilach, „chleb i cukier” – będące symbolem dostatku i sytości, „grosik w bucie” – gwarantujący fortunę w życiu. Pan młody musi mieć tylko parę drobnych monet w kieszeni gwarantujacych dostatek w nowym życiu.

 Goście weselni nadają rytm przesądnym obyczajom. Obsypywanie młodych drobnymi monetami po wyjściu z kościoła ma symbolizować późniejszy dostatek w małżeństwie. Ryż natomiast gwarantuje płodność i zdrowe potomstwo. Chleb z solą podawany młodym w progu domu weselnego ma symbolizować dostatnie życie, a ten, kto wybierze kieliszek z wódką zamiast wody będzie głową domu. Gdy młodzi chcą mieć ze sobą dobre relacje, to ich pierwszy taniec powinien być bez potknięć. Kwintesencją wszystkich przesądów są na pewno oczepiny. Jeżeli któraś z panien złapie welon pani młodej niechybnie wyjdzie za mąż. Jeżeli kawaler złapie krawat pana młodego może śmiało planować swój ślub.

 Dlaczego wierzymy w zabobony? Dlatego, że każdy człowiek chce być w życiu szczęśliwy i mieć poczucie władzy nad własnym losem. Jednak szczęście i przyszłość małżonków zależy wyłącznie od ich bezinteresownej miłości, której zabobony nie są potrzebne."

P.S.

Pamiętam przykazania rodziny, abym przy ołtarzu to ja "okręciła" Wu za sobą, widywałam też śmieszne sytuacje na innych ślubach. Młodzi widać, pouczeni wcześniej, próbowali jednocześnie okręcać partnera i czasem dochodziło do małej szamotaniny, kto kogo.

Zbyt przesądna nie jestem,ale ślubu nie brałam w maju, ot, tak wyszło, to był miesiąc z literą R w nazwie, taki miesiąc ponoć na zamążpójście jest najlepszy:)))