poniedziałek, 21 lipca 2014

Nocne mazurskie atrakcje.....

Na początek pytanie, proszę nie patrzeć na dalszą część posta, tylko zgadywać, co to jest i gdzie to jest???





No, jak Wam idzie???

To już można czytać dalej, ciekawe, kto zgadł:)))





Wu, żeb stworzyć nową, świecką, letnią, mazurską tradycję wymyślił kino na wolnym powietrzu.......

A, co!!!!! Amerykańce mają kina samochodwe, a my kino pod sosnami:)))

I robi się to tak. Nagrywa filmy na fiutka, albo lapcia, jak, kto chce. Organizuje rzutnik, prosi się Mnemo o ekran, nie musi być plazma, wystarczy białe prześcieradło, które się wiesza na chałupce. Ustawia się krzesła, leżaki, tudzież wiesza hamak na drzewach, robi gorącą herbatkę, nalewa do kieliszków wino lub inne napoje wedle gustu, przynosi koce, albo zakłada wadera, jak Mnemo. Aaaaa  nie wiecie, co to takiego wader? To jeszcze Wam kiedyś opowiem.....
Potem się zasiada i "zaleguje" i ogląda film. Na początku jest mała awanturka, bo młodsze pokolenie chce horror, dziewczyny komedię romantyczną, ale Wu rozwiązuje konflikt i zapuszcza film, który pasuje wszystkim. "The Hunter" i nie jest to symulacyjna gra w polowanie. To australijski dramat przygodowy z rewelacyjnym Willemem Dafoe ( Antychryst, którego nie obejrzałam, bo się cały czas zbieram, jest zbyt mocny, jak dla mnie), są piękne tasmańskie pejzaże i smutna historia ostatniego.......ale nie będę Wam zdradzać. Film, nie z gatunku lekkich i przyjemnych, ale do obejrzenia i refleksji. Moim skromnym zdaniem.

Świerszcze cykają, gwiazdy świecą, sosny pachną, a my ogladamy....do samej północy:))


 Próba generalna, czy wszystko działa. Kadr z naszego prywatnego studia nagraniowego. Poznajecie Mopka??


I zaczynamy ogladanie, już jest ciemno, tylko zdjęcie z lampą.


Fajna zabawa, jak już się wszystkim ponudzą te grile, ogniska i biesiady,a kto ma taką możliwość może w ten sposób zabawić w letni czas gości, jeśli tylko będą mieć ochotę na seans filmowy pod gwiazdami.
A jeśli nie wiecie, co zrobić z większą ilością dzieci, kóre się nuuuuuuuuudzą w gościnie to też możecie im zafundować seans bajkowy. Powinny być zachwycone.

Buziaki.
Idę szorować mebel, podejście drugie:))))

niedziela, 20 lipca 2014

Mazurski Czacz.......

Jejku, jak ja zazdrościłam Hanie bliskości Czacza, on mi się nawet śnił!!! Chodziłam po nim, ogladałam te cudeńka, wąchałam ........
Warszawskie Koło odwiedzałam wielkokrotnie, ale oprócz drobiazgów np. kropielniczek, czy pojedynczych sztućców, dzbanków nie kupiłam tam nic konkretnego. Ceny zwalają z nóg, są dla warszawiaków, wiadomo, warszawiak bogaty, zapłaci. A cwaniaczki z Koła doskonale wiedzą, czy kupujący jest znawcą, czy laikiem, któremu można wciskać kit.
Na Mazurach, w gminnej miejscowości swego czasu był taki sklep, klamoty różnego autoramentu, meble katafalki, stare szmaty, trochę porcelany i ......jaja wiejskie. Ale człek, który sklep prowadził zamknął interes, ku mojej rozpaczy, bo to tam kupiłam fajne talerze, kufle do piwa nie licząc mendli jaj wiejskich. Człeka owego znalazłam ostatnio w pobliskiej wsi, gdzie po szopach trzyma jeszcze resztki owych skarbów ze zlikwidowanego sklepu. Kupiłam tam lampę, ale zakup nie był trafiony, bo podczas mycia zaczęła się zwyczajnie rozlatywać.....Szlag...pieniądze wywalone w błoto.
W tejże gminnej miejscowości, latem, przed sklepem z owadem w logo, rozstawiają się też wędrowni handlarze starociami, ale to wszystko takie, jakieś, nie z mojej bajki. Do tego te ceny. Jedyny fajny zakup to dwie kaczki, jedną już pokazałam w poprzednim poście. Za normalną cenę.
No i skąd ja mam wziąć te fajne klimatyczne mebelki i inne detale potrzebne mi do urządzenia po nowemu Kaczorówki?

Żalę się więc sąsiadce dnia pewnego, że chce mieć fajny kredensik, taki ludowawy, stół do tego, ale wszystko mi tu polikwidowali. A ona mi odpowiada, jedź do Olszyn tam jest przecież giełda staroci......
Oczęta mi zabłysły, zaraz sprawdziłam na mapie.... 21 kilometrów, toć to i rowerem można dojechać. Zabrałam, więc dzieciaki w sobotnie popołudnie i udałam się do owych Olszyn leżących na trasie Szczytno-Rozogi.
Zaraz na samym początku wsi, jest łąka, a na tej łace byle, jak poklecone wiaty, pod którymi zwalone ładzie i nieładzie różniste precjoza. Wejście na ową łąkę jest swobodne nikt tego niby nie pilnuje. Weszliśmy więc myśląc, że zaraz ktoś nadejdzie, ale nic takiego się nie stało. Wołałam, halo, halo, jest tu ktoś??? Ale nic....
Zaczęliśmy ogladać, potem jeszcze inni ludzie podjechali......dopiero za jakiś czas pojawił się człowiek i nam wszytsko objaśnił. I, że jutro tj. w niedzielę zjadą się inni jeszcze handlujący i będzie w czym wybierać.........
Trudno było wytrzymać do rana........
Zostawiliśmy w łożkach dzieciaki i psa, a sami z rana bryknęliśmy do Olszyn. Tylko ta chmura na horyzoncie trochę krzyżowała plany....
Tak pokrzyżowała, że ledwo dojechaliśmy, a lunęło.........
W każdym razie, ledwo wleźliśmy, jeden z właścicieli już wiedział, że wczoraj byliśmy i co oglądaliśmy. Drugi rozpoznał mnie, stwierdzając, że pamięta mnie z Koła. Popatrzyłam na jego towar i faktycznie przypomniało mi się, że to ten facet od starych beczek, dzież i innych naprawdę starych, wiejskich akcesoriów.Kiedyś pogadałam sobie z nim. To u niego w końcu nabyłam stół.... i umówiłam się za tydzień, będzie miał kredensiki........
Może te Olszyny nie takie wielkie, jak Czacz, ale spokojnie, każdy tu coś znajdzie dla siebie.
Aaaaaa i jeszcze poznałam sołtysa..... ma muzem, sam rzeźbi, odnawia meble i ta łąka to chyba jego.........
Słowem fajne miejsce, taki raj dla klamociar takich, jak ja.

A teraz zdjęcia, jak lecą.




 Ta skrzynia przeszła mi koło nosa,  minut wcześniej kupiła ją kobitka, cena nie była bardzo wygórowana, a skrzynia w dobrym stanie, po renowacji.


 Te kolorowe, w bardzo przystępnej cenie, ale wymagające pracy i okropnie wielkie, nie mam miejsca na taką.







 Satre singerki rdzewieją i mokną na deszczu......


 Drzwiczki od pieców, do koloru, do wyboru, niektóre naprawdę ładne......

 Powozy.......
 A to jest taka szczotka, ciężka, jak sto piorunów, chyba jakaś froterka......
 Garnki, kamionki, beczki.......



 Domek dla dzieci z kompletnym umeblowaniem........

 Stara kołyska, fajna.........


Nie mogłam wyjść bez niczego.
Rzutem na taśmę zakupiłam....
Miedziany? dzbanek, stary ........


I stół, do renowacji, ale takiego szukałam, nie za duży, dębowy, przyjechał spod Kraśnika.....


Szukałam też obrazu z nimfani dla Hany, ale nie było.........
Były stare klucze jednak trzy sztuki w cenie mojego stołu to dałam se spokój.....
Było mnóstwo klamotów ledwo trzymających się kupy, ale też wiele fajnych  drobiazgów.
Teraz muszę zabrać się za ten stół, będzie szorowanie mydłem szarym, na poczatek. A potem muszę poczytać, jak bidoka postawić na nogi:))))))
Jestem usatysfakcjonowana odkryciem tych Olszyn.....chyba będę tam zaglądać.....obym z tego powodu nie poszła z torbami, bo niestety czasem w takich miejscach opuszcza mnie zdrowy rozsądek....
Buziaki Wam przesyłam i idę szorować mebel!!!!!!

piątek, 18 lipca 2014

A to było to...............

To nie było takie trudne prawda?
W zbliżeniu wygląda, jak "niewiadomoco".....jakiś wzorek, jakieś porosty......


Prawda jest prozaiczna, to tylko ręka Wu w zbliżeniu, a na niej pył bitewny.....tfu....remontowy.
Dla zobrazowania opisów remontu z poprzedniego posta. Teraz już wiecie, jak wyglądały wszystkie graty po tym śrupaniu podłogi, właśnie tak, jak ręka Wu.



Tak do końca zgadła, co to jest Orszulka, ale wiele z Was dobrze kombinowąło, że to wióry:))

Dla wszystkich zgadujących i Orszulki, kwiatki w kaczce, którą wyszperałam na starociach. Cudna, prawda??

A teraz spadam na obiadek, kurki w śmietanie z ziemniaczkami jeść będę:)))

Buziaczki z zalanych słońcem Mazur!!!!!!

czwartek, 17 lipca 2014

Namyśliło się, że chce......

Całkiem, odwrotnie,jak mój ulubiony bohater Gwiezdnych wojen, Jar, Jar Binks, Mnemo namyśliła się, że chce!!! ( Jar, Jar Binks nie chciał).

 Chce wyszlifowanej i zaolejowanej podłogi. Takiej ślicznej, z widoczną strukturą drewna i sękami. Już obmierzła Mnemo podłoga zakryta dywaniczkami różnej maści, na które gapiła się lat kilka. Wcześniej dywaniczków nie było, więc podłoga z desek świerkowych została zadeptana przez lokatorów tudzież wpadających na chwilkę. Patrzeć się na nią już nie dało, a szorowanie na kolanach szczotką ryżową, zwaną również śrupokiem pomagało tyle, co umarłemu kadzidło. Bez prundu, co można było więcej zrobić?? Przykryć podłogę dywanikami i zapomnieć. W końcu ten prund jednak przyszedł, można włączyć maszynerie, przyśpieszyć i ułatwić sobie robotę.Wu nastrojony pozytywnie przystał na zachciewajkę Mnemo i raźnie od poniedziałku, czyli pierwszego dnia urlopu zabrał się do roboty.
Tyle, że wcześniej razem z Mnemo, w piękny słoneczny poranek, wytachał cały dorobek przed domek. Pełen entuzjazmu założył, że cyklinowanie (czytaj ścieranie desek szlifierką) zajmie mu godzinkę, drugie tyle olejowanie i koło 16:00 będzie po robocie. Napije się wtedy w cieniu sosen zimnego piwa........
O jakże się chłopina mylił..........
Szlifowanie szło opornie, bo szlifierka się grzała i trzeba było robić przerwy, żeby jej nie spalić. Pył był niesamowity, wciskał się w każdą szczelinę i wylatywał drzwiami i oknami na zewnątrz. Nawet to, co było wyniesione na taras pokryło się grubą wartstwą pyłu.
Mnemo krążyła wokół, kaszląc i kichając. Zamiatała podłogę, wynosiła kolejne wiadra trocin, podtykała Wu kanapeczki, aby nie zesłabł  i modliła się o rychły koniec tej roboty, przewidując, że nie nastąpi on szybko. Dodatkowo wyobrażała sobie ten pierdylion słoiczków, koszyczków, talerzyczków, kubeczków i innych ustrojstw, które będzie musiała potem umyć, wytrzeć i wytrzepać. O 16:00 Wu ze stękiem zakończył śrupanie podłóg twierdząc, że zaraz mu krzyż pęknie, a kolana odpadną. A do końca roboty jeszcze dalekooooooooo .....
Trzeba przecież olejować i nie wystarczy przecież raz........tu już Mnemo mogła pomóc, więc po zmieszaniu olejów i dobraniu koloru zaczęło się malowanie. Na szczęście to już szło szybko, ale zdecydowanie też szybko zaczął się kończyć olej. Wyszlifowane do białości deski chłonęły go, jak wędrowiec wodę po przebyciu pustyni. Nie było rady, Mnemo wsiadła w Madzię i ruszyła do Szczytna po nowe zapasy. Wu w tym czasie wycierał nadmiar oleju z pierwszej warstwy. Potem tych warstw trzeba było jeszcze położyć dwie, żeby efekt był zadowalający. Między jedną a drugą warstwą trzeba czekać na wchłonięcie oleju, a potem wycierać nadmiar do sucha.
I takim sposobem o 23:00 zkończył się etap olejowania. Cały bajzel wyniesiony z domku został na tarasie i przed domkiem. Przecież olej musi dobrze wyschąć!!!!!!Oczywiście w nocy była burza, więc skropiła to i owo, bo plandeki miały dziury.

Oszczędzę Wam szczegółowego opisu dnia następnego, dość, że pierdylion pierdółek zostało wytartych, wymytych i wytrzepanych i włożonych na swoje miejsce, nie licząc tego, co Mnemo uznała za zbędne i wywaliła do śmieci. Przy tej robocie Mnemo się schyliła, kucnęła i weszła po schodkach w te i nazad też pewnie kilkaset razy.

Całość, przy akompaniamencie jęczącego oficjalnie  Wu, a w skrytości przez Mnemo ( sama tego chciała) została zakończona pod wieczór, w sam raz przed kolejną burzą..........





Wieczorem Mnemo usiadła i tak rzekła do Wu, "namyśliła się, że nie chce"!!!!

Zdziwiony Wu pyta, a czego to nie chcesz kotek? 
Nie chce już szlifowania podłogi na górce!!!! Nie, nie i jeszcze raz nie!!!! 
A w poniedziałek jeszcze chciałaś.......
Ano chciałam, ale mi się odechciało, więc zostanie, tak, jak jest, czyli tak.................
Ostatecznie Mnemo zrobi przemeblowanie.......



P.S.

 A ponieważ są wakacje, więc trochę rekreacji też się należy, a nie tylko te makabryczne opisy ciężkich robót, to funduję Wam zagdkę.
Co to takiego jest?? Zgadujcie, to proste...........


środa, 16 lipca 2014

Wprowadzenie do wakacji - lazaret.

Zdaje się, że dopiero, co przyjechałam, a już środa. Zgubiłam gdzieś trzy dni??? A guzik......zachciało mi się cyklinowania podłogi, a Mopkowi chorowania. I to w samiuśkie wakacje.
O cyklinowaniu podłogi i efektach będzie potem, jedno jest pewne, gdybym wiedziała, że zajmie nam to dwa dni to chyba bym zostawiła, tak, jak było. W końcu 7 lat jakoś żyłam z podłogą, która urodą nie grzeszyła. To wszystko przez ten prunt, przyszedł i zmusza człeka do działań, baaaa, wszytsko zaraz jakoś dokładniej widać.
Jednak celem wprowadzenia w nastrój wakacyjny pokażę Wam, jaki dziś ranek mieliśmy. Dzięki Mopkowi dane mi go było zobaczyć, inaczej bym pewno przespała. Mopek - bidula już od świtu kręcił się trochę po posłaniu, by tak koło 6 rano, cichuteńko, choć z aromatem zwalającym z nóg nafajdać na chodniczek.
Poderwałam się na równe nogi węsząc w tym zajściu kłopoty. Bo Mop tak się zachowuje, jak jest chory. Zgarnęłam śmierdzącą niespodziankę i wyniosłam sprawcę zajścia na taras, nie miał zamiaru nawet zejść po schodkach, chwiał się na nóżkach i uciekał na posłanie popiskując i ciągnąc tylnymi nogami. O 6 rano do weta na prowincji jechać nie sposób, więc zostawiłam bidulka w tym koszyczku i poszłam na obchód poranny, zobaczyć, jak tam po wczorajszej burzy wygląda obejście.

A burza zaczęła się takimi oto widokami.......

Za to rano było tak......








Odczekaliśmy do przyzwoitej godziny 8 i pojechalismy do weta. W sumie nic mu wydaje się nie być, oprócz tego, że ma nadęty brzuch, robi wodniste kupki i ma zapalenie oczka. Widać przez ten  brzuszek nie mógł rano chodzić, już kiedyś miał podobnie. Jak poskładam sobie wszystkie okoliczności to mogłam się spodziewać, że zachoruje, bo w niedzielę nie chciał jeść, a wczoraj za to chciał zjeść dwie porcje. Już na wczorajszym spacerze kucał, co chwilę, pewno z 5 razy. No i puszczał cały wieczór smrodliwie bąki. Nie wiem, co mu zaszkodziło, jadł, to, co zwykle. Czyli puszkę i trochę suchego.
Wetetynarz nie zobaczył nic poważnego, dał trzy zastrzyki, krople do oczu i jutro mus jechać jeszcze raz na kolejne zastrzyki. Teraz biduś śpi w koszyczku, ale już chodzi normalnie, nawet wskakuje na fotel, albo krzesło. Rano ledwo człapał.

No i tak to się, jak widzicie relaksuję na wakacjach.

P.S. Wczoraj smarowałam gnaty Wu, bo po szlifowaniu podłogi ledwo się ruszał. Lazaret normalnie mi się tu zrobił.