piątek, 3 października 2014

Gwiazda-rozgwiazda

Na początek obiecana gwiazda-rozgwiazda na plaży. Starałam się bardzo, Wu też, żeby mnie złapać w kadrze. Musiałam trochę zamaskować "przenajświętszą panienkę" bom się nią centralnie  w obiektyw wystawiła.
Ale obietnicę spełniłam, gwiazad, choć z lekka rozgwiazada jest. Trudność w wykonaniu niejaka była, bo plaża stroma była.






Jeszcze trochę wodnych wariacji....





Reszta relacji będzie, jak się ogarnę, bom w ciągłym niedoczasie, a jutro będę się staczać na weselu........

Do miłego:)))

środa, 17 września 2014

Prowiant przygotowany

Prowiant przygotowany....


Obwąchany......


Zaakceptowany....

Wytyczne przekazane:
*buk broń spuszczać psa ze smyczy
*nie podchodzić do dużych psów, bo to gówno lezie do każdego, nawet tych, co zjadają małe pieski na śniadanie
*nie karmić słodyczami
*nie karmić smażonym mięskiem, bo będzie sraczka, albo rzyganko
*pozwolić spać w łóżku opiekuna (chyba nie przejdzie)
*miziać i rozmawiać z pieskiem przynajmniej 3 razy dziennie
*odbierać telefony i zdawać relację, co piesek robił rano w południe i wieczorem,
No!!!
O braku chronologii pisałam w poprzednim poście, więc jeszcze przed wyjazdem pokażę zaległe niespodzianki, które dostałam od Kasi Alzackiej.



I karteczka od Arteńki dla mojej Mamy.



Dziękuję Wam pięknie dziewczyny.

Na Mazurach koty chodzą ludziom po głowach, poważnie, widziałam.





I zostawiam Was z widokiem mazurskiej-podwójnej tęczy, mam nadzieję, ze przywiozę z wyjazdu inne, równie piękne piękne widoki.

Pa, pa, pa, pa..............

wtorek, 16 września 2014

Czekając na jeża (jeże)

Nic już nie będzie chronologicznie bo nieustanne mnie  gonią brify, asapy, dedlajny, w międzydzasie robi się wpół do fakapa i muszę robić krancztajmy, żeby nie doszło do fakapa całkowitego. Jak się takowy przytrafi, a groźba takowego to koniec każdego miesiąca ,to nieuchronnie grozi mikser, a potem jest kołczowanie i czelendżowanie problemów i dostaje się nowy dil do zrobienia......
I tak lecą tygodnie, miesiące w oczekiwaniu na kolejnego fakapa.
Dostałam jednak apruwal na urlop, zostawiam więc mój badż na biurku i już za chwilkę będę miała pełny fristajl.......

Cofam się do lata, kiedy to natchnęło mnie, żeby zbudować lokum dla jeża albo nawet jeży.
Do drzewnianej palety dobudowaliśmy dwa zgrabne przedsionki. Żeby jeż (jeże) mógł jednym wejść, a drugim wyjść i żeby się ta stancja dobrze wentylowała.


 Kontroler wszelkich prac budowalnych, imć Pan Mopcianek i tym razem  testował poszczególne etapy budowy.


Jeże lubią zagrzebać się w liściach i trawie, więc w wykopanym dołku zrobiłam pierzynkę z suszu.....


 Na dołek została postawiona paletka, przykryta z wierzchu folią, żeby izolować dom dla jeża (jeży) od wilgoci mazurskiej.


 Całość została przyspana warstwą ziemi, a Mnemo posadziła na powstałej w ten sposób górce trochę rozchodników i paprotki leśne.


Całość wyglądała po zakończeniu prac właśnie tak.


No i teraz czekamy, czy jeż, albo nawet jeże wprowadzą się do tak przygotowanej chawiry. Może nawet zrobią jakąś bibę, bo z racji braku parapetów nie może to być parapetówa,

My czekamy na jeży, na co czekały pieski ze zdjęć nie wiem, ale sympatycznie wyglądały w oknie mieszkania przy mrągowskim deptaku:)))





Od jutra "estoy de vacaciones..........więc, hasta la próxima":))))

niedziela, 7 września 2014

Jak Mnemo kozły fikała....

To już praktycznie przedostatni wyjazd. Do Kaczorówki oczywiście. Bo już za chwilkę jadę " w świat", po powrocie lecę na weselisko, a potem to już będzie połowa października i czas zamykać Kaczorówkę na zimę. Jejku, jak to lato szybko przeleciałao. A tymczasem  pogoda dopisała nam wyjątkowo. Sobota i niedziela były piękne, słoneczne, ciche i cieplutkie. Nawet wieczory i ranki były ciepłe, czasami nawet latem takich nie ma. Na ten wyjazd wybraliśmy się rodzinnie, bo dziecię, chwilowo zostało pozbawione swojej drugiej połówki i stwierdziło, że wybierze się z rodzicielami na Mazury. 
Były spacerki i leniwe snucie się po okolicy. Jak za dawnych lat wygłupialiśmy się po drodze, a doczłapawszy do lotniska nawet trochę pobaraszkowaliśmy. 

Chłopcy rozpoczęli....



To i mnie przypomniały się cielęce lata. Razem z dziecięciem swym, starym koniem poczęliśmy fikać "gwiazdy" na lotnisku i okazało się to dużo dla mnie łatwiejsze niż poranna próba przelezienia przez płot. Nie dałam rady...doopa za ciężka. Ach, gdzie te czasy, kiedy żaden płot mi się nie oparł???
Gwiazdy nieco odbiegają od kanonu ( nogi powinny być wyprostowane), ale sądzę, że gdybym poćwiczyła nieco to i nogi udałoby się ustawić prosto.





A potem były zabawy z cieniami.....






Nie obyło się bez wieczornego ogniska u sąsiadów i obserwowaniu symptomów kończącego się lata......






I wiecie, co??? Idzie jednak jesień, bo zaczęła mnie męczyć droga do Kaczorówki. Wiosną i latem nawet nie czuję tych  200 kilometrów, jesienią zaczynają się te kilometry strasznie dłużyć. Zwyczajnie jestem zmęczona samą drogą.
Grzybów nie było, tzn. ludzie mieli w koszykach, ale na naszej drodze grzyby się pojawiały sporadycznie. Trudno, szat rwać z tego powodu nie będę. 
Za to u mnie, na moim własnym gumnie znalazłam kilka malutkich rydzów, takich ooooooo


Ususzę biedactwa i będą do świątecznego bigosu.
I jeszcze jest jeden symptom zblizjącej się jesieni.....zaczęłam pić herabtę. Bo latem mi nie smakuje, a jesienią i zimą bardzo. Właśnie dziś mi zasmakowała. Idę sobie zrobić kolejną.
Buziaczki dla Was wszystkich:))))

środa, 3 września 2014

Narzekanie jest passe.....

I to jest ten powód dla, którego milczę tu ostatnio. Niby nie mam na co, niby nic specjalnego się nie dzieje, ale jakoś tak mi się chce pojęczeć i posiedzieć pod przysłowiowym kocykiem.
Dzień mi się jakoś skurczył, bo zaledwie wrócę z huty to zaraz jest noc późna i znów mus zaraz wstać. Chałupa przez lato zarosła chujnią z grzybnią, tak to jest, jak człowiek w każdy łikend pędzi na Mazury......
Krasnoludki ochoczą grasują w szafie, ale ogarnąć chałupy ani myślą.....
A tu już za moment wyjazd. Łojesuuuu, czas szykować jakieś łachy na wyjazd, a wszystkie ciut przymałe.
Wywalam więc szafowe zasoby, przebieram i się zastanawiam, co ja mam zabrać. Bo niestety, ale nie potrafię się praktycznie spakować. Mam wrażenie, że na wyjeździe potrzebna mi będzie cała szafa. W praktyce większość ciuchów, które zabieram są i tak niepotrzebne. To mnie zawsze okropnie stresuje. A tym razem stresuje podwójnie, bo postanowiłam wziąć NAPRAWDĘ TYLKO RZECZY POTRZEBNE, ale nie wiem,które to są:)))

A mogłam sobie sprawić takie majty i byłoby po kłopocie:))))


Wiecie, że w tej swojej rozlazłości nie zgrałam nawet zdjęć z poprzednich KILKU wyjazdów??? I baterie w aparacie zdechły, a mnie się nie chce ich naładować........

To pokażę Wam zdjęcie z wcześniejszych wyjazdów i jednocześnie zapytam, co to jest za roślina. Bo mnie to nurtuje. Rośnie taka całymi łanami na poboczu drogi w lesie, ładna i zachęca do skubania owocków, ale nie odważyłam się, bo nie znam tej rośliny, a w atlasie roślin ani w necie też jej nie znalazłam. Może ktoś wie, co zacz?


W nawiązaniu to posta Hany pokażę Wam tradycyjne ponoć, niemieckie danie, zwane saumagen (załmagen). To ponoć jakiś krowi, czy świński żołądek nadziewany mięsem i ziemniakami. Nie jestem wybredna, ale danie owo postawiło mi kłaki na ręcach. A moje dziecię i rodzony mąż mało nie puścili pawia. Z kultury ino przełknęli parę kęsów, ale do dziś wspominają to obrzydlistwo.


Za to wszyscy troje wspominamy przeurocze wycieczki i piękne widoki.
Jeszcze troszkę i znowu takie zobaczymy, a może jeszcze ładniejsze, bo nasza trasa wiedzie dalej na południe.......










P.S. Kasiu Alzacka, prawie, jak u Ciebie, no nie???