W poprzednim odcinku stanęło na Madzi zagotowanej i Mnemo zaszytej. Madzia pojechała na lince holowniczej pod dom weselny, a Mnemo zaszyta pojechała z ojcami weselnymi zaraz za nią.
Jak to w małym mieście, nikt do naprawy się nie będzie zabierał pod wieczór, jest przecież dzień następny to się zrobi. W sumie się nie dziwię, była przecież sobota, łikend znaczy się.
A może maczali w tym palce ojcowie weselni? Mieliśmy zamiar wracać jeszcze w nocy, a tu trza było hulać do rana, bo wrócić nie było czym:))
No to się hulało, a co!!! Disco polo przygrywało i choć jest mi to zupełnie oby gatunek muzyczny, to trza przyznać, ze orkiestra, a raczej zespół rżnął dobrze, prawie bez przerw, aż siódme poty z człeka leciały. Disco polo nie moja bajka, bo oprócz "Jesteś szalona" i "Ale,ale Aleksandra" nic mi nie było znajome, więc, jak cała sala wyła razem z wokalistą, to ja tylko ustami ruszałam.
I choć już od dłuższego czasu nie przepadam za takimi imprami to muszę powiedzieć, że to weselisko było wyjątkowo udane i dopracowane. Sala weselna, a nawet cały dom weselny z pokojami gościnnymi, łazienkami, salkami bocznymi, tarasami, czyściutki i urządzony " na bogato" (goście to ponoć lubią).
Przed salą ogród w stylu francuskim, a w zagrodach na zapleczu, pawie, króliki, ptactwo ozdobne. Aaaaa była jeszcze w salce myśliwskiej na poddaszu, woliera z papugami, tak, że było, co oglądać, ale to już nazajutrz, "za widoku".
Para młoda jechała zgrabnym kabrioletem, ciągnąc puszki za sobą, a za nimi świadkowie w wypasionym (ładny, oj ładny był) mercedesie.
A na stołach.......o matulu, czego tam nie było........pyszności nad pysznościami, a ile tego!!!!
Co godzina na stół wjeżdżała potrawa ciepła i takich było SZEŚĆ!!!!
Nie do przejedzenia, a na dodatek był jeszcze kącik tzw "chata wiejska", gdzie wisiały pęta kiełbasy, salcesony, kaszanki, całe udźce i samam nie wiem, co jeszcze, bo choć skręcało mnie z łakomstwa, to dałam radę sobie odmowić, bo przecież ślubowałam nie żreć do wypęku. No i byłam zaszyta, strach było pruć się dalej z przejedzenia. Nie odmówiłam sobie jednak bimberku, którego musiał pędzić niezły fachowiec, bo grzał solidnie i nie otrząsał po wypiciu.
Będą namiary na fachowca, dobrze mieć w domu butelczynę takiego specyfiku, na bolący żołądek:)))
Już się nawet umówiliśmy na wspólny wyjazd na Podlasie, gdzie ów mistrzunio działa:)))
Na dodatek wszystkie potrawy były cudnie smaczne, nie takie, jak to bywa przy masowym żywieniu, ale takie doprawione i świeżutkie, na dodatek pięknie podane i udekorowane. Nie wiem ile razy kelnerzy zmieniali talerze, ale miałam wrażenie, że co chwilkę. Wymieniali nawet na stołach butelki z alkoholem na takie zmrożone, bo ciepła wódka to nie jest dobra. To jedzenie było tak smaczne, że po 20 latach, odważyłam się zjeść tatara. Wcześniej jadałam tylko takiego, ktorego robiła moja siostra. To jest wyczyn nie?
Oprócz tego wszytskiego było jeszcze ciasto, lody, potem wjechały jeszcze stoły z wiejskim jedzeniem, bigosy, pierogi i tortilki(?)............
Gdyby nie tańcowanie, które utrząsało kolejne warstwy, jak nic pękłabym z przejedzenia.
Młodej Parze, danie główne kelnerzy podawali w takt muzyki, no cuda panie, cuda.......
Goście tańcowali, śpiewali i muszę przyznać, że w tłumie nie brakowało wielu zgrabnych nóżek, ba, mam wrażenie, że tylko takie tam były..........






Po północy odbyły się oczepiny i trwały ponad godzinę. Śmiechu było, co niemiara, bo zabawy były dowcipne i różnorodne, Mnemo też się załapała do jednej, a polegała ta zabawa na tym, że dwóch kolegów Pana Młodego miało przynieść z sali, na rękach zaznaczam, jak najwięcej kobiet. Wygrywa ten kolega, który zniesie, jak najwięcej pań przy czym łupy były punktowane, za babcie 4 punkty, za mężatki 2, a za panny 1 punkt. Chłopcy biegali, jak szaleni, ale wkrótce skończyły się chudzieńkie panienki i trza było zacząć nosić te pulchniejsze. W ten przedział wpadła też Mnemo i biedny chłopaczyna zmamiony moją wyszczuplającą, czarną sukienką przyleciał i po mnie. Jak mnie dygnał to aż stęknął, ale dzielnie, na ugiętych nogach, dowlókł prawie do punktu zbornego. Prawie, bo tuż, tuż przed sił mu zabrakło i rymsnął razem ze mną w zbite już w gromadce inne niewiasty. Summa summarum, obaj panowie zremisowali, bo, jak podliczono punkty, to wyszło, że każdy ma po 21.
O 3 nad ranem moje nowe buciki zacżęły dawać sygnały nóżkom, że już ani jednego tańca więcej, bo będzie katastrofa.
Jako, że pora była odpowiednia, udaliśmy się na górę do pokojów gościnnych i zasnęliśmy snem sprawiedliwych, najedzonych, napojonych. Ci, co wytrwalsi balowali do 5 rano:))
A rankiem, kiedy wstaliśmy o 8- mej salę weselną zalegała cisza i panował już idealny porządek.
Zrobiliśmy sobie spacer po okolicy, zostaliśmy przez dziadka weselnego oprowadzeni po całym obejściu, bo ten dom weselny to własność brata matki weselnej ( zuch chłopak, niezłe przedsięwzięcie). Wygłasakłam koty i psiny, w ilości sztuk 7 i....... nadjechał miechanik z nowym akumulatorem do Madzi.
Po zabiegu wymiany zbąblowanego akumulatora na nowy Magda odpaliła, jak gdyby nigdy nic, ino się bidna rozkodowała cała.
Dostaliśmy jeszcze śniadanko i kawkę, chciano nas zatrzymać na poprawiny, ale Mnemo się umówiła z takim jednym, co mu zapłaciła, to niestety czas było wracać.
W zeszłym roku Mnemo w tym samym czasie też balowała, ale u gospodyni Pastelowego Kurnika..........
P.S.
Marija poddała w wątpliwość, czy krzesła aby drewniane, pdejrzewa, że może plastikowe, to zaświadczam, że drewniane, siedziałam, co potwierdzam poniższą fotką, a jeśli mnie utzrymały to musiały być drewniane:)))