niedziela, 29 marca 2015

W podróży...

Się jechało, się wróciło.
Gdzieś w okolicy Jeleniej Góry pomyślałam o Inkwii i Agnieszce.
Zastanawiałam się, jak daleko do Tupajki. Ale nie doszłam, jak.



Góry widziałam z daleka, w zasadzie zza okien. Ominęły mnie harce po lesie, zbuntowało mi się jestestwo i powaliło do łóżka na całe popołudnie, kiedy można było harcować. A w zasadzie musiało.
W kolejne dni już szans nie było, do zmroku w robocie.


Miasteczko widziałam tylko przez chwilę, dosłownie godzinkę. Ostatniego dnia.
To nie był wyjazd rekreacyjny. A szkoda.
Pogadałam sobie codziennie z kotem, przychodził na wyżerkę pod kuchnię. Tłusty był i łaskawy, ale chyba chory. Zasmarkany nosek i strupy na uszach. Podejrzewam jakiegoś świerzbowca.


W drodze powrotnej prawie 3 godziny czekania we Wrocku na pendolino, myślałam usilnie o Gosiance i jak się okazało ona była na dworcu godzinę wcześniej po Anię.M.
Pendlino mknął jak wicher, choć nie widziałam umykających pejzaży, bo ciemno było.
Że mknął, poznałam po mijaniu innych pociągów, bo było tylko  szuu...
Janosik odmówił współpracy i przestał działać, nie mogłam zmierzyć prędkości. A to dziad, nie wiem, kiedy kolejny raz pomknę pendolino.
Fotka dla Lidii, do kolekcji.


Inne zdjęcia, w tym zaskakujący pomysł na kota wychodzącego ( z pierwszego piętra), chyba szlag trafił. Pożyczyłam kartę do przegrania zdjęć i ten ktoś miał wirusa w lapciu. Dobrze, że mój lapć mi zakomunikował o zainfekowanej karcie. Jak Wu nie zrobi z tym porządku, to zdjęcia będą do wycięcia, wirusa nie mam ochoty mieć. Więcej karty nie dam do przegrania. Kropka.

A po powrocie...wiosna.
Żywopłoty zielone, kwitną forsycje, fiołki, a kasztany ocipiały. Nie dość, że mają już prawie listki, to jeszcze z nich wyłażą miniaturowe kwiatostany.


Tam, w górach, kasztanowce jeszcze w pąkach brązowych, choć już spuchnięte i lepkie.
A Mazury czekają pewno jeszcze szare i bez żadnych wiosennych oznak.




niedziela, 22 marca 2015

Mnemo była Łużyczanką...

Dawno, dawno temu Mnemo była Łużyczanką! Miała chłopa, dziecię i kmiecia na posługi. Rosły był ten kmieć, mocny, a gibki. Trefniś taki, skory do zabawy i wypitki. Przednie piwo warzył. Najprzedniejsze, a mógł go wypić!!! Słusznych rozmiarów stągiew przez jeden wieczór!  Panny za nim strzelały oczętami, i nic im nie wadziło, że ździebko łysy był. Jargos mu było. Sługa wierny i oddany.


Żyli my se tak zgodnie w grodzie, Biskupinem zwanym. Na wyspie nieopodal Żnina.
Mnemo piekła podpłomyki, doiła kozy, a dziecię drwa na opał zbierało, żeb było na czym strawę uwarzyć. Tkała też Mnemo na krosnach lniane koszule i kiecki, mieliła mąkę w kamiennych żarnach.

Chłop Mnemo, Wujem zwany, ryby łowił i lepił piękne, gliniane garnki, w przerwach miedzy karczunkiem boru i sianiem na wyrwanych naturze spłachetkach roli, pszenicy i jęczmienia.






W sobotnie popołudnia, cała rodzina siadała pod chatą długą na 40 metrów, by odpocząć.
Wuj opierał się na swym kosturze i dumał, Mnemo dziecięciu opowiadała o dawnych czasach, a kmieć, jak to kmieć, dłubał w nosie i cieszył się, że go nikt do roboty nie goni.


I choć chata często zadymiona była i oczy od tego dymu łzawiły to żyło się radośnie, a uśmiechy ze gąb nie schodziły.

Szczególnie, radochę mieli wszyscy, jak Mnemo próbowała rumaka dosiadać, który ewidentnie stękał, jakby chciał powiedzieć, nie żryj babo tyle tych podpłomyków.



Dobrze się żyło w grodzie Biskupinem zwanym.


Dobrze, też, że wiejski nauczyciel Walenty Szwajcer, pewnego dnia natknął się na wystające z jeziora belki, które go zaciekawiły...
Gdyby nie on, może do dziś nic nie wiedzielibyśmy o dawnych mieszkańcach tych terenów, nazywanych "Polskimi Pompejami"
Osoba Walentego Szwajcera też jest godna uwagi. Dobrze poczytać sobie troszkę o nim, według mojej oceny był to wyjątkowo równy gość, a jego opowieści z czasów odkrywania Biskupina można czytać i czytać. Barwna postać, gawędziarz i niestrudzony propagator Biskupina. Nawet na emeryturze.


Można też posłuchać audycji o tym, jak doszło do odkrycia Bisukpina, audycja z 1966 roku.
Zapraszam.

http://player.polskieradio.pl/




piątek, 20 marca 2015

Zaćmienie słońca

Dziś pierwszy dzień wiosny, nawet nie wiedziałam, że ostatni raz pierwszy dzień wiosny przypadł na 21 marca w 2011 r. Teraz przynajmniej do 2047 roku będziemy świętować początek astronomicznej wiosny 20 marca. Potem data ta będzie się przesuwać do tyłu. Według szacunków naukowców po raz kolejny pierwszy dzień astronomicznej wiosny wypadnie 21 marca dopiero w 2102 roku.

 Najważniejsze, że jest, nadeszła. Hurra!!!
 Od rana słoneczko świeci ostro, Mnemo NIE POSZŁA DO HUTY, więc mogła obserwować bez przeszkód zaćmienie słońca.
Taki zbieg okoliczności, początek wiosny i jednocześnie zaćmienie słońca.
Uzbrojona w zdjęcie rentgenowskie i aparat foto Mnemo wypełzła przed chałupkę i udokumentowała całe to astronomiczne zajście.





Wystarczyło lekko przesunąć kliszę, żeby na zdjęciu załapały się również gałązki drzewa z dorodnymi już pąkami.






Następne zaćmienie słońca dopiero za 11 lat, trzeba będzie troszkę poczekać.
Teraz  dni będą się wydłużać kosztem nocy i będą bardziej słoneczne przez co nasze samopoczucie powinno się polepszyć po zimowej szarzyźnie.
Mnie tego bardzo potrzeba, nowej energii, nowych sił.
Lubię ten czas, kiedy małymi kroczkami będziemy zbliżać się do lata, nie ukrywam, mojej ukochanej pory roku.
A po drodze,  kwiecień z kwitnącymi przylaszczkami w lesie, potem maj, czas oszałamiająco pachnących bzów, konwalii, tulipanów, i czerwiec ciężki od odurzających zapachów jaśminu i ognistych barw różaneczników.
To, co? Idziemy w stronę lata?

poniedziałek, 16 marca 2015

Pan M i jego różowy...

Kocyk:)

Temat zastępczy, bom dziś zszargała nerwy doszczętnie i nadal się nie mogę uspokoić.
Znacie ten stan?
Ani siedzieć, ani leżeć, ani spać, choć wyczerpanie wrzeszczy każdym milimetrem ciała...

Pan M w stanie takim, jak zwykle, czyli błogim. Z boczku na boczek, na plecach, kołami do góry, z oczkami otwartymi, zamkniętymi...
Ot, psia dola.
Dziś chciałabym być psem. Mopkiem najlepiej...















sobota, 14 marca 2015

Ostatnio jak paróweczka:)

Kiedym dziś po nocy otworzyła swe niebieskie, jak chabry oczęta (kiedyś) to myślałam, żem chyba chora i trza polecieć czem prędzej do jakiegoś dochtora, czy cuś, bowiem oczęta me niebieskie, jak chabry (onegdaj) z ledwością się rozwarły. A rozwierały się długo i boląco. Pomyślałam, że w pojemniku ze starej lodówki, które robi za apteczkę, może znajdę, jaki "błyszczyk do oczu"*, a jak nie, to mus zrobić napar z herbaty i zastosować czem prędzej.
Wu wstał pierwszy, zdążył już zrobić kawkę i nie bacząc na moje trudne wstawianie, zaordynował, "Wio Maryna, czas wstawać. I sprzątać. Sobota paniusiu:)
 Jesusicku, a sprzątaj se sam, ja nie dam rady, chyba, że na raz wezmę olej z rekina wątrobowego, olej z osiołka, olej z wiesiołka dwuletniego tudzież olej z wieśniaka dwuletniego, które to specyfiki może dodadzą mi wigoru jakiego.
 Poniewusz nic na podorędziu nie było, kawkę wypiłam i powlokłam się na bazar przywlec jakieś wiktuały, bo w lodówce, po minionym, bardzo galopującym tygodniu, ino echo było. I przeciąg.
Kiedym leniwie, po bazarze spacerowała, tygodniowy burdello  w chałupie Wu ogarnął, łącznie z szybkim przetarciem szybek okiennych, co już o pomstę do nieba wzywały, strasząc mlecznym nalotem.
Zostało mi "tylko" wrzucić pranie ( wrzutów kilka, pierze się do teraz) i strawy jakiejś uwarzyć. Padło na kwaśnicę, czyli kapuśniak, i zapiekankę pyrkową, którą lubiom wszyscy.
 I dziecka i babcia, którzy to zostali na jadło zaproszeni. Prawda jest taka, że Ci wrażliwsi, po takich daniach powinni sobie zaordynować minimum Ropucholin, ale poniewusz zjedli i poszli to nie wiem, czy potrzebny był.
Ja tam stawiam na środki naturalne, więc wystarczyło sobie zaparzyć mięty wieprzowej, żeby nie odczuć skutków obżarstwa.
Takim to sposobem dotrwałam do momentu, kiedym w końcu klapnęła w fotelu i na
Waszą prośbę pokazuję moją "Paróweczkę", która to objawiła się onegdaj po zdjęciu z niej fiuterka, które rosło i rosło przez zimę całą.

Wersja skromna.


Uwaga!!!
Wersje obsceniczne.



A tak to wyglądało zanim Pani Ula wzięła maszynkę w swoje ręce:)***


Uff.
Jak to dobrze, że jutro niedziela.
I nikt mnie nie obudzi, wołając "Wio Maryja- czas wstawać i sprzątać"**:)_

P.S.
* - cały zestaw leków TU
** - żartobliwie, tak naprawdę podział obowiązków jest sprawiedliwy, w sobotę, ja robię zakupy i gotuję, Wu sprząta, ( bez specjalnej przesady), śpimy do oporu i nikt, nikogo nie wywala  z łóżka :)
*** Gosianka - Mopecka pokaż MCO.