Się jechało, się wróciło.
Gdzieś w okolicy Jeleniej Góry pomyślałam o Inkwii i Agnieszce.
Zastanawiałam się, jak daleko do Tupajki. Ale nie doszłam, jak.
Góry widziałam z daleka, w zasadzie zza okien. Ominęły mnie harce po lesie, zbuntowało mi się jestestwo i powaliło do łóżka na całe popołudnie, kiedy można było harcować. A w zasadzie musiało.
W kolejne dni już szans nie było, do zmroku w robocie.
Miasteczko widziałam tylko przez chwilę, dosłownie godzinkę. Ostatniego dnia.
To nie był wyjazd rekreacyjny. A szkoda.
Pogadałam sobie codziennie z kotem, przychodził na wyżerkę pod kuchnię. Tłusty był i łaskawy, ale chyba chory. Zasmarkany nosek i strupy na uszach. Podejrzewam jakiegoś świerzbowca.
W drodze powrotnej prawie 3 godziny czekania we Wrocku na pendolino, myślałam usilnie o Gosiance i jak się okazało ona była na dworcu godzinę wcześniej po Anię.M.
Pendlino mknął jak wicher, choć nie widziałam umykających pejzaży, bo ciemno było.
Że mknął, poznałam po mijaniu innych pociągów, bo było tylko szuu...
Janosik odmówił współpracy i przestał działać, nie mogłam zmierzyć prędkości. A to dziad, nie wiem, kiedy kolejny raz pomknę pendolino.
Fotka dla Lidii, do kolekcji.
Inne zdjęcia, w tym zaskakujący pomysł na kota wychodzącego ( z pierwszego piętra), chyba szlag trafił. Pożyczyłam kartę do przegrania zdjęć i ten ktoś miał wirusa w lapciu. Dobrze, że mój lapć mi zakomunikował o zainfekowanej karcie. Jak Wu nie zrobi z tym porządku, to zdjęcia będą do wycięcia, wirusa nie mam ochoty mieć. Więcej karty nie dam do przegrania. Kropka.
A po powrocie...wiosna.
Żywopłoty zielone, kwitną forsycje, fiołki, a kasztany ocipiały. Nie dość, że mają już prawie listki, to jeszcze z nich wyłażą miniaturowe kwiatostany.
Tam, w górach, kasztanowce jeszcze w pąkach brązowych, choć już spuchnięte i lepkie.
A Mazury czekają pewno jeszcze szare i bez żadnych wiosennych oznak.





Zony, grzebienia, szczoteczki do zebow, lapka, a nawet karty pamieci - nie powinno sie pozyczac, bo z tego sa same klopoty! :)))
OdpowiedzUsuńKiedyś to tylko żony się pożyczało, potem doszła szczoteczka, a teraz lista coraz dłuższa.
UsuńZdjęcia odzyskane. Udało się będzie pomysłowe rozwiązanie dla kota.
miało być żony nie pożyczało, choć różnie i z tym bywało.
UsuńAle szkoda, że na te zawodowe posiady tak daleko Was wywieźli... I że blogiń tamtejszych nie spotkałaś - a zacne wszak ci one;) teraz Ci dadzą bobu, jak się dowiedzą, że byłaś tak blisko...
OdpowiedzUsuńZacne i żałuje bardzo, ale zawodowe wyjazdy mają to do siebie, że nie sposób wyrwać się nawet te 30 km. A byłam bez autka.
UsuńZ Jeleniej miałaś do mnie jakieś 40 km :)
OdpowiedzUsuńTrzeba było wrzeszczeć, że jedziesz ! :)))
Nie wrzeszczałam, bo wiedziałam, że nici będą z urwania się. Zajęcia do nocy, obowiązkowe:)
UsuńA wrocławski dworzec będzie? :)
OdpowiedzUsuńZ pendolino już jest:)
UsuńO szkoda ominiętych harców. Może kolejnym razem.
OdpowiedzUsuńFajny skrót :-)
Harce były momentami ekstremalne, to nie wiem, czy wróciłabym z lasu:)
UsuńDo komandosów się raczej nie zaliczam:)
Fajnie miałaś z tym pendolino, oczywiście, bo samego wyjazdu roboczego to już nie zazdroszczę.
OdpowiedzUsuńDziękuję za zdjęcie, wrzuciłam do kolekcji :)) A wrocławski dworzec uwielbiam od zawsze, ma klimat :)
Dobrze, że zdjęcia odzyskałaś :)
Pendolino jest luksusowy, ale chyba wolę przedziałowe wagony. Trafiła mi się sąsiadka, która tak napierniczała przez telefon o prywatnych sprawach, że miałam ochotę udusić. Nawet nie było, jak wyprosić na korytarz.
Usuń