Pięknie się wszystko planuje i robi w fotelu czy siedząc na kanapie. W kontekście Kaczorówki uwielbiam te rojenia i święcie w nie wierzę.
Rzeczywistość bywa niestety okrutna i z reguły z planów szumnych i odważnych daje się zrealizować tylko część.
No bo zachodzą niespodziewane okoliczności, których przy planowaniu nie bierze się pod uwagę. Choćby takiego jedzenia, picia, nagłych załamań pogody, nie mówiąc już o zachodzie słońca, które zachodzi i ma w nosie, że człowiek ma jeszcze tyle do zrobienia. Nie przewiduje się też, że organizm wydelikacony po zimie daje ostrzegawcze sygnały w postaci darcia w kolanach, łupania w plecach tudzież upiornego bólu w miednicy.
Prawda jest taka, że nie da się rady, w dwa dni, odgracić chałupki po zimie, zrobić grządki permakulturowej, zgrabić wagonu igliwia, skopać grządki u sąsiada, pogościć się, odwiedzić znajomych, pójść na spacer itd, itp.
Nie mniej jednak ze swoich zamiarów nie zrealizowałam tylko grządki u sąsiada, za to zrobiłam inne rzeczy, których nie planowałam.
Ale zaczęło się od nieprzewidzianych okoliczności.
Wyjazd z Warszawy trwał dzięki wiadomej rocznicy wyjątkowo długo. Widać wszyscy omijali Krakowskie Przedmieście i jechali tymi samymi ulicami, co my. Godzinę z okładem przebijaliśmy się do rogatek.
Do celu dotarliśmy o 19:30, kiedy słonko chyliło się ku zachodowi.
Pierwszy haust wieczornego powietrza pachnącego sosną, pośpieszna lustracja działki i Wu udał się do skrzynki prądowej uruchomić elektryczność.
A tu zonk. Nie działa! Wymieniony został licznik, o którym wspominała pozostawiona w szafce prądowej karteczka. Szlag, pewno coś źle podłączyli.
Rany słonko zachodzi, auto pełne klamotów, ziąb się robi, a tu ciemno zimno i do domu daleko. Co robić?
Wpadłam na pomysł! Dzwonić do elektryka, co prąd zakładał. Tylko on może doradzić, co z fantem zrobić.
To był bardzo dobry pomysł, bo mimo piątkowego wieczoru i głębszego, który krążył w jego żyłach zacny Pan. K. postanowił pomóc. Tylko trzeba było po niego jechać do gminy. Wu pojechał, a ja zostałam przy świeczce, owinięta w szlafrok i nasłuchująca odgłosów lasu. ( Jak ja tu żyłam 7 lat bez prądu?)
Mimo ciemności już egipskich zacny Pan K. naprawił powód braku prądu, czyli jakiś tam duży bezpiecznik.
Potem trzeba było fachowca odstawić do gminy. I zrobiła się 22. Wielki czas, aby udać się na spoczynek, po to, aby wczesnym rankiem wstać i zabrać się do dzieła.
Ranek przywitał na pięknym słońcem i wrzaskiem ptaków. Co za cudne dźwięki.
Można wypić kawkę na tarasie układając w głowie plan dnia.
Należy zacząć oczywiście od odgracenia chałupki.
Udało mi się odgracić w godzinę. Sprzątniecie mysich wyczynów nie trwało długo, zeżarły tylko korki od sosu sojowego i denaturatu, posiekały poduszkę i gąbkę do zmywania, oraz wpierniczyły świeczkę. Zostawiły przy tym ślady swojej bytności praktycznie w każdym zakątku, ale odkurzacz dał sobie z tym szybko radę. Wywalenie pościeli na płot trwało chwilkę, a wystawianie klamotów na zewnątrz drugą.
Potem można się było zabrać, z nieoczekiwanymi przerwami przecież, za grządkę permakulturową i inne fizyczne zmagania.
Ale o tym już następnym razem:)
Będzie o kocie, wypadniętych drzwiach, garnku, który o mało, co nie zbiłby lapcia i mojego cudnego smarkfona, grządce permakulturowej, lawendzie i innych takich.






.jpg)
