niedziela, 12 kwietnia 2015

Mierz siły na zamiary

Powinnam sobie to przysłowie wypalić na czole.
Pięknie się wszystko planuje i robi w fotelu czy siedząc na kanapie. W kontekście Kaczorówki uwielbiam te rojenia i święcie w nie wierzę.
Rzeczywistość bywa niestety okrutna i z reguły z planów szumnych i odważnych daje się zrealizować tylko część.
No bo zachodzą niespodziewane okoliczności, których przy planowaniu nie bierze się pod uwagę. Choćby takiego jedzenia, picia, nagłych załamań pogody, nie mówiąc już o zachodzie słońca, które zachodzi i ma w nosie, że człowiek ma jeszcze tyle do zrobienia. Nie przewiduje się też, że organizm wydelikacony po zimie daje ostrzegawcze sygnały w postaci darcia w kolanach, łupania w plecach tudzież upiornego bólu w miednicy.
Prawda jest taka, że nie da się rady, w dwa dni, odgracić chałupki po zimie, zrobić grządki permakulturowej, zgrabić wagonu igliwia, skopać grządki u sąsiada, pogościć się, odwiedzić znajomych, pójść na spacer itd, itp.
Nie mniej jednak ze swoich zamiarów nie zrealizowałam tylko grządki u sąsiada, za to zrobiłam inne rzeczy, których nie planowałam.
Ale zaczęło się od nieprzewidzianych okoliczności.
Wyjazd z Warszawy trwał dzięki wiadomej rocznicy wyjątkowo długo. Widać wszyscy omijali Krakowskie Przedmieście i jechali tymi samymi ulicami, co my. Godzinę z okładem przebijaliśmy się do rogatek.
Do celu dotarliśmy o 19:30, kiedy słonko chyliło się ku zachodowi.
Pierwszy haust wieczornego powietrza pachnącego sosną, pośpieszna lustracja działki i Wu udał się do skrzynki prądowej uruchomić elektryczność.
A tu zonk. Nie działa! Wymieniony został licznik, o którym wspominała pozostawiona w szafce prądowej karteczka. Szlag,  pewno coś źle podłączyli.
Rany słonko zachodzi, auto pełne klamotów, ziąb się robi, a tu ciemno zimno i do domu daleko. Co robić?
Wpadłam na pomysł! Dzwonić do elektryka, co prąd zakładał. Tylko on może doradzić, co z fantem zrobić.
To był bardzo dobry pomysł, bo mimo piątkowego wieczoru i głębszego, który krążył w jego żyłach zacny Pan. K. postanowił pomóc. Tylko trzeba było po niego jechać do gminy. Wu pojechał, a ja zostałam przy świeczce, owinięta w szlafrok i nasłuchująca odgłosów lasu. ( Jak ja tu żyłam 7 lat bez prądu?)
Mimo ciemności już egipskich zacny Pan K. naprawił powód braku prądu, czyli jakiś tam duży bezpiecznik.



Potem trzeba było fachowca odstawić do gminy. I zrobiła się 22. Wielki czas, aby udać się na spoczynek, po to, aby wczesnym rankiem wstać i zabrać się do dzieła. 
Ranek przywitał na pięknym słońcem i wrzaskiem ptaków. Co za cudne dźwięki. 
Można wypić kawkę na tarasie układając w głowie plan dnia.
Należy zacząć oczywiście od odgracenia chałupki.
Udało mi się  odgracić w godzinę.  Sprzątniecie mysich wyczynów nie trwało długo, zeżarły tylko korki od sosu sojowego i denaturatu, posiekały poduszkę i gąbkę do zmywania, oraz wpierniczyły świeczkę. Zostawiły przy tym ślady swojej bytności praktycznie w każdym zakątku, ale odkurzacz dał sobie z tym szybko radę. Wywalenie pościeli na płot trwało chwilkę, a wystawianie klamotów na zewnątrz drugą.
Potem można się było zabrać, z nieoczekiwanymi przerwami przecież, za grządkę permakulturową i inne fizyczne zmagania.
Ale o tym już następnym razem:)
Będzie o kocie, wypadniętych drzwiach, garnku, który o mało, co nie zbiłby lapcia i mojego cudnego smarkfona, grządce permakulturowej, lawendzie i innych takich.



czwartek, 9 kwietnia 2015

Powroty...


O szkole w Nadstawkach już pisałam TU.
Podczas świąt musiałam pojechać i zobaczyć, czy coś się tam zmieniło. Może właściciel rozpoczął remont?
Niestety nie zmieniło się nic. Dewastacja coraz większa. Widzicie tą dziurę w dachu? Teraz woda leje się jeszcze dodatkowo przez sufit nie tylko otwartymi na oścież oknami.






Co więcej można napisać. Że żal, że szkoda...
Może za jakiś czas ta szkoła zostanie tylko na moich fotografiach? Wszystko ku temu zmierza...
Więc popatrzmy na te fotografie...tyle możemy.











środa, 8 kwietnia 2015

Rogaty z Wielkopolski, biały z Leroya.

Święta przyszły, poszły, teraz czekamy na majówkę, ale już bez przymusu pucowania okien, wietrzenia pościeli i kilkunastu godzin spędzonych w kuchni przy plackach, sałatkach i mięsiwach.
Co prawda, na święta żadnej z tych rzeczy nie robiłam, a święta  i tak były bogate w jedzenie i to okrutnie bogate.
Do dziś nie dopinam spodni.

Może to nudne, ale moje myśli ciągle krążą wokół grządek, siewów, pikowania i grabienia. Cichaczem zakupiłam już 100 litrów kory, 80 litrów kompostu, 10 litrów granulowanego nawozu bydlęcego, 2 litry biohumusu, 10 kilo dolomitu, 21 krzaczków lawendy, nie pamiętam ile torebek nasion, ale kilka dziwnych takich, np. stewii, słodkich listków, ponoć słodszych od cukru. Zainspirowana przez Agniechę zakupiłam fioletową marchew, a od siostry przywiozłam fasolkę tyczkową i krzaczastą.
Wu jeszcze nie wie, że w bagażniku nie zmieści się już nawet igła:)

Grządka u sąsiada już zamówiona. Tylko kopać i siać. I nie paść na pysk przy tym:)




Od siostry przywiozłam w dużej misie rogate fiołki, które wyglądają niczym miniaturowe bratki. Rozsiewają się same i pięknie wyglądają, taki dywanik. To bardzo stara odmiana. Już w latach 70- tych rosły w ogródku, i mimo wielu zaszłych w nim przemian przetrwały do dziś.
Wykopałam  sporą kępkę, chwilowo rosną w misie, potem pojadą do Kaczorówki, niech się i tam rozsieją.





W swoim szale ogrodowym nabyłam też dwie porcelanki, tak sobie na własny użytek nazywam białe z delikatnym muśnięciem różu, rododendrony. Dwa różowe, które rosną w Kaczorówce, mimo obaw o wymarzanie, mają się świetnie i w zeszłym roku były obsypane kwieciem. Lubią kwaśną glebę, której tam nie brakuje, a ja nauczyłam się je pielęgnować. Przez cały rok  korzenie obsypuję torfem i korą, zasilam je też regularnie. Odpłacają się pięknie i są ozdobą przez cały rok,  po kwitnieniu cieszą oczy pięknymi, skórzastymi liśćmi.




 Jedna z porcelanek miała już podczas zakupu pąk kwiatowy, który pod wpływem ciepła właśnie się rozwinął i cieszy moje oczy, choć do maja, kiedy jest ich pora kwitnienia jeszcze daleko.
Prawda, że ładny?


Nie przeszłam też obojętnie obok lawend, no nie mogłam. Naczytałam się o lawendzie i taka mnie ochota naszła na malutkie pole lawendowe...
Już wiem, że w naszym klimacie dobrze przeżywa zimę tylko odmiana angielska z ciemnymi i pachnącymi kwiatami. Te wszystkie hiszpańskie, włoskie (ogólnie śródziemnomorskie) zupełnie się do naszego klimatu nie nadają i zimy nie przetrwają. A szczególnie tej na Mazurach.
Mam nowych krzaczków ponad 20 i teraz tylko muszę im przygotować odpowiednie podłoże. Dobrze zdrenowane, przepuszczalne z domieszką żwiru i kamyczków.



Lawendę można w bardzo prosty sposób rozmnożyć. wystarczy odłamać gałązkę z częściowo zdrewniałą łodyżką, oberwać troszkę czubek wsadzić w piasek i podlewać. W ciągu jednego sezonu się ukorzeni i nawet troszkę podrośnie. Na drugi rok obcinamy krzaczki w połowie, dla lepszego rozrostu i tak możemy sobie naszą plantację powiększać i powiększać. Mam kilka tak rozmnożonych sadzonek w zeszłym roku.
I co mi pozostało? Tupać nóżkami i czekać, aż będę mogła wszystkie zaplanowane prace wykonać. Trzymajcie kciuki za piękną pogodę w łikend:)

wtorek, 31 marca 2015

Marzy mi się...

Zanim nastaną święta, na które, jak zwykle nic nie zdążę przygotować, nawet stoików nie będzie, ani jaj, ani sprzątania (jutro już środa) to opowiem Wam o moich marzeniach o permakulturze.

A w Wielką Sobotę zapakuję rodzinę i pognam na święta do mamy i sióstr. No chyba, że drogi zasypie śniegiem (zmieniłam opony na letnie), wtedy kupię w sklepie nocnym zupki chińskie i przetrwam jakoś do poświątecznego wtorku.

Wraz z nadejściem wiosny moje myśli zaczęły obsesyjnie krążyć wokół Kaczorówki i upraw.
Oglądam z uporem maniaka kolejne odcinki Mai w ogrodzie, szperam w internecie szukając recepty i jakiegoś rozwiązania na ten jałowy i trudny kawałek ziemi.
Z zazdrością podglądam, jak w cudzych ogrodach zaczyna rządzić wiosna.
A jednak myśli krążą i biorą górę nad zdrowym rozsądkiem.
Zakupione w styczniu nasionka zostały już wysiane do doniczek. Nie będzie tego wiele, dwie, trzy cukinie wystarczą na letnie potrzeby, jakaś dynia, trochę ziół. Coś pnącego i kwitnącego na płotki, te, które już istnieją i te, które mają powstać.

Tak wiem, obiecałam nie harować, leżeć odłogiem i takie tam.

 Przecież wiem, że TAM nic porządnego nie urośnie, że drzewa zacieniają zbyt wiele, że ziemia za kwaśna, że igły sosnowe pokrywają wszystko miękkim dywanikiem.

Znalazłam jednak wyjście z tej patowej wydawałoby się sytuacji.
Grządka permakulturowa! Jedna dosłownie!
 Nie za duża, będzie w tej plamie słonecznej na tyłach działki.
Trochę materiału mam, kartony, gazety,  kompost, liście jesienne też się znajdą. Słomę może mi się uda kupić. Krowie kupy, jako nawóz służące, zbiorę na łące.

Będzie ta grządka, a na niej koniecznie cukinie, z których można wyczarować raz, dwa pyszny posiłek.
Pokrojone w talarki, podduszone na patelni z masłem, czosnkiem, natką, lub w zupie cukiniowej.
Będzie dynia na placki i zupę dyniową.
Będą tykwy na różne takie...
Będą zioła, bazylia, kolendra, koperek.

A jak mi się powiedzie mój chytry plan, a sił starczy, to będą też marchewki, pietruszka, buraczki, może kilka ogórków na własne małosolne.

Wysiane nasionka rosną, jak oszalałe. Chyba za szybko. Jeszcze miesiąc do wysadzenia, a one już takie duże.

Tydzień temu wyglądały tak:

Kobea.
 Dynia  olbrzymia.
 Cukinie.
 Mina.

Wczoraj były takie.






Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak spełnić swoje marzenie.

Chyba, że nagle zamarzę, żeby nie harować, leżeć odłogiem i takie tam.

poniedziałek, 30 marca 2015

Kot wychodzący... z pierwszego piętra.

Taka ciekawostka zaobserwowana w terenie.
Kamienica, przed kamienicą dwa drzewa.
Ulicą na skos przechodzi kot.
Kici, kici, to norma na widok kota.
 Kot nie zwraca uwagi na kicianie.
Podchodzi do drzewa...hop, wspina się szybko po pniu.
Wzrok podąża za kotem, w koronę ( mocno zredukowaną) drzewa, ręce zaczynają w torbie szukać aparatu, bo oczy dopiero teraz zauważają, deskę prowadzącą od drzewa do parapetu mieszkania na pierwszym piętrze.
Kot sprawnie i pewnie przebiega przez deskę (aparat się uruchamia) i ląduje na parapecie.
Zaczyna się ocierać o okienną szybę pomiaukując.





Taki spryciarz.
Takie oryginalne rozwiązanie dla kota mieszkającego w mieszkaniu na pierwszym piętrze.