niedziela, 3 maja 2015

Wojny nie będzie.

Dalszy ciąg story z kotem i psem w tle.
Wojny nie będzie.
Kocisko czuje się, jak u siebie. Anektuje, fotele, półki, kolana. Gdzie ty, tam kot. Na spacerze kot, przy jedzeniu kot, przy robocie kot, na kolanach kot.
Dystans miedzy Mopem, a kotem, którego już przechrzciłam na Bandziora, coraz mniejszy.
Dlaczego Bandzior?
No bo zaczepia, atakuje zza krzaka. Idzie sobie człowiek, a tu nagle wyskakuje taka szara kula i skacze na łydki:)
Każdy na swoim fotelu, ale, jak widać kot czuje się, jak u siebie.


 Na tarasowej półeczce, każdy na swoim piętrze,w środku siekiera na wszelki wypadek:) Nie była potrzebna...


Półka została zaanektowana, tam fajnie świeci słoneczko, można spać do wypęku (po obfitym jedzeniu najlepiej)


Tu ostrzegawczy mach łapką, ale Mop nie daje odporu, gdzie kot, tam on.



 Na skrzynce widać pęczki pokrzywy. Będzie własny susz. Z listków brzozy też. I pąki sosny już zasypane cukrem. Na nalewkę od kaszlu.


W trawce też razem, choć w bezpiecznej odległości.


Na kolankach, przy porannej kawce. Nie trzeba go zapraszać, ładuje się sam.


A tak w ogóle to szkoda, że majówka już się skończyła. To były bardzo dobrze wykorzystane trzy dni.
Zresetowałam się totalnie. Same przyjemności przez trzy dni!
Nie muszę chyba mówić, że głównie pracowałam, wożąc taczki, sadząc, pieląc, podlewając, grabiąc igły. Jeszcze troszkę tej wiosennej pracy mi zostało, ale za to latem...będę tylko leżeć i odpoczywać.
Wu zbudował stacjonarną letnią myjnię. Trzeba ją jeszcze wykończyć, przyjechały dechy na płot. Ja dokończyłam porzuconego w zeszłym roku anioła, bo mi się nie podobał. Darowałam mu jego brzydotę, doprawiłam włosy i z podkładu słomianego od wianka zrobiłam aureolę. umieściłam nad podniesioną grządką na cukinie. Niech pilnuje, żeby nie zmarzły. Te wysadzone w zeszłym tygodniu niestety przymrozek wykończył. Za wcześnie wsadziłam. Trochę to wygląda, jak grota z Matką Boską, albo nagrobek, ale cukinie wyrosną, anioł się spatynuje i będzie ok.


W ogrodzie widać wiosnę, można byłoby już kosić trawę. Kwitnie ubiorek, cały na biało, białe tawuły, forsycja, hiacynty, tulipanki botaniczne, fiołki.
Mam dwa nowe nabytki. Białego i czerwonego rododendrona. Ten czerwony jest śliczny, jego pąki są wielkości kurzego jajka. Jak go zobaczyłam złamałam postanowienie "koniec z krzakami". Jest niesamowity.
Ten biały, zaczyna kwitnąć bladym różem, a potem bieleje, też ładny.
Moje "stare" rododendrony, jeszcze śpią. Pąki mają malutkie, jak paznokieć, ale mam nadzieję, że dają czadu pod koniec maja. Są różowe. Mam ich teraz sześć. Dwa różowe, bordowy, koralowy i dwa białe.
Wu ich nie lubi. Mówi, że to krzaki do pałacu, ale przecież Kaczorówka to mój pałac, to, co sobie będę żałować? Szczególnie, że bardzo je lubię.
A na malwy i słoneczniki też starczyło miejsca. W tym roku powinny znowu kwitnąć.




Na mojej małej jabłoneczce przysiadł taki śliczny motylek. Nigdy takiego nie widziałam.
Ledwo dał się zauważyć.
Pomyślałam, że chyba to jakiś bardzo rzadki gatunek, a okazało się, że to ....
zwykły bielinek!
Bielinek mimo,że zwykły to  w Polsce jednak rzadki.
 Co ciekawe, tylko samce mają na skrzydłach charakterystyczne pomarańczowe plamki.



No i rzut oka zoomem " na wieś", wycieczka konna. Szkoda, że nie umiem jeździć konno. Pod nosem mam tyyyyyle koni. (Słyszysz Krecie?)


I to chyba wszystko. Długi ten post, ale musiałam się podzielić tak uroczo spędzonym czasem.
Aaaa i jeszcze zaobserwowałam, że na Mazurach zaczynam się dziwnie zachowywać. Nie włączam lapcia, nie gadam przez telefon, idę spać o 22, budzę się kiedy jest jeszcze ciemno i nie mogę doczekać, kiedy się rozwidni. Żeby nie ziąb poranny to wstawałabym o 5, a tak leżę do 7, a potem bombarduję Wu, że czas wstawać.
Na tą kawkę na schodkach tarasowych. Słuchać ptaków. Co one teraz wyśpiewują!! Coś pięknego!!
Serdecznie pozdrawiam i pozostając w tym mazurskim uniesieniu idę doprowadzić się do kultury, bo z lustra spogląda na mnie jakaś rozczochrana baba.

środa, 29 kwietnia 2015

Kto lubi szczypiorek? Pomysł na własny, zawsze pod ręką.

Szczególnie na wiosnę lubimy kanapki, albo jajeczniczkę ze szczypiorkiem.
Ale nie zawsze mamy szczypiorek pod ręką.
Oto pomysł, który sprawi, że od tej chwili, o każdej porze roku, nawet nie posiadając ogródka, będziemy mieć swój własny, piękny zielony szczypiorek.
Sprawa jest prosta.
Bierzemy butlę po 5 litrowej wodzie ( będzie recykling przy okazji). Wycinamy w niej dziurki i odcinamy jej górną część. Ja wycięłam tak, że został uchwyt, żeby butlę łatwo było przenosić.
 Sypiemy ziemię. Zaopatrujemy się w cebulę, albo zużywamy do tego te cebule, które nam już zaczynają wyrastać.
Ja kupiłam paczkę dymki do sadzenia.
Butelkę można oczywiście ozdobić, dekupażem, albo pomalować, albo ozdobić w każdy inny dowolny sposób, który nam przyjdzie do głowy.
Ja nie ozdabiałam.

Posadziłam wyrastającą cebulę w górnej części butli,w dziurki powtykałam dymki, podlałam, poczekałam 3-4 dni i oto mam swój własny szczypiorek.




Myślę, że ten pomysł można też wykorzystać w zabawie z dziećmi. Dzieciaki uwielbiają zakładać własne "uprawy". A przy okazji może polubią "zielone", do którego nie zawsze dają się przekonać?

Trawa, albo zboże posiane w ten sposób będzie też dobre dla kota:)


wtorek, 28 kwietnia 2015

Droga nad jezioro -śmieciowy problem.

Droga nad jezior to słownie jeden kilometr.
15 minut spacerkiem, a taki rezultat śmieciowy z ostatniego spaceru


Skoro Amelia może na spacery chodzić taczką, ja nie mogę z torbą?
Trzeba pomóc rodzącej się przyrodzie przyjść na świat wolnym od śmieci.





Co mi szkodzi zabrać torbę na spacer? Nic to, że w jednej ręce smycz z psem, w drugiej torba ze śmieciami, zostają oczy d patrzenia.

Miejscowi zwalają na przyjezdnych zaśmiecanie lasu. Czasem nas pytają, co robimy ze śmieciami. Mam ochotę odpowiadać, że puszki zakopujemy na działkach sąsiadów, plastiki palimy w ognisku, a do jeziora wywalamy butelki...
Prawda jest taka, że swoje śmieci segregujemy, szkło i plastik idzie do kontenera, który stoi we wsi, papier palimy, obierki wrzucamy na kompost. Jest, jak znalazł do zasilania grządek na wiosnę. W tym roku mam z niego sporą grządkę pernakulturową.
Resztę zabieramy ze sobą, do swojego osiedlowego kontenera, za który płacimy w czynszu, czy chcemy, czy nie.
Przyjezdni nie wywalają foteli do lasu, mam wrażenie, że widziałam już ten fotel, chyba nawet w nim siedziałam.., ale to nie mój fotel.


Do torby go nie zabiorę, ale mogę się głośno dziwić, że  "ktoś nam śmieci do lasu podrzuca"...
Może dotrze, gdzie powinno?

To, co rozpoczynamy akcję:
Na spacer z torbą?

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Jak się brzuchaci na Mazurach?

Można to zrobić w  trzy dni.
Zostawia się na tarasie 6 zamrożonych kotletów schabowych na noc, żeby odmarzły.
Rano znajduje się pusty worek foliowy i resztkę jednego kotleta przy płocie, a kota pod drzwiami.
Potem już idzie szybko, bo kot nieustannie domaga się jedzenia. Łazi, ociera się o nogi i robi miauuuu, miauuuu.
Nie dasz jeść, jak tak się wdzięczy?
Nie dasz jeść, jak wskakuje na kolana i włącza traktorek?
Nie dasz jeść, jak przychodzi do ogniska i Cię grzeje, bo wieczory jeszcze rześkie?
Nie dasz jeść, jak dogaduje się z Twoim psem, a nawet go, pierdłę ustawia? Bo to on MUSI najeść się pierwszy?
Dasz, dasz...
I dajesz, choć kotlety zabrał sobie sam.
Nie jest wybredny.
Kocia puszka smakuje. Najlepiej cała na jedno posiedzenie.



Wylizać ją trzeba do czysta.


Soku pomidorowego też spróbujemy.



Lubimy też szynkę (ściągnąć ze stołu).




Dzielimy się z pieskiem. Piesek z zazdrości też ugryzie, choć miska swojego żarcia nietknięta.



Tu widać zbrzuchacenie kotka, bo to już trzeci dzień obżarstwa, a pierwszego dnia był cienki, jak karteczka.



A jak się najemy to się bawimy.



Wylegujemy na słoneczku i kokosimy. Pazurkami zaczepiamy, ząbkami próbujemy capnąć.




Pozujemy.



A wieczorem śpimy w chałupce na podusi. Super imprezka, zostajemy do środy:)


I tak przez trzy dni miałam kota, o swoim domku zapomniał. Ślady obżarstwa było widać tu i ówdzie, na grządkach w postaci kupek kory, albo piasku ładnie zebranych w stożek. Po kociemu chował swój urobek. Daleko nie odchodził.
Na odjezdne zostawiłam mu dwie miski jedzenia. Starczy na dzień, dwa. Pewno wróci do swojego domu. Ma go za płotem.
A ja myślę, że będę miała kota na głowie podczas każdego pobytu w Kaczorówce.
Pierwszy raz się trafił taki cwaniak. Inne przychodziły w nocy, jak duchy wyłaniały spod domku, porywały zostawione jedzenie i czmychały, albo w nocy buszowały w śmietniku. Ten czuje się, jak u siebie.
 Nawet przy obiedzie próbował jeść z jednego talerza z Wu.


Psa ignorował, czasem tylko prychnął, jak mu Mop zbyt agresywnie podwąchiwał tył. Ale jedli w zgodzie wielkiej.
Jedno jest pewne, trzeba pilnować jedzenia, cud, że się nie rozchorował po tych 5 surowych kotletach:)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Grunt to wywiązać się z obietnicy.


Jeśli sobie coś obiecuję, to czasami tej obietnicy nie spełniam. Ja, to ja, mogę poczekać, sama sobie nie nawtykam, ani się na siebie nie obrażę (choć czasami mam ochotę).
Co innego z obietnicami, które się składa innym. Z tych należy się bezwzględnie wywiązać i choćby byk na byku(ekhmmm) terminu dochować.

W marcu pokazałam troszkę moich wyrobów de-kupkowych i obiecałam wtedy, zrobić, najpóźniej w kwietniu, szafki na klucze dla Lucy i Kasi Bezblgiej. Dzień za dniem schodził, a to wyjazd w góry, a to huciane wariactwo, a to otwarcie sezonu i wylot do Kaczorówki. Wieczorami siadałam do warsztatu i działałam, ale z de-kupkami już tak jest, że przyspieszyć się nie da. Bejca musi schnąć, to samo z elementem dekoracyjnym. Każda warstwa to czas, który trzeba odczekać, aby zaschło, stwardniało, spękało itd.itp.
Jak już pisałam, modyfikuję technikę i obecnie nie stosuję do swoich wytworków lakieru. Drewno zabezpieczam woskiem. Z kilku powodów. Lakier jest taki toporny i sztuczny, wosk - delikatny, naturalny, ładnie pachnie, drewno nabiera aksamitnej faktury. I jeśli przy lakierze trzeba było odczekać na wyschnięcie każdej warstwy, to przy wosku, niestety nie ma bierności po jego nałożeniu. W czasie, kiedy lakier zasychał, ja mogłam zająć się czymś innym. Przy wosku jest inaczej, trzeba go najpierw położyć, a potem froterować drewno długimi godzinami, żeby nabrało owej aksamitności.
Myślę też, że woskowane szafeczki będą się ładnie starzeć. A lakier wiadomo, może z czasem pękać, łuszczyć się.
Ostatecznie udało mi się dochować terminu i szafeczki dla dziewczyn skończyłam.
Postarałam się, aby były, jak najbliższe zamówieniu.

Kasia prosiła o szafkę w ciepłych brązach, najlepiej z kotkiem. Wyszła, jak widać poniżej.



Oczywiście element dekoracyjny jest także na wewnętrznej stronie drzwiczek.

 A spękania wyszły, jak ta lala!

Mnie się podoba. Teraz oby się spodobała Kasi.

Lucy miała ochotę na szafeczkę z kaczką, a sama szafeczka miała być zielona. Odradzałam Lucy zieleń, bo bejcę, którą miałam była w ohydnym chemicznym, zielonym kolorze. Nie o taką jej zapewne by chodziło. Taka, trochę staroświecka szafka, powinna mieć staroświecki kolor. Poszperałam w internecie i udało mi się kupić bejcę w proszku. Zaryzykowałam i to było to.
Kolor zdecydowanie jest staroświecki, choć na zdjęciu może tego nie widać. Zaryzykowałam i zrobiłam troszkę przecierań, żeby drewno nie było takie jednolite. Wyszło tak.



Oczywiście obie szafki są pachnące, woskiem i akacją.
To już zostało mi tylko spakować paczki i wysłać szafki w świat.

Prewencyjnie zaopatrzyłam się w kilka dodatkowych szafeczek, żeby, jeśli komuś wpadną w oko móc zrobić od razu, a nie zaczynać od zamawiania drewienek.
Jedną z tych dodatkowych mam na ukończeniu. Mogłaby być dla jakiegoś miłośnika koni, bo element dekoracyjny to konisie.
Pokażę ją, jak tylko dokończę, jestem na etapie szlifowania wosku:)

A Wam, jak się podobają?