poniedziałek, 11 maja 2015

Filmowa kariera Wu.

Po sobotnim słońcu, niedziela przywitała nas pogodą raczej smętną, a koniec, końców burzową. Być może natura odniosła się w ten sposób do zaplanowanego na ten dzień wydarzenia, czyli statystowania Wu w pewnym filmie. Miał tam wystąpić we wstrząsającej roli jednego z dwóch ludzi z szafą.  Wyjeżdżając w piątkowe popołudnie z miasta, nawet przez chwilę nie przypuszczałam, że WU czyni oto nieświadomie swój pierwszy krok do filmowej kariery, ale co się stało to się nie odstanie. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że "to się wytnie", jak skwitował swój debiut Wu.
Dodatkowym smaczkiem w tej całej historii jest fakt, że  Roman Polański też skromnie zaczynał swoją światową karierę, od studenckiej etiudy pt. "Dwaj ludzie z szafą", co  karierze Wu zdaje się nieźle wróżyć ;). Następnym kursem na Mazury, musimy koniecznie zabrać dłuuuugi czerwony dywan, do rozwinięcia na obu schodkach na Kaczorówkowy taras:)

Kiedy Wu odgrywał swoją rolę, ja zajmowałam się zwierzakami, bowiem kręcenie zdjęć odbywało się w pobliskiej fundacji, gdzie czterołapych i dwunogich nie brakuje.

Stąd to oblężenie przez przesympatyczną psią sforę, o której wzmiankowałam w poprzednim poście.




Wszystkie czterołape łasiły się, ocierały o nogi, machały ogonami i lizały po łapkach. Jeden nawet chciał mnie sobie zatrzymać na własność przysiadając mi na nodze, a potem, żeby jeszcze bardziej przywłaszczyć na nodze mi się położył.






Na psach i  kotach się nie skończyło, bo na wybiegu czekały dobrze mi znane koleżanki.
Urodna blondyna o rubensowskich kształtach z wykwintnym makijażem na ryjku.



Był też aligancki kawaler, który prezentował swe wdzięki ze wszytskich stron głośno przy tym pochrumkując i mlaskając. A na końcu bezczelnie się odpryskał tuż pod moimi stopami. Można powiedzieć, że mnie zwyczajnie olał, choć nie rozumiem tego postępku, bo przecież założył na okoliczność mojej wizyty dizajnerski garnitur z mazurskiego błotka i nastroszył resztki bujniejszego onegdaj owłosienia.





Z daleka pomachałam do mojej sympatii osła Lopeza i przywitałam się z dwunożnymi krewniaczkami, które akurat z mojej wizyty nic sobie nie robiły okupując wóz, którym wozi się po okolicy niemieckich, zazwyczaj turystów.



Kariera, karierą, ale zanim dojdzie do następnych Oscarów, gdzie niewątpliwe swój finał znajdzie niezapomniana rola Wu, jako człowieka z szafą, należało wrocić do rzeczywistości. Czyli grabie, taczka, szpadel, który spokojnie oczekiwał oparty o donicę na powrót córy marnotrawnej, czyli mnie.


Światła lamp zgasły, Mnemo przywdziała swój stój codzinny, związała owłosienie w precla i poszła z westchnieniem ulgi w grządki.
Plan filmowy jednak jest męczący i czasochłonny, choć zdaje się dubli wielu nie było:)

P.S.
Po tych Oscarach załatwię Wam po znajomości autografy;)



niedziela, 10 maja 2015

Wino z mniszka, miód z mniszka...

Wróciłam. Znowu bardzo dobrze spożytkowane dwa dni miałam. Dużo pracy "na roli", co dla mnie oznacza dużo przyjemności, mnóstwo przyrody, zieleni zapachów. Szkoda, że już późno, więc tak na szybko dla zainteresowanych.

Wino z mniszka, czyli naszego zwykłego mlecza.

Wino z mniszka nosi nazwę STRATO.
Składniki:3 l kwiatów,3 l wody,1 kg cukru,garść rodzynek, 3 cytryny lub pomarańcze. Kwiaty zalać wrzącą wodą i odstawić na 12-24 godz.potem przefiltrować, dodać rodzynki, cytrusy pokrojone w plastry (ze skórką) i cukier. Ja dałam pół porcji cytrusow ze skórą, pół obrałam. Odstawić na 3 tygodnie, od czasu do czasu mieszając. Ponownie przefiltrować i wlać do butelek, ale zbyt mocno nie korkując. Odstawić na 6 tygodni. Znowu przefiltrować, rozlać do butelek i tym razem mocno zakorkować.
Ja oczywiście nie trzymałam się ściśle przepisów. Konsultowałam netowo poszczególne kroki z siostrą, która zna to wino jeszcze z czasów, kiedy mieszkała w Czechosłowacji, tam było bardzo popularne.
Wstawiłam słoje "na górkę", żeby miało ciepło. Słoiki owinęłam streczem, w którym zrobiłam dziurki. Słoje wstawiłam do wielkiej michy, żeby podczas fermentacji nie doszło do zalania podłogi czy cuś.
Wygląda po wymieszaniu składników tak:


Gotowałam też syrop z mniszka. Z dodatkiem cynamonu i laski wanilii. Smakuje bosko.


Razem wyglądał mój urobek tak, a jeszcze przywiozłam "materiał" do domu na syrop, żeby zrobić więcej słoiczków.


Nazrywałam też sosnowych przyrostów na kolejny syrop, tkwią teraz w lodówce, nie miałam już czasu przerobić.

W tym poście http://de-kupa-ge.blogspot.com/2015/05/jedyne-takie-meble-niepowtarzalne.html, pokazywałam mebelki powstające w Kaczorówce i niniejszym udowadniam, że stolik jak najbardziej jest użytkowy. Proszszsz, do czego może służyć!!!!


Kocisko mi się dziś naraziło, oszczał firankę pod blatem na tarasie  i poszedł w długą. Nie było go kilka godzin, a potem wrócił, zeżarł obiad i położył się spać.


A na koniec...mam to.
Mnemo i psia zgraja. Jeśli się dobrze doliczyłam było ich między 8 a 10 sztuk. Wszystkie chciały miziana, łasiły się i dopominały pieszczot.
Szczegóły wkrótce.
Jedno jest pewne, zwierzęta mnie chyba kochają:)


Ten, którego tak czukle przytulam, był cudnej urody i jeszcze cudniejszego uspodobienia. Sama łagodność, ale one wszytskie takie były. Ten najdalej na planie, wiekowy staruszek ledwo chodził, ale też przyczłapał.

Jejku, szkoda, że już tak późno, a jutro wio do huty.
Będę śnić o Mazurach, przetworach, łopacie i grabiach.
Chyba jestem stuknięta:)

sobota, 9 maja 2015

Kocie opowieści i inne.

Kocisko rozzuchwaliło się na dobre. Czekało na nas na schodkach. Ledwo przyjechaliśmy od razu zaczął swoje miauki, dopominał się nachalnie żarcia. Pochłonął całą puszkę i chciał więcej. Nie dałam, żeby mu nie zaszkodzić.
Rano poleciałam do gminy po tabletę na robale i krople na kleszcze. Wyjęłam Bandziorowi 7 sztuk z samej szyi. Fuj, opite, jak bąki.
Potem uczyłam kota kultury, bo menda łazi po stołach i ściąga, co się da, mimo pękatego brzucha.

 Udaje rysia.


Proszę, jaki kulturalny:)


A na Mazurach, to, co zwykle. Taczki, grabie, łopata. Posadzone i posiane już wszystko. Teraz ma tylko rosnąć.
Rododendron posadzony w zeszłym tygodniu rozkwitł już kompletnie. Jest niesamowity. Ma jedenaście kwiatów, każdy wielki jak deserowy talerzyk. I są czerwone.


Kwitną jabłonki w lesie i dzikie gruszki. Owoce mają tak paskudne, że nie nadają się zupełnie do niczego. Cierpkie i twarde, ale kwitną urodziwie.





Spodziewajcie się w tym roku urodzaju jagód. Nie mogłam uwierzyć, że już są takie duże. A krzaczki dosłownie oblepione owocami.
W zeszłym roku robiłam nalewkę jagodową, wyszła pyszna z posmakiem czekoladowym. I była pięknego koloru. W tym roku też taką zrobię.



Zanim nadejdzie czas na jagody, będzie wino z mniszka. Z miszka będzie też miód, już pyrka na piecu. Z dodatkiem laski waniliowej i cynamonu. Nastawiłam dwa słoje na winko. Jutro to trzeba zlać, ddać cytryny, cukier i rodzynki. I zstawić w spokju na 3 tygdnie. Jestem ciekawa tego winka.


W drodze nad jezioro widzieliśmy dziwny obrazek. Na ściętym pniu brzozowym ucztowały żuki gnojarze. Spijały soczek. A myślałam, że lubią tylko gówno.


 No i jeszcze na zakończenie. spotkałam w lesie taki kwiatek. To nie jest szafirek, choć bardzo podobny. Przyjrzałam mu się dobrze. Z pewnością to kwiatek cebulkowy,..


Słonko ślicznie zachodziło, prześwietlając młodziutkie listki klonowe.A teraz czas iść już w piernaty, żeby jutro bladym świtem wstać i pić kawkę na schodkach tarasu.


  Szkoda, że weekend tak szybko mija, ale dobre i to na reset. Huta ostatnio daje popalić. Ciśnienie rośnie i wqrw mnie nie opuszcza. Co, ja bym bez tej Kaczorówki zrobiła?
Mazurskie buzi, buzi przesyłam:)

wtorek, 5 maja 2015

Jedyne takie - meble niepowtarzalne.


Pewnie, ze niepowtarzalne.
Drugich takich nie ma i nie będzie.
Być nie może. Bo nie ma TEJ lipy, z której wykonany jest stolik. Wiekową lipę swego czasu zmogła burza, runęła całym swym majestatem na mazurską glebę. Nie zostało z niej wiele. W zasadzie w całości poszła z dymem w miejscowych piecach. Ten kawałek uratowany z ognia piekielnego...tfu piecowego przeleżał sobie trochę w zapomnieniu, wśród traw zanim trafił do nas.
Potem jeszcze trochę sobie poodpoczywał, aż pewnego dnia powstał z niego przedmiot użyteczny, stolikiem przenośnym zwany. Przenosi się go za stary, metalowy uchwyt, znaleziony na złomowisku.


Nie ma też i nie będzie drugiego takiego zydla. Nie ma  dwóch identycznych pociągnieć piłą, co widać na siedzisku:) Nigdy nie powstanie drugi taki sam zydelek, o nie:)


Za to powstaną inne meble niepowtarzalne. Poczekajcie tylko!!
Idzie lato, ludzie lato idzie!!! Będzie długi dzionek, słoneczko i Kaczorówka.
Nic to, że tylko w weekendy, na mebelki też znajdziemy czas:)
Materiał czeka!

niedziela, 3 maja 2015

Wojny nie będzie.

Dalszy ciąg story z kotem i psem w tle.
Wojny nie będzie.
Kocisko czuje się, jak u siebie. Anektuje, fotele, półki, kolana. Gdzie ty, tam kot. Na spacerze kot, przy jedzeniu kot, przy robocie kot, na kolanach kot.
Dystans miedzy Mopem, a kotem, którego już przechrzciłam na Bandziora, coraz mniejszy.
Dlaczego Bandzior?
No bo zaczepia, atakuje zza krzaka. Idzie sobie człowiek, a tu nagle wyskakuje taka szara kula i skacze na łydki:)
Każdy na swoim fotelu, ale, jak widać kot czuje się, jak u siebie.


 Na tarasowej półeczce, każdy na swoim piętrze,w środku siekiera na wszelki wypadek:) Nie była potrzebna...


Półka została zaanektowana, tam fajnie świeci słoneczko, można spać do wypęku (po obfitym jedzeniu najlepiej)


Tu ostrzegawczy mach łapką, ale Mop nie daje odporu, gdzie kot, tam on.



 Na skrzynce widać pęczki pokrzywy. Będzie własny susz. Z listków brzozy też. I pąki sosny już zasypane cukrem. Na nalewkę od kaszlu.


W trawce też razem, choć w bezpiecznej odległości.


Na kolankach, przy porannej kawce. Nie trzeba go zapraszać, ładuje się sam.


A tak w ogóle to szkoda, że majówka już się skończyła. To były bardzo dobrze wykorzystane trzy dni.
Zresetowałam się totalnie. Same przyjemności przez trzy dni!
Nie muszę chyba mówić, że głównie pracowałam, wożąc taczki, sadząc, pieląc, podlewając, grabiąc igły. Jeszcze troszkę tej wiosennej pracy mi zostało, ale za to latem...będę tylko leżeć i odpoczywać.
Wu zbudował stacjonarną letnią myjnię. Trzeba ją jeszcze wykończyć, przyjechały dechy na płot. Ja dokończyłam porzuconego w zeszłym roku anioła, bo mi się nie podobał. Darowałam mu jego brzydotę, doprawiłam włosy i z podkładu słomianego od wianka zrobiłam aureolę. umieściłam nad podniesioną grządką na cukinie. Niech pilnuje, żeby nie zmarzły. Te wysadzone w zeszłym tygodniu niestety przymrozek wykończył. Za wcześnie wsadziłam. Trochę to wygląda, jak grota z Matką Boską, albo nagrobek, ale cukinie wyrosną, anioł się spatynuje i będzie ok.


W ogrodzie widać wiosnę, można byłoby już kosić trawę. Kwitnie ubiorek, cały na biało, białe tawuły, forsycja, hiacynty, tulipanki botaniczne, fiołki.
Mam dwa nowe nabytki. Białego i czerwonego rododendrona. Ten czerwony jest śliczny, jego pąki są wielkości kurzego jajka. Jak go zobaczyłam złamałam postanowienie "koniec z krzakami". Jest niesamowity.
Ten biały, zaczyna kwitnąć bladym różem, a potem bieleje, też ładny.
Moje "stare" rododendrony, jeszcze śpią. Pąki mają malutkie, jak paznokieć, ale mam nadzieję, że dają czadu pod koniec maja. Są różowe. Mam ich teraz sześć. Dwa różowe, bordowy, koralowy i dwa białe.
Wu ich nie lubi. Mówi, że to krzaki do pałacu, ale przecież Kaczorówka to mój pałac, to, co sobie będę żałować? Szczególnie, że bardzo je lubię.
A na malwy i słoneczniki też starczyło miejsca. W tym roku powinny znowu kwitnąć.




Na mojej małej jabłoneczce przysiadł taki śliczny motylek. Nigdy takiego nie widziałam.
Ledwo dał się zauważyć.
Pomyślałam, że chyba to jakiś bardzo rzadki gatunek, a okazało się, że to ....
zwykły bielinek!
Bielinek mimo,że zwykły to  w Polsce jednak rzadki.
 Co ciekawe, tylko samce mają na skrzydłach charakterystyczne pomarańczowe plamki.



No i rzut oka zoomem " na wieś", wycieczka konna. Szkoda, że nie umiem jeździć konno. Pod nosem mam tyyyyyle koni. (Słyszysz Krecie?)


I to chyba wszystko. Długi ten post, ale musiałam się podzielić tak uroczo spędzonym czasem.
Aaaa i jeszcze zaobserwowałam, że na Mazurach zaczynam się dziwnie zachowywać. Nie włączam lapcia, nie gadam przez telefon, idę spać o 22, budzę się kiedy jest jeszcze ciemno i nie mogę doczekać, kiedy się rozwidni. Żeby nie ziąb poranny to wstawałabym o 5, a tak leżę do 7, a potem bombarduję Wu, że czas wstawać.
Na tą kawkę na schodkach tarasowych. Słuchać ptaków. Co one teraz wyśpiewują!! Coś pięknego!!
Serdecznie pozdrawiam i pozostając w tym mazurskim uniesieniu idę doprowadzić się do kultury, bo z lustra spogląda na mnie jakaś rozczochrana baba.