Czas leci jak opętany. Zaraz zacznie dnia ubywać, ja się martwię, że wkrótce będzie po lecie.
Nie tylko tym ostatnio się martwię.
Wrrrr.
Ktoś na polepszenie humoru i na smutki puścił mi tą oto opowieść.
Żebym nie tęskniła tak za Mazurami i tym latem, które się zaraz skończy.
Na chwilę pomogło.
Uśmiałam się serdecznie:)
Film ściągnięty z https://www.youtube.com/watch?v=VSn-565oAd4
wtorek, 16 czerwca 2015
czwartek, 11 czerwca 2015
Na Mazurach jest ok:)
Widać na poniższym zdjęciu, że jak najbardziej ok;)
Szczególnie, że letnia myjnia (innej brak) została na czas ukończona i zwieńczona kwietnikami. Można brać prysznic dowolną ilość razy dziennie, pod warunkiem, że temperatura jest odpowiednia i świeci słońce.
A ostatnio świeciło i to bardzo. Na orliki na przykład:)
Jejku, jak ja lubię te długie czerwcwe dni i krótkie noce.
Zaraz zacznie kwitnąć jaśmin, w tym roku krzew będzie obsypany kwiatami, już dosadziłam dwa następne krzaki.
Ten zapach pamiętam z dzieciństwa. Wiele domostw było wtedy obsadzonych jaśminem, bzem, kaliną.
Dziś próżno ich szukać w ogródkach.
Tuje są.
Cyprysiki są.
Szlachetne jałowce są.
Dlatego u mnie będą jaśminy, jak dawniej.
Bzy już są. W kilku kolorach. Pojedyncze i podwójne. Czekam, aż podrosną i zaczną kwitnąć.
Kalina też jest i już kwitnie.
I czarny bez się sam zasiał. Nie wiadomo kiedy. Nagle zobaczyłam przy altanie spory krzak.
I pełno młodych głogów. Nie zliczę samosiejek klonów, jarzębin i wszędobylskiej czeremchy.
Nawet są dzikie róże i dzikie gruszki o kolczastych gałązkach.
Część tych samosiejek zostanie.
Niech rosną. Dobrze im tam. Nie trzeba się z nimi cackać, podlewać, zasilać, chronić przed mrozem.
A też są ładne.
Dobrze, że jutro już piątek.
Buziaki dla wszystkich zaglądających:)
Szczególnie, że letnia myjnia (innej brak) została na czas ukończona i zwieńczona kwietnikami. Można brać prysznic dowolną ilość razy dziennie, pod warunkiem, że temperatura jest odpowiednia i świeci słońce.
A ostatnio świeciło i to bardzo. Na orliki na przykład:)
Jejku, jak ja lubię te długie czerwcwe dni i krótkie noce.
Zaraz zacznie kwitnąć jaśmin, w tym roku krzew będzie obsypany kwiatami, już dosadziłam dwa następne krzaki.
Ten zapach pamiętam z dzieciństwa. Wiele domostw było wtedy obsadzonych jaśminem, bzem, kaliną.
Dziś próżno ich szukać w ogródkach.
Tuje są.
Cyprysiki są.
Szlachetne jałowce są.
Dlatego u mnie będą jaśminy, jak dawniej.
Bzy już są. W kilku kolorach. Pojedyncze i podwójne. Czekam, aż podrosną i zaczną kwitnąć.
Kalina też jest i już kwitnie.
I czarny bez się sam zasiał. Nie wiadomo kiedy. Nagle zobaczyłam przy altanie spory krzak.
I pełno młodych głogów. Nie zliczę samosiejek klonów, jarzębin i wszędobylskiej czeremchy.
Nawet są dzikie róże i dzikie gruszki o kolczastych gałązkach.
Część tych samosiejek zostanie.
Niech rosną. Dobrze im tam. Nie trzeba się z nimi cackać, podlewać, zasilać, chronić przed mrozem.
A też są ładne.
Dobrze, że jutro już piątek.
Buziaki dla wszystkich zaglądających:)
wtorek, 9 czerwca 2015
Dla Tupai- robale.
Robali u nas dostatek. Takich znanych i mniej znanych. Bywa, że im się przyglądam, bo cudaki pierwszy raz na oczy widzę.
Czasem mam przygody z ich udziałem.
Ostatnio zbierając majtki ze sznurka wypadła z onych wielka stonoga. Dobrze, że nie włożyłam tych majtek razem ze stonogą.
A na górkę wlatują czasem szerszenie, jak przy mnie to tłukę, bo zarazy wiedzą, jak wpaść, a nazad ani dudu. Boję się ich.
Rozpoznaję różne robalki odpowiedzialne za zżeranie moich nasadzeń. Zbieram i frrru na łakę.
Tym razem zaobserwowałam takie cudaki.
Nie wiem, kto zacz. Może Tupaja wie?
Było to dość spore 2-3 cm. I siedziało na kaflu z którego spijało wodę. Całkiem ładny cudak. Widziałam pierwszy raz w życiu.
Inny cudak przyfrunął w szponach ze swoją ofiarą na stolik kawowy, a potem się przeniósł na modrzew.
Upolowany to chyba chrząszcz majowy. A myśliwy to kto? Tupaja?
Płot powstaje. Krzywy nieco, ale co tam u nas jest prostego? Grunt, że szybko się go robi, pasuje do otoczenia, a jego koszt nie puścił mnie z torbami.
Parę latek postoi, a potem...wymieni się deski:)
Czasem mam przygody z ich udziałem.
Ostatnio zbierając majtki ze sznurka wypadła z onych wielka stonoga. Dobrze, że nie włożyłam tych majtek razem ze stonogą.
A na górkę wlatują czasem szerszenie, jak przy mnie to tłukę, bo zarazy wiedzą, jak wpaść, a nazad ani dudu. Boję się ich.
Rozpoznaję różne robalki odpowiedzialne za zżeranie moich nasadzeń. Zbieram i frrru na łakę.
Tym razem zaobserwowałam takie cudaki.
Nie wiem, kto zacz. Może Tupaja wie?
Było to dość spore 2-3 cm. I siedziało na kaflu z którego spijało wodę. Całkiem ładny cudak. Widziałam pierwszy raz w życiu.
Inny cudak przyfrunął w szponach ze swoją ofiarą na stolik kawowy, a potem się przeniósł na modrzew.
Upolowany to chyba chrząszcz majowy. A myśliwy to kto? Tupaja?
Płot powstaje. Krzywy nieco, ale co tam u nas jest prostego? Grunt, że szybko się go robi, pasuje do otoczenia, a jego koszt nie puścił mnie z torbami.
Parę latek postoi, a potem...wymieni się deski:)
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Miau, miau, miau czyli przypadki kota Bandziora Dziurodupa.
Jak myślicie, kto nas wita na schodkach kaczorówkowego tarasu po przyjeździe na Mazury?
Nie, nie delegacja powitalna. Nikt nas nie wita chlebem i solą.
To kot Dziurodup. Imię (jeśli można to tak nazwać) mocno do niego przywarło. Podobnie, jak Bandzior. Używamy naprzemiennie.
Nie bez przyczyny jednak pojawił się ten Dziurodup.
Bo sprawa wygląda tak, my wjeżdżamy, wchodzimy na taras, tam siedzi na schodkach kot, i kręcąc sie między nogami, jak szalony (kto ma koty to wie) robi szybko, głośno i natarczywie, miau, miau, miau. Rzucam wszystko i otwieram puchę. Nie mogę nałożyć jedzenia, bo wtyka łeb do miski i zżera jedzenie w locie z łyżki do miski.
Je i je. Ja w tym czasie dokonuję rozpakowania. Potem siadam na fotelu, a kot wskakuje na kolana i się łasi, raz za razem podtykając mi pod nos ogon. Co mam wtedy na widoku?
Ano owo imię...
Śmieszny jest. Bezczelny i zuchwały, a jednocześnie słodki po kociemu.
Rządzi się u nas, jak w swoim domu. No i chyba na czas naszego przyjazdu Kaczorówkę traktuje, jak dom. Po dwóch dniach przestaje jeść jak szalony i zaczyna wybrzydzanie. Bywa, że nie zjada wszystkiego, co jest nie do pomyślenia pierwszego dnia.
Będzie dużo zdjęć kota Dziurodupa.
Zabawa na trawie. Co on nie wyczynia z tą piłeczką. Zdjęcia tego nie oddają. Muszę nakręcić film następnym razem.
Asystowanie przy obiedzie.
Sjesta w modrzewiach.
Poranne tarasowanie. Na samym środku wejścia.
Nawet nie drgnie, jak przechodzisz.
Ma w nosie Tośkę, choć ona jest pies na koty. Przewala się jej pod nosem, ale ona kracona przez właściciela, że "nie wolno podchodzić do kotka", uporczywie waruje w bezpiecznej odległości. W pozycji Sfinksa.
Dziurodup Mopka całkowicie ignoruje, albo go zaczepia do zabawy. Ta pierdoła Mop nie wie, co ma robić, nadal się dziwi, że kot przychodzi i się nic, a nic go nie boi, więc obchodzi go łukiem, albo ewentualnie podwochuje od strony imienia...
No i hit ostatnich dni.
Przychodzimy spać wieczorem na górkę, a tam...w najlepsze na łóżku gości kto śpi?
Ano kot!!!
Jedno wsunęło się z lewej strony kołdry, drugie z drugiej strony, a kocisko pozostało na środku. Ani drgnął. Spał w najlepsze do rana.
P.S.
U Hany już w komentarzach napisałam, że wpadłam na pomysł, jak zdbyć kasę na dożywianie tamtejszych kotów.
Spakowałam swoje ładne, choć za małe już na mnie ciuchy. Koniec z tą ułudą, że schudnę.
Zabrałam do swojej huty. Uzbierałam 80 zł. Zakupiłam na początek odkleszczacz i już dokonałam kropelkowania. Dziurodup miał tylko dwa kleszcze, widać jeszcze działało poprzednie zakroplenie, ale ten drugi kot, który do nas nie przychodzi, ale ja mogę pójść do nieg,o miał ich kilkanaście, wieeeeeelkie, jak rodzynki. Pod szyją, na łebku, na karku. Wszystkie usunęłam. Za resztę kupiłam jedzenia. Starczy na trochę. No i jeszcze zostały ciuchy...
Nie, nie delegacja powitalna. Nikt nas nie wita chlebem i solą.
To kot Dziurodup. Imię (jeśli można to tak nazwać) mocno do niego przywarło. Podobnie, jak Bandzior. Używamy naprzemiennie.
Nie bez przyczyny jednak pojawił się ten Dziurodup.
Bo sprawa wygląda tak, my wjeżdżamy, wchodzimy na taras, tam siedzi na schodkach kot, i kręcąc sie między nogami, jak szalony (kto ma koty to wie) robi szybko, głośno i natarczywie, miau, miau, miau. Rzucam wszystko i otwieram puchę. Nie mogę nałożyć jedzenia, bo wtyka łeb do miski i zżera jedzenie w locie z łyżki do miski.
Je i je. Ja w tym czasie dokonuję rozpakowania. Potem siadam na fotelu, a kot wskakuje na kolana i się łasi, raz za razem podtykając mi pod nos ogon. Co mam wtedy na widoku?
Ano owo imię...
Śmieszny jest. Bezczelny i zuchwały, a jednocześnie słodki po kociemu.
Rządzi się u nas, jak w swoim domu. No i chyba na czas naszego przyjazdu Kaczorówkę traktuje, jak dom. Po dwóch dniach przestaje jeść jak szalony i zaczyna wybrzydzanie. Bywa, że nie zjada wszystkiego, co jest nie do pomyślenia pierwszego dnia.
Będzie dużo zdjęć kota Dziurodupa.
Zabawa na trawie. Co on nie wyczynia z tą piłeczką. Zdjęcia tego nie oddają. Muszę nakręcić film następnym razem.
Wieczorne fotelowanie.
Asystowanie przy obiedzie.
Sjesta w modrzewiach.
Poranne tarasowanie. Na samym środku wejścia.
Nawet nie drgnie, jak przechodzisz.
Ma w nosie Tośkę, choć ona jest pies na koty. Przewala się jej pod nosem, ale ona kracona przez właściciela, że "nie wolno podchodzić do kotka", uporczywie waruje w bezpiecznej odległości. W pozycji Sfinksa.
Dziurodup Mopka całkowicie ignoruje, albo go zaczepia do zabawy. Ta pierdoła Mop nie wie, co ma robić, nadal się dziwi, że kot przychodzi i się nic, a nic go nie boi, więc obchodzi go łukiem, albo ewentualnie podwochuje od strony imienia...
No i hit ostatnich dni.
Przychodzimy spać wieczorem na górkę, a tam...w najlepsze na łóżku gości kto śpi?
Ano kot!!!
Jedno wsunęło się z lewej strony kołdry, drugie z drugiej strony, a kocisko pozostało na środku. Ani drgnął. Spał w najlepsze do rana.
P.S.
U Hany już w komentarzach napisałam, że wpadłam na pomysł, jak zdbyć kasę na dożywianie tamtejszych kotów.
Spakowałam swoje ładne, choć za małe już na mnie ciuchy. Koniec z tą ułudą, że schudnę.
Zabrałam do swojej huty. Uzbierałam 80 zł. Zakupiłam na początek odkleszczacz i już dokonałam kropelkowania. Dziurodup miał tylko dwa kleszcze, widać jeszcze działało poprzednie zakroplenie, ale ten drugi kot, który do nas nie przychodzi, ale ja mogę pójść do nieg,o miał ich kilkanaście, wieeeeeelkie, jak rodzynki. Pod szyją, na łebku, na karku. Wszystkie usunęłam. Za resztę kupiłam jedzenia. Starczy na trochę. No i jeszcze zostały ciuchy...
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Płatki róż
Pewna...kobieta była bardzo zapracowana.
Tak jej się życie ułożyło, że od rana do wieczora nieustannie była zajęta. Czasami też nocą trzeba było się zrywać i biec z pomocą ciemną ulicą...
Zapomniała już, co to fryzjer, malowane paznokcie.
Jedynym jej wytchnieniem były chwile, kiedy przed wieczorem, albo wczesnym rankiem mogła wymknąć się do ogródka, gdzie pielęgnowała kwiaty.
W tym czasie inne kobiety, piły poranną kawę, albo właśnie przerzucały na pilocie kanały w poszukiwaniu kolejnego serialu.
W ich ogródkach rosły iglaste krzewy, wygodne i bezobsługowe wśród równo przystrzyżonych trawników.
Kobieta kochała swoje kwiaty, które odwzajemniały się pięknym wzrostem i nadzwyczajną urodą od wczesnej wiosny do późnej jesieni.
Nastał maj. Czas, kiedy ten mały ogródek przyciągał wzrok przechodniów barwami i zapachem.
Pewnego dnia jedna z kobiet zatrzymała swoje szybkie auto przed ogródkiem widząc pochyloną nad pąkami róż właścicielkę.
Piękne róże w tym roku bedziesz miała, zagadała.
Tak, będą pięknie kwitnąć, odpowiedziała kobieta i uśmiechnęła się do nabrzmiałych pąków.
Wiesz, za tydzień moja Luiza zacznie sypać kwiaty na Boże Ciało, poinfomowała ją właścicielka szybkiego auta.
I potrząsając modną fryzurką szybko dodała.
Mogłabyś , kiedy róże zakwitną, oberwać płatki? Luiza miałaby do koszyczka...
Tak jej się życie ułożyło, że od rana do wieczora nieustannie była zajęta. Czasami też nocą trzeba było się zrywać i biec z pomocą ciemną ulicą...
Zapomniała już, co to fryzjer, malowane paznokcie.
Jedynym jej wytchnieniem były chwile, kiedy przed wieczorem, albo wczesnym rankiem mogła wymknąć się do ogródka, gdzie pielęgnowała kwiaty.
W tym czasie inne kobiety, piły poranną kawę, albo właśnie przerzucały na pilocie kanały w poszukiwaniu kolejnego serialu.
W ich ogródkach rosły iglaste krzewy, wygodne i bezobsługowe wśród równo przystrzyżonych trawników.
Kobieta kochała swoje kwiaty, które odwzajemniały się pięknym wzrostem i nadzwyczajną urodą od wczesnej wiosny do późnej jesieni.
Nastał maj. Czas, kiedy ten mały ogródek przyciągał wzrok przechodniów barwami i zapachem.
Pewnego dnia jedna z kobiet zatrzymała swoje szybkie auto przed ogródkiem widząc pochyloną nad pąkami róż właścicielkę.
Piękne róże w tym roku bedziesz miała, zagadała.
Tak, będą pięknie kwitnąć, odpowiedziała kobieta i uśmiechnęła się do nabrzmiałych pąków.
Wiesz, za tydzień moja Luiza zacznie sypać kwiaty na Boże Ciało, poinfomowała ją właścicielka szybkiego auta.
I potrząsając modną fryzurką szybko dodała.
Mogłabyś , kiedy róże zakwitną, oberwać płatki? Luiza miałaby do koszyczka...
Subskrybuj:
Posty (Atom)