Rozdarta jestem, jedną nogą tam, drugą tu. Nieznośne uczucie. Tam, chciałoby się być, a tu się musi.
I urlop to już czas miniony.
Jak żyć?
Powroty do obowiązków są trudne. Patrzę z przerażeniem na zapyziałe dłonie, nie wiem, gdzie mam białą koszulę, i za bogaojca nie pamiętam hasła do hucianego kompa.
Nie odpoczęłam, nie potrafiłam. Nic fajnego nie zrobiłam. Snułam się smętna i rozdarta.
Zmęczona decydowaniem.
Poczytałam książkę, porobiłam fotki motylkom-witrażom, zrobiłam wielkie, wiejskie pranie.
Pranie na urlopie to głupie zajęcie prawda? Chociaż nawet mi to sprawiło jakąś frajdę, bo odbywało się w pralce wirnikowej, płukanie robiło się w starej wannie, a suszenie na linkach rozwiszonych w lesie.
Czynności proste, nie wymagające myślenia, zajmujące dłonie - tego mi teraz trzeba.
Siłą rozpędu, w ostatniej chwili przetoczyłam kamienie pod sosnę, kupiłam trochę fioletowych kwiatów i powstał fioletowy zakątek.
Na drugi dzień został zasypany sosonowymi igłami. Dobrze mi tak. Zachciało mi się zakątków.
Nadal nie mam co liczyć na ogrody Semiramidy na tym ugorze. Niby coś tam rośnie, ale to wszystko takie biedne. Susza okropna, a sosny wypijają każdą kroplę wody.
Chyba powinnam poprzestać na sosnach. Ewentualnie urozmaicić nasadzenia czeremchą, ta ma się dobrze, sieje sama i trudno ją wypenić. Leśny chwast, jak mówią leśnicy.
Pogoda...lepiej nie mówić. W kratkę, z majtek trzeba było wskakiwać w ciepłe polary. Wiatr łeb urywał codziennie.
Jezioro zaliczone tylko raz, bez rewelacji. Woda śmierdziała bardzo zdechłą rybą.
Wu działał, ale też twierdzi, że efekty są marne.
Powstała nowa szafka na taras. Wzbudziła powszechne zainteresowanie. W porówaniu z tą prowizorką, co tu była do tej pory, nowa jest rzeczywiście piękna. Wu się wprawia. Następna będzie szafa, ale to już w domku. Wu twierdzi, że pomylił się z powołaniem. Powinien zostać stolarzem, od mebli dziwnych. Podczas prac spieramy się o kolorystykę. Nasz domek jest ciemny. Te okienka strzelnicze, zamiast okien doprowadzają mnie do szału. Meble powinny być jasne, ale jasne, czy wrećz białe odpadają. Wu ma awersję do białego mebla. Mnie się podobają, ale musi być kompromis.
Dziurodup, vel Dziurek, zaakceptował nowy mebel, szczególnie, że jest to jego miejsce stołowania.
Mam wrażenie, że z tego cienkiego, jak karteczka koteczka, zrobił się wielki ryś. Szkoda, że nie mam wagi, żeby go zważyć.
To piękny kocur, który ma dziurę zamiast żołądka.
Wspólnie z sąsiadami sprawiliśmy jednak, że Dziurek czasami nie przejawia JUŻ ochoty na żarcie. Nie dziwota, bo je podwójnie, raz u nas, raz za płotem. W ten sam sposób zażywa sjesty, raz u nas, raz na kanapach sąsiadów.
Swój prawdziwy dom chyba na razie porzucił.
Wu uratował jeszcze rozpęknięty przez zimę stoliczek, nabijając w pęknięcie pierdylion kołeczków i dorabiając niby rattanowe wsporniki na krzywych nóżkach.
Dokończył też krzywy płot, dodając mu tu i ówdzie zdobione sztachety.
No nikt takiego nie ma w okolicy. Mówię Wam.
Wszystkie prace wykonywał w myśl zasady "kąty proste są dla mięczaków".
Zgadzam się z nim. Kąty proste w tej głuszy wyglądają pretensjonalnie.
Trzymajcie za mnie jutro kciuki.
Muszę teraz sprawdzić na mapie którędy do huty.
Ała!!!
P.S.
W na życzenie Hany wstawiam michę upolowaną na starociach. W sumie to chyba jest naczynie do smażenia powideł, ale wygląda jak micha i dokładnie mi o taką chodziło.
poniedziałek, 27 lipca 2015
piątek, 10 lipca 2015
Krwiożercze bestie?
Na spacerku...jest miło. Ptaszki śpiewają, słonko świeci. Łąki, las, cisza.
Nagle widzimy coś w oddali, na trawie, na ogrodzonej wielkiej łące/pastwisku. To "coś", rusza się. Podchodzimy bliżej i widzimy kilka psów zajętych jedzeniem.
Na nasz widok część psów ucieka, ale jeden zostaje. To Trójłapek. Tzn. ma tylko trzy łapy.
Zagoniły biedną do ogrodzenia i zagryzły.
Wu niczego nie gonił i nikogo nie zagryzł, ale na innym spacerku zamiast grzybów znalazł w lesie TO!!
Piękny egzemplarz, ze 3 kilo waży.
I tym sposobem Wu został rogaczem:))
Nagle widzimy coś w oddali, na trawie, na ogrodzonej wielkiej łące/pastwisku. To "coś", rusza się. Podchodzimy bliżej i widzimy kilka psów zajętych jedzeniem.
Na nasz widok część psów ucieka, ale jeden zostaje. To Trójłapek. Tzn. ma tylko trzy łapy.
Podchodzimy jeszcze bliżej i już widzimy, co tak zajadały psy. To młoda sarna padła ich łupem. Te psy nie są głodne. Prawdopodobnie sarenka weszła za ogrodzenie, a w psach odezwały się instynkty przodków.
Zagoniły biedną do ogrodzenia i zagryzły.
Wu niczego nie gonił i nikogo nie zagryzł, ale na innym spacerku zamiast grzybów znalazł w lesie TO!!
Piękny egzemplarz, ze 3 kilo waży.
I tym sposobem Wu został rogaczem:))
czwartek, 9 lipca 2015
Pinio - najmniejszy pies świata.
Tak mi się przynajmniej wydaje, że najmniejszy. No może nie najmniejszy w świecie, ale z pewnością w rodzinie.
Myślałam, że Mopcia - kurdupla nikt już nie pokona z gabarytami, a tu proszę. Pojawił się ON.
Pinio jest już prawie dorosły, ma 7 miesięcy, a waży 1,60 kg. Nawet kocie szelki trzeba było zmniejszać. Nie urośnie już wiele.
Koniec, końców pewno będzie ważył ze 2 kilo.
Mopek boi się go, jak ognia, bo w małym ciałku Pinia drzemie wielki wojownik. Kocha ludzi, tuli się, łasi, za to konkurencję, czytaj Mopka, bezlitośnie kąsa i drze na niego japę.
Mopek początkowo zainteresowany, chciał się zakolegować, ale szybko zmienił zdanie i koniec końców wpadł w jakieś przestraszenie, trząsł się cały i nawet na Pinia nie chciał patrzeć.
A Pinio za nim krok w krok...
Mopek przestraszony, z opuszczonym ogonkiem i odwracając łepek, żeby tylko na diabełka nie patrzeć, zmykał pod Pańci obronę.
Na nic zdały się próby ich zakolegowania. Pinio przeraża Mopka i koniec. To już zdecydowanie lepiej dogaduje się z Dziurodupem, który jest radosny, pogodny i chętnie by się bawił z Mopkiem, gdyby to cielę wiedziało, jak się bawić z kotem.
Ponieważ Mop nie kuma, jak bawić się z kotem, kot bawi się sam ze sobą, albo turla piłeczkę tenisową.
Jak mu się znudzi odpoczywa na najwygodniejszym leżaku.
Albo pod nim...
Jestem ciekawa, czy zgadniecie jakich ras mieszanką jest Pinio?
Myślałam, że Mopcia - kurdupla nikt już nie pokona z gabarytami, a tu proszę. Pojawił się ON.
Pinio jest już prawie dorosły, ma 7 miesięcy, a waży 1,60 kg. Nawet kocie szelki trzeba było zmniejszać. Nie urośnie już wiele.
Koniec, końców pewno będzie ważył ze 2 kilo.
Mopek boi się go, jak ognia, bo w małym ciałku Pinia drzemie wielki wojownik. Kocha ludzi, tuli się, łasi, za to konkurencję, czytaj Mopka, bezlitośnie kąsa i drze na niego japę.
Mopek początkowo zainteresowany, chciał się zakolegować, ale szybko zmienił zdanie i koniec końców wpadł w jakieś przestraszenie, trząsł się cały i nawet na Pinia nie chciał patrzeć.
A Pinio za nim krok w krok...
Mopek przestraszony, z opuszczonym ogonkiem i odwracając łepek, żeby tylko na diabełka nie patrzeć, zmykał pod Pańci obronę.
Widzicie, jaka jest między nimi ogromna różnica w gabarytach?
Mopek wchodzi w średniej wielkości trawkę i już go nie widać, Pino znika nawet w mchu leśnym:)
Na nic zdały się próby ich zakolegowania. Pinio przeraża Mopka i koniec. To już zdecydowanie lepiej dogaduje się z Dziurodupem, który jest radosny, pogodny i chętnie by się bawił z Mopkiem, gdyby to cielę wiedziało, jak się bawić z kotem.
Ponieważ Mop nie kuma, jak bawić się z kotem, kot bawi się sam ze sobą, albo turla piłeczkę tenisową.
Jak mu się znudzi odpoczywa na najwygodniejszym leżaku.
Albo pod nim...
Jestem ciekawa, czy zgadniecie jakich ras mieszanką jest Pinio?
poniedziałek, 6 lipca 2015
Bociany leżące pokotem...
Spokojnie. Nic im nie jest. Właśnie rozpoczął się czas na ich obrączkowanie. Już są na tyle duże, że obrączka nie spadnie im z nóżki, a zwiać jeszcze przed obrączkującymi nie potrafią, bo latać jeszcze nie potrafią.
Jak wyglada cała akcja?
Podjeżdża podnośnik, bocianki zabierane są z gniazda i kładzione w cieniu na ziemi. Nikt ich nie krępuje, nie wiąże, leżą grzecznie z łebkami na ziemi. Udają potulne. Potem szybko, są obrączkowane. Rodzice, jeśli są w pobliżu, wykonują kilka kółek nad gniazdem, a potem odlatują.
Po akcji bocianki wracają do gniazda, całe i zdrowe. Rodzice za jakiś czas wracają, witają się z dziećmi i dalej zajmują się nimi troskliwe.
W taki sposób obrączkowane są bociany w całej gminie o d wielu lat.
W tym roku w gnieździe są aż 4 dorodne bocianki. Apetyt mają doskonały, co przekłada się na ilość wydalanego za gniazdo guana.
Lepiej pod drzewwem nie stać, bo, co chwilę leci pakunek, który z głośnym chlap ląduje na dole. Można oberwać po głowie. Najczęściej jednak ląduje na...płocie. Rozrzut mają spory.
Mycie wodą z węża nie daje wiele, żrące gówienka w mig zasychają w tym upale, odbarwiając farbę.
Płot nowy, szkoda, żeby został zafajdany, ale bociany przecież mają swoje prawa. Na wszystko znajdzie się rada, jest i wilk syty i owca cała.
Płot wystarczyło osłonić folią. Teraz mogą strzelać kupami do woli:)
To już kolejne pokolenie bocianów w tym gnieździe.
Pamiętacie historię małego bocianka, którą opisywałam TU i TU?
Tamtemu biedakowi się nie udało. Szkoda.
Tegoroczne mają więcej szczęścia. Jeśli nie nadejdzie jakaś burza, która im zniszczy gniazdo, jak wtedy, mają szansę wszystkie w komplecie polecieć w sierpniu w daleką drogę.
Można zobaczyć TU, jaka droga przed nimi. Niektóre dolatują aż do RPA, ponad 9 tysięcy kilometrów. Wiele już nigdy nie wraca.
Jak wyglada cała akcja?
Podjeżdża podnośnik, bocianki zabierane są z gniazda i kładzione w cieniu na ziemi. Nikt ich nie krępuje, nie wiąże, leżą grzecznie z łebkami na ziemi. Udają potulne. Potem szybko, są obrączkowane. Rodzice, jeśli są w pobliżu, wykonują kilka kółek nad gniazdem, a potem odlatują.
Po akcji bocianki wracają do gniazda, całe i zdrowe. Rodzice za jakiś czas wracają, witają się z dziećmi i dalej zajmują się nimi troskliwe.
W taki sposób obrączkowane są bociany w całej gminie o d wielu lat.
W tym roku w gnieździe są aż 4 dorodne bocianki. Apetyt mają doskonały, co przekłada się na ilość wydalanego za gniazdo guana.
Lepiej pod drzewwem nie stać, bo, co chwilę leci pakunek, który z głośnym chlap ląduje na dole. Można oberwać po głowie. Najczęściej jednak ląduje na...płocie. Rozrzut mają spory.
Mycie wodą z węża nie daje wiele, żrące gówienka w mig zasychają w tym upale, odbarwiając farbę.
Płot nowy, szkoda, żeby został zafajdany, ale bociany przecież mają swoje prawa. Na wszystko znajdzie się rada, jest i wilk syty i owca cała.
Płot wystarczyło osłonić folią. Teraz mogą strzelać kupami do woli:)
To już kolejne pokolenie bocianów w tym gnieździe.
Pamiętacie historię małego bocianka, którą opisywałam TU i TU?
Tamtemu biedakowi się nie udało. Szkoda.
Tegoroczne mają więcej szczęścia. Jeśli nie nadejdzie jakaś burza, która im zniszczy gniazdo, jak wtedy, mają szansę wszystkie w komplecie polecieć w sierpniu w daleką drogę.
Można zobaczyć TU, jaka droga przed nimi. Niektóre dolatują aż do RPA, ponad 9 tysięcy kilometrów. Wiele już nigdy nie wraca.
środa, 1 lipca 2015
Takie kolanko mieć...
U mnie nic nowego, Mazury-Huta, Huta-Mazury. I tak w koło Macieju.
Wchodzę czasem do netu, poczytam, co u Was, co w świecie i już jest po północy.
Co ten czas tak zaiwania?
Biegnie tak szybko, że nawet nie zarejestrowałam, kiedy, gdzie i jak zrobiłam sobie kuku w kolanko.
Odkryłam TO dopiero w wannie podczas kąpieli.
Lewe kolanko, czego może, aż tak na zdjęciu za bardzo nie widać, ni z gruchy ni z pietruchy zrobiło się fioletowe. Wygląda to na ogromnego siniaka, ale od czego? Nic nie boli, nic nie spuchło. Tylko jakby rozlewa się coraz dalej...
Ki czort?
W pracy, jak dziewczyny zobaczyły, to najpierw zapytały, czy klęczałam na czerwonej kapuście, a potem wysłały do lekarza. Daleko nie mam, kolejne drzwi w tym samym budynku.
No, ale, jak tak z siniakiem do lekarza iść?
Może macie jakąś teorię od czego się to mogło zrobić?
Na osłodę kupiłam sobie i Wu kolejną kaczkę do kolekcji kaczkowej.
Tym razem to użyteczny przedmiot...
zdjęcie z Allegro od sprzedającego.
Kranik będzie służył na tarasie:)
Śmiszny prawda?
Tu link do sprzedawcy: http://allegro.pl/show_item.php?item=5497477218
Pozdrawiam, łapką, macham i w czółka cmokam.
P.S.
Dziurodup już całkiem się zbiesił, tylko śpi na łóżkach i je. Najlepiej 5 razy dziennie.
Obibok i darmozjad jeden:)
P.S.
Już zaczął przychodzić drugi kot, tyle, że wieczorami, dość jest płochliwy.
Skończę, jak Ewa z Mazur...
Wchodzę czasem do netu, poczytam, co u Was, co w świecie i już jest po północy.
Co ten czas tak zaiwania?
Biegnie tak szybko, że nawet nie zarejestrowałam, kiedy, gdzie i jak zrobiłam sobie kuku w kolanko.
Odkryłam TO dopiero w wannie podczas kąpieli.
Lewe kolanko, czego może, aż tak na zdjęciu za bardzo nie widać, ni z gruchy ni z pietruchy zrobiło się fioletowe. Wygląda to na ogromnego siniaka, ale od czego? Nic nie boli, nic nie spuchło. Tylko jakby rozlewa się coraz dalej...
Ki czort?
W pracy, jak dziewczyny zobaczyły, to najpierw zapytały, czy klęczałam na czerwonej kapuście, a potem wysłały do lekarza. Daleko nie mam, kolejne drzwi w tym samym budynku.
No, ale, jak tak z siniakiem do lekarza iść?
Może macie jakąś teorię od czego się to mogło zrobić?
Na osłodę kupiłam sobie i Wu kolejną kaczkę do kolekcji kaczkowej.
Tym razem to użyteczny przedmiot...
zdjęcie z Allegro od sprzedającego.
Kranik będzie służył na tarasie:)
Śmiszny prawda?
Tu link do sprzedawcy: http://allegro.pl/show_item.php?item=5497477218
Pozdrawiam, łapką, macham i w czółka cmokam.
P.S.
Dziurodup już całkiem się zbiesił, tylko śpi na łóżkach i je. Najlepiej 5 razy dziennie.
Obibok i darmozjad jeden:)
P.S.
Już zaczął przychodzić drugi kot, tyle, że wieczorami, dość jest płochliwy.
Skończę, jak Ewa z Mazur...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















