niedziela, 30 sierpnia 2015

Greckie żarcie


Dzisiaj lajcikowo -zdjęciowo, bo... siły nie mam.
Tak to jest, jak się z Mazur po ciemaku wraca, a tu trzeba się odgruzować i naszykować.
Tak się szykowałam, że pomalowane pazureiry obdarłam i jest gorzej niż było. Uff trza było maszynerię do hybrydy wyjąć. W upale zwykły lakier nie chce schnąć. Już się człowiekowi wydaje, że suchy,  delikatnie bierzesz coś w łapkę i ciach zdarty lakier, albo pomarszczony.
A na Mazurach ( kiedyś tam) podpatrywałam Mopecka, jak nurkował do wora na śmieci. Potem się okazało, czego szukał.
Zachciało mu się greckiego żarcia:)
No i po co ja mu takie drogie puchy kupuję, jak on po workach ze śmieciami i tak grasuje?
A potem oprawia te swoje tańce próbując dobrać się do "smakołyku"












A po jedzedniu trzeba pospać.
Zgadnijcie, gdzie ma piesek najwygodniej?


Zawsze tak robi, w domu na kanapie też.
Wygodny no nie?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Stwórca i jego dzieło

O szafie wspominałam?
Nie?
A to dziwne, bo po szafce (klik) na tarasie, Wu  nabrał ochoty na zmajstrowanie szafy i zdaje się, że nawet narzekałam, że znowu chłop utknie mi przy deskach na wiele godzin. 
Utknął, a jakże na wiele godzin i kilka weekendów, bo taka szafa niby prosta, ale czasochłonna. Szczególnie to postarzanie desek, a czasem i kapryśna pogoda, przez którą następowało wstrzymywanie prac, bowiem nasz warsztat stolarski znajduje się pod sosnami.
Dzisiaj w końcu nastąpił upragniony moment zamknięcia szafy drzwiami, które skryły paskudny kąt z całym badziewiem ubraniowym i bucianym. Do całkowitego końca jeszcze troszkę zostało, czyli: trzeba jeszcze zrobić półki, wieszaki na kurtki i półkę na buty. Pewno pojawią się jeszcze jakieś ozdóbki.
Szafa jest pojemna. W przeliczeniu na dziecka to z pięcioro się zmieści, co nie jest bez znaczenia.
Jak zaczynają rozrabiać to czasami się zastanawiam, gdzie je w czortu pozamykać;)

Ostatecznie zmieści się tam ze dwóch kochanków, a jak na sztywno to trzech w miarę szczupłych.
Trzeba być przygotowaną na różne okoliczności:) Mazury to Mazury. Różne tu się dziwy dzieją:)
Ta szafa ma potencjał, mówię Wam.

Stwórca i jego dzieło.


Mam też swój udział w budowie szafy.
Po pierwsze to kształt, to ja uznałam, że narożna będzie lepsza ( i jest). Po drugie doradzałam z kolorem, po trzecie zawyrokowałam o kształcie uchwytów, a po czwarte wymyśliłam, że mają być z jałowca. U nas w lesie mnóstwo jest wyschniętych jałowców i pozyskać dwa patyki to nie problem. Jak się okazało to nadają się świetnie na uchwyty, mają bardzo oryginalną fakturę, no i pięknie pachną.


Technologia wykonania szafy była prosta.
Zakup najgorszych desek ( bo najtańsze) z sinicą (bo to dodatkowy efekt) przycięcie do wymaganych wymiarów, postarzanie ( najupierdliwszy etap, bo czasochłonny), olejwanie, montowanie.
Teraz nas czeka już najfajniejszy etap.
Ozdabianie.
Tylko nie wiem, czy to będzie w tym czy w przyszłym roku.

Bo naszykowałam Wu kolejną robotę.
Czterech chłopa go wkładało do Madzi. A kupiłam to w drodze do sklepu...


środa, 19 sierpnia 2015

Tylko w Kaczorówce przy robocie można się też bawić

Wakacje tego roku spędziłam w Kaczorówce, żadne tam Włochy czy Hiszpania. Byłam widziałam, na razie dość. Kaczorówki mi się chciało na dłużej. Takiego zwykłego tuptania i dziubania, jak to wokół domu. W mieście cały czas jestem w biegu i na tuptanie domowe ani czasu, ani siły w zasadzie nie mam.
No więc tuptalam tak sobie w tej Kaczorówce, aż nabrudziłam tyle ciuchów, że szok. Trzeba było prać. Ale w ręku tyle szmat? Nie da rady. W ręku można majtki wyprać. 
Zorganizowałam sobie prawdziwe, wiejskie pranie. Taki powrót do lat dawnych, kiedy to pranie trwało kilka godzin i człowiek sobie jakoś z tym radził. Dziś trudno sobie to wyobrazić, żeby stać przy pralce wirnikowej, płukać pranie w balii, a potem wieszać na linkach w ogrodzie. Wrzucamy do automatu i kawę pijemy.
Wyniuchałam zabytkową, czechosłowacką pralkę Romo, która na dodatek pogrzewa wodę. Stała sobie u Wieśniaka, całkiem zbyteczna.
Wywlokłam majdan na trawkę, a potem już poszłooooo. Prałam, co w rękę wlazło, ciuchy, pościel, narzuty i co tam jeszcze znalazłam zdatnego. Tak mi się spodobało, że zawiesiłam praniem kilka linek, tak coś 1/4 lasu:) A pranie, łacznie z zabawą trwało kilka godzin. Zupełnie niewykonalne w mieście.
Mopkowi też się podobało, wygodnie było w ciuszkach rozłożonych na trawie, bo pańcia blisko w zasięgu wzroku.



A potem z prania zrobiła się zabawa, bo Wu uznał, że można sobie zrobić na tym wiszącym praniu teatr cieni. A w zsadzie mojego cienia. I kazał mi stać za prześcieradełkami, narzutami i robić rożne dziwne pozy. 
No to stałam i robiłam. Jeszcze zniosę takie fotki, gdzie paszczy i nadmiaru kilogramów aż tak nie widać.
A, co z tego wyszło można zobaczyć niżej.









Ot i tak to wyszło.
Przy robocie też można się dobrze bawić:)
I nie trzeba wozić worów prania do miasta.

piątek, 14 sierpnia 2015

U mnie na gumnie

 w przeciwieństwie do gumna Hany, jest ...zielono:))
Spory udział w zieloności gumna ma Sokołowa, która ze swoją komuną siedzi od dwóch tygodni  za siatką, tzn. za płotem i w podzięce za różne takie mi gumno zlewa, jak twierdzi, dwa a nawet trzy razy dziennie. Tak w zasadzie to zagania do tych czynnści cześć męską, albo dziatwę, bo ma z czego wybierać. Stacjonuje u niej wymiennie coś około nastu osób. Jedni odjeżdżają inni przyjeżdżają, a Ta siedzi w garach i twierdzi, że tak lubi wypoczywać. Niech jej będzie. Dziś, oprócz swojej komuny, nakarmiła i nas, podając przez płot talerze pełne pysznego pene z truflami :) A w tak zwanym miedzyczasie, prasowała pierdylion koszulek od dziatwy na rozstawionej wśród sosen desce. Ona tak ma i to jest choroba nieuleczalna.

Ale miało być o gumnie.

Więc gumno jest zielone ( wiem, nie zaczyna się zdania od więc, ale ja lubię), trawka zielona, w donicach zielono, klapek pnie się się, jak oszalały, hortensje w pełnym rozkwicie.
Ostrzegam będą zdjęcia. Kiepskie bo ze srajfona. Znowu nie naładowałam baterii w aparacie a Wu, nie chce mi dać swoich bo twierdzi, że już przegiełąm. To enty raz.
















Dawno nie zdawałam relacji z gumna, nawet wakacyjnych relacji nie było, bo jakoś tak mi było smętnawo. Nic to, będzie czas jesienią, w słoty przypomnieć sobie letni czas.
Tylko jednym się chciałam podzielić z Wami. Takim przeżyciem, które w zasadzie powinnam przeżyć te dzieści lat temu, bo to wtedy przychodzą człekwi do głowy takie pomysły. Widać jestem opóźniona w rozwoju bo wpadłam na to tydzień temu.
A było to tak.
Tydzień temu na Mazurach było bardzo gorąco, na tyle gorąco, że trzeba było siedzieć do późnej nocy pod sosnami i czekać, aż się ochłodzi i zejdzie gorąc z górki, żeby móc się położyć spać.
Siedzielim tak pod tymi sosnami, sączyli każdy swoje ulubione, Wu jakiś chmiel, a Mnemo jakiś wiskacz, kiedy nagle Mnemo strzelił pomysł do blond  łba. Może z nadmiaru wiskacza, a może dlatego, że Mnemo czasem takie pomysły do łba strzelają.
Kotek... ( jakie to trywialne, ale tak mówię do Wu), śpijmy dziś pod głym niebem. Na trawce...
Nie trzeba było dwa razy powtarzać, Wu kicnął, jak dzierlatek na górkę, zwalił dwa materace i zrobił nam łoże na trawce przed domkiem. Zlegliśmy mając nad sobą rozgwieżdżone niebo, cykady cykały tuż w trawach, na wsi poszczekiwały psy. Za siatką, tzn. za płotem krzatała się komuna szykując się do snu.
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Raczej natychmiast, jak tylko popatrzyłam w rozgwieżdżone niebo,  usłyszałam cykady i poszczekujące psy.





Spało się błogo, przez sen słyszałam, jak Mopek poszczekuje, obudził się w nim brytan pilnujący stada śpiącego pod gołym niebem. Gumno to jego teren.

O 6 rano obudziło mnie uczucie delikatnego dotykania na twarzy. Dotykał mnie maleńki deszczyk, który zaczął sobie kropić, ot tak po mazursku, czyli ni z gruchy ni z pietruchy. Cyknęłam zdjęcie zaspanemu Wu, a potem zwinęliśmy piernaty i zlegliśmy na podłodze chałupki. Na górkę nie chciało się nam już włazić. a potem przyszyła burza, którą podziwaliśmy leżąc na podłodze i obserwując przez otwarte drzwi.



Sokołowa, która cierpi na bezsenność spowodowaną chyba brakiem możliwości stania po nocy przy garach (bo komuna wtedy śpi) stwierdziła, że oniemiała, kiedy to o 5 rano wyszła przed swoją chałupę i zobaczyła nas śpiących błogo na trawie. Nawet pomyślała, że trzeba to uwiecznić jakąś fotką, ale się wycofała, że niby w ten sposób by nam się do łożka nieproszona wpakowała.

Jeśli ktoś ma gumno, a jeszcze nie przeżył takiej nocy pod gwiazdami polecam. Zdaje się, że już kończą się nam upały, a  lato w zasadzie też. To ostatni dzwonek na takie ekscesy:))

**************************************************************************

Z innej beczki.

Dziś rano taki malec zza siatki, dziecko z komuny, woła do mnie trzymając w ręku jakąś rurę, że niby karabin...

XYZ ( tu pada moje imię) nooooo...odpowiadam zachęcająco,
wies...zabiłem wilka...
naprawdę?... udaję zdziwienie...
noooo, ale już posedł... odpowiada malec...


P.S.
Zebrałam nasiona goździka brodatego, różne kolory, jeśli ktoś chciały, pewno starczy dla 5 osób to proszę info na maila. Wyślę.

P.S.2

Na gumnie nie robię NIC, bo mi się już nie chce. Ino uwiłam pokraczny wianek, z tych nooo, zapomniałam jak się zwą.
Miał być w kształcie serduszka, tak dla wyjasnienia.




niedziela, 2 sierpnia 2015

Dziurodup w Sokołówce.

Widzicie cwaniaka?
Nas tym razem nie ma w Kaczorówce, ale są sąsiedzi.
 I  Dziurek korzysta:))
Bo to kot zaradny jest.
Tak sobie żyje od Kaczorówki do Sokołówki. A w razie braku jednych i drugich wraca do Lemurii...






P.S.
Zdjęcia nie są pozowane, Dziurek tak się sam przytulił do pluszaka. Tylko go kocykiem Sokołowa przykryła, żeby bidaczna przy kominku nie zmarzł...