piątek, 2 listopada 2012

Maszyna Singer rocznik 1907

      Przyjechała do mnie tralala,  już jest tralala, maszyna do szycia Singer z 1907 roku :)))) Jak ja się cieszę, że  u mnie jest :)))
      Najpierw ją obejrzałam, obgłaskałam, pogadałam do niej. Potem przy pomocy teściowej naoliwiłam wyczyściłam i wysłuchałam rzeczowej  instrukcji. W trakcie  czyszczenia przypomniało mi się jak to lat temu "dzieścia" babcia uczyła mnie na takiej maszynie szyć, nawijać nici na szpulki, czyścić i wymieniać igły.
   Podczyściwszy singerkę usiadłam do pierwszej po latach próby.  Na początku nieskładnie mi szło pedałowanie, ale to jest jak jazda na rowerze, tego się nie zapomina!!! Z dumą prezentowałam moim chłopakom, jak to umiem pedałować i pokazywałam równiutki ścieg.
    Przypomniało mi się, jak będąc dzieckiem biegałam za ścianę do mojej ukochanej babci Marty  i tam przyglądałam się jak babcia szyje na maszynie. A ona mi opowiadała, jak to kiedyś było.......
      Jak miałam kilka lat babcia pokazała mi jak się obchodzić z maszyną i pozwalała, pod nadzorem, szyć ściegi na gałgankach. Bardzo lubiłam to szycie, ale babcia wymagała, żeby raz w tygodniu, w sobotę, przyjść i wyczyścić jej maszynę. Oliwką, zapałką z nawiniętą na czubek watką i flanelową szmatką czyściłam, więc "singerkę" w każdym zakamarku, a oliwa do maszyny roztaczała specyficzny zapach kojarzony z mieszkaniem babci. Chyba wtedy poznałam pierwsze litery, bo czyszcząc maszynę pytałam babcię, co tu jest napisane, a babcia literowała powolutku S I N G E R, pokazując na każdą literę, a ja za nią powtarzałam S I N G E R. Wyobrażałam  też sobie, że ta maszyna  to jest zwierzę. Jej kształt  kojarzył mi się z chudym czarnym kotem o błyszczącym futrze. Babcia czarowała na tej maszynie sukienki i spódniczki dla mnie i moich sióstr, albo fartuszki, bo w czasach mojego dzieciństwa dziewczynkom zakładano  fartuszki, żeby nie brudzić za bardzo odzieży. Babcia też szyła pościele te codzienne i te paradne na wiano dla moich sióstr, a na końcu też i dla mnie choć byłam jeszcze dzieckiem.
      Maszynę po babci dostała moja siostra i służy jej do dziś.

     Maszyna, którą mam ja, to maszyna babci mojego męża, Sabiny.
Babcia Sabina dostała ją w prezencie od swoich rodziców, prawdopodobnie miała wtedy 17 lat. W czasie okupacji, bojąc się, że maszyna zostanie zarekwirowana przez Niemców, ukryto ją w piwnicy jednej z ciotek na wsi pod Siedlcami.
     Piwniczne warunki nie wyszły singerce na zdrowie. Blat, na którym została zamontowana został uszkodzony przez wilgoć, zardzewiały jej metalowe części, a  piękna złota kalkomania w kilku miejscach odpadła. Maszyna jednak była sprawna. Dziadek Stefan przywiózł ją na furmance z metalowymi kołami, aż do samej Warszawy, jechał ponoć dzień i noc.  Moja teściowa po wojnie przyjechała do stolicy uczyć się w szkole krawieckiej, maszyna była jej potrzebna. Zniszczony blat został zastąpiony drewnianą obudową w formie szafki, a piękne ażurowe nogi gdzieś przepadły. Jednak maszyna była sprawna i teściowa szyła na niej całe lata. Teraz bardzo się ucieszyła, że chciałam ją zabrać i próbować na niej szyć. Pewno jeszcze nie raz skorzystam z jej fachowych porad :))) A Wam W i D dziękuję, że babcina pamiątka może teraz u mnie być:))))
Mój dzielny małżonek czym prędzej  poszperał w necie i z dumą mi oświadczył, że:
  • maszyna jest rocznik 1907
  • została wyprodukowana w Szkocji
  • w miejscowości Clydebank
a wszystko to odnalazł na stronie i zidentyfikował po numerze S 1916954, który jest wybity na maszynie:))
Czeka mnie teraz odnowienie obudowy, coś tam pewno postarzymy i ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia.
Bardzo, bardzo się cieszę z obecności singerki w moim domu. Będzie jej u mnie dobrze:))
Jeśli ktoś chciałby popatrzeć sobie na te wiekowe cacka to na tej stronie ma okazję:)))

A oto ona, piękności prawda??






Pierwsze serducho uszyte na maszynie, znacznie szybciej poszło niż szycie ręcznie:)
Serducho nosi miano "dziękczynnego"



 Życzę Wszystkim  D O B R E J   N O C Y  :)))

czwartek, 1 listopada 2012

Proboszczowi się nie chciało

     Lubiłam Święto Zmarłych, choć to smutne i refleksyjne święto. Wtedy jednak byłam dzieckiem i Ci wszyscy zmarli do których chodziłam na groby zapalić świeczkę nie byli mi znani, to były  jakieś dalekie ciocie, pradziadkowie, dziadek, którego nie znałam to i bardzo smutno mi nie było.

    Od rana w Święto Zmarłych zaczynał się rytuał, ojciec pakował na pierdakę wcześniej zakupione albo wyhodowane chryzantemy, świerkowy stroisz i jechaliśmy "stroić" groby. Na cmentarzu było gwarno, wszyscy układali kwiaty, grabili do czysta ścieżki, równiutko, jak to w Wielkopolsce jest w zwyczaju, stawiali świeczki i znicze, których jednak na razie nie zapalano. 
    Porządkowano też cudze groby, których już nie miał kto odwiedzać, ot wtykano w ziemię świeczkę i układano gałązki świerkowe. Wokół unosił się specyficzny zapach świerkowych gałązek i chryzantem.

     Potem cmentarz pustoszał bo o 14:00 w kościele była msza za zmarłych. Kościół pękał w szwach, zjechali krewni z różnych stron, przyszły cale rodziny, kto mógł i chciał w tej mszy uczestniczył. Po mszy ksiądz prowadził wiernych w procesji na cmentarz, gdzie w centralnym miejscu, przy krzyżu, u zbiegu wszystkich alejek odmawiał jeszcze różaniec. Wszyscy dobrze księdza słyszeli, bo ksiądz był zaopatrzony w mikrofon i głośnik, który dźwigał kościelny. Jeśli akurat w tym dniu padało nad księdzem ministrant trzymał rozpostarty duży, czarny parasol. Cale rodziny stały wokół grobów swoich zmarłych i odmawiały z księdzem różaniec. Nikt nie chodził nikt nie rozmawiał. Wtedy też zapalało się świece i znicze. Dopiero, kiedy ksiądz skończył modlitwy  i na czterech rogach cmentarza pokropił groby wodą święconą zaczynał się ruch, odwiedzanie wszystkich grobów krewnych, znajomych i tych  "pod płotem". Bo pod płotem byli pochowani samobójcy, dzieci, które nie miały chrztu i radzieccy, bezimienni żołnierze, którzy zostali zabici, kiedy na tych ziemiach przetaczał się front. Paliliśmy im świeczki, a wcześniej ze szkołą porządkowaliśmy ich groby.

     Cmentarz powolutku zasnuwał się dymem i pachniało paloną stearyną. Przy nagrobkach tworzyły się grupki krewnych, którzy czasem tylko tutaj, raz do roku mieli okazję się spotkać i porozmawiać. 

     Ja wypatrywałam swojej koleżanki, bo zawsze "po cmentarzu" przychodziła do mnie i zaszyte w pokoju na górce przy rozpalonym do czerwoności piecyku i gorącej herbacie obgadywałyśmy swoje sprawy.

    Minęło wiele lat od tamtych czasów, ksiądz odszedł na emeryturę. Parafia ma nowego księdza. Dziś była  brzydka pogoda, padał deszcz, był potrzebny parasol. Wierni pod parasolami szli karnie w procesji, którą prowadził zmoknięty wikary, proboszcz zaś sunął na przedzie w .......samochodzie. Różaniec proboszcz odmawiał przez megafon również siedząc w samochodzie , który to zaparkował paradnie na trawce pod płotem. Wierni jak zwykle, karnie i  pod parasolami stali przy grobach, nikt nie chodził nikt nie rozmawiał. Aby tradycji stało się zadość, zmoknięty wikary dokonał tradycyjnego kropienia na czterech rogach cmentarza i można było iść do domu. Ksiądz też odjechał samochodem i zabrał zmokniętego wikarego.
Byli tacy, którzy wracali do domu z niesmakiem. Naprawdę tak bardzo mu się nie chciało? A mówi się, że przykład idzie z góry, nie w tym przypadku jednak.

    W zastępstwie pogaduszek z koleżanką przy gorącej herbatce skończyłam dzisiejszego popołudnia różaną skrzyneczkę i troszkę poszyłam. Tak, tak na tej maszynie, która u mnie już jest i niedługo ją Wam z radością pokażę.



A tu Księciunio  zaszyty w pościeli Państwa , uwielbia tłamsić, kopać i miętosić moje falbanki.


Dobrej, spokojnej nocy wszystkim życzę:)))


niedziela, 28 października 2012

Tilda Alicja i zima w październiku?

Alicja, tak jakoś wyszło, że ta druga Tilda podobna jest do mojej koleżanki Alicji. To te płomienno rude włosy sprawiły, że skojarzenia miałam jednoznaczne, szczególnie zaś, że ta pierwsza podobna do innej mojej psiapsiuły mi wyszła.



Koniec, kolejna już nie będzie podobna do nikogo tylko będzie, mam nadzieję, klasyczną Tildą. Bo wiecie, moi drodzy (uchylam rąbka tajemnicy) dziś przyjechała maszyna....... Poświęcę jej jednak osobny post, bo taka jestem uradowana, a maszyna, jak się okazuje ma swoją historię. No, to za jakiś czas zapraszam:)))
Między podskakiwaniem na jednej nóżce, a podśpiewywaniem z radości, że"przyjechała" (dziękuję, dziękuję) poleciałam na spacer z piesem sfocić naszą piękną październikową zimę. Co to się narobiło.....

Gałęzie drzew w parku do samej ziemi i niektóre połamane, za ciężko im od tego śniegu, za ciężko...


Dęby zdziwione, przecież jeszcze chciałyśmy chwalić się naszymi kolorowymi liśćmi.....


Klony tak samo zdziwione


Ławeczki w parku puste



Z tej czytelnik gazet uciekł w popłochu, gazetki zapomniał:)


A pod tą strach usiąść jeszcze gałąź się ułamie, albo czapa śniegowa za kołnierz wpadnie



Cisy aż stękały pod naporem białego puchu


Nie ma co, jagodom cisowym do twarzy w białej pierzynce



Tylko dla dzieci pierwszy śnieg to raj, lepią bałwanki, tylko, co będzie jutro jak się rozpłyną? Pewna mała Zuzia kiedyś, jak jej się bałwanek rozpuścił, rozłożyła rączki i powiedziała " i jak ja mam teraz żyć bez mojego bałwanka?"


Pa, pa lecę na jednej nóżce podśpiewywać przy maszynie:))

środa, 24 października 2012

Moja pierwsza tilda

     Moje drogie. Bardzo się cieszę, że tu do mnie czasem zaglądacie, bo konkurencja duża i tyle Was tu uzdolnionych kobietek tworzy wspaniałe, śliczne rzeczy warte podziwiania. Ja dopiero sobie raczkuję  i dlatego, tak bardzo mi pomaga, jak czasami napiszecie słówko:)
    Dzisiaj  chciałam Wam pokazać moją pierwszą tildę uszytą wczoraj. Jeszcze kwartał temu nie wiedziałam nawet, co to jest.  
    Robiłam ją tak na szybko, wieczorem i bardzo chciałam zobaczyć jak mi wyjdzie, więc nie spoczęłam puki nie skończyłam. Tildami zauroczyłam się u Dysiaczka - dziękuję Dysiu,  tak mi się spodobały, że musiałam spróbować. Pierwsza moja tilda jest z serii tych szczupłych z "noskiem" i do złudzenia, najbardziej z racji włosów, przypomina moją przyjaciółkę. Podobieństwo odkrył mój syn, kiedy pokazałam mu lalę, popatrzył i powiedział, kurczę wygląda, jak Anka. No i rzeczywiście podobna ani chybi.
     Mam już przygotowane ciałko dla lali- grubaska, więc szybciutko kończę i zabieram się za szycie. Teraz nie będę się tak śpieszyć i popracuję troszkę bardziej nad wykończeniem. Czekam na obiecaną maszynę, tu musiałam do uszycia ciałka korzystać z uprzejmości i maszyny teściowej. Reszta szyta w ręku, a to jest czasochłonne.




Jakiś czas temu uplotłam z "darów jesieni"  wianek, teraz ozdabia skrzynię w przedpokoju, albo zamiennie  jest pojemnikiem na świeczki.
Wiecie, jeszcze troszkę i już będziemy szykować świąteczne ozdoby. Jak ten czas szybko leci.



Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i dziękuje, że jesteście, skąd ja bym te pomysły wszystkie brała?
Buziaki dobranocne.

poniedziałek, 22 października 2012

Niebieski i jesienne szwendanie

Mamy kolejny tydzień zabawy u Ani, teraz "króluje" niebieski, u mnie na początek żartobliwie. Od razu się usprawiedliwię, nie ja tego peta dziewuszce w zęby włożyłam:)


 potem nostalgicznie, fajny rower i fajna z niego ozdoba przy tej sympatycznej kawiarence


a następnie "kawiarniano", zdjęcie wyszło mi jak plakat, nie sądzicie?


 by skończyć na ostatnich przed przymrozkami kwiatkach



Jesień przyszła to i "włączyło mi się szwendanie", jak to mama moja mawiała. Ciągnie mnie na łazęgi, wobec tego zaniedbałam troszkę warsztat i rożne rozpoczęte prace leżą odłogiem. Ostanie łazęgi opisałam tu, to nie będę się powtarzać. 
Może jak przyjdzie witrynka, którą sobie wypatrzyłam w necie i zakupiłam to wróci mi chęć na roboty ręczne?


Będzie też dylemat, bo w takim stanie zostać nie może, trzeba malować, przecierać, kombinować, resztę szafek w kuchni również, bo krótko mówiąc są okropne. Lepiej zorientowanych w temacie i zaprawionych w bojach proszę o rady. Szkoda byłoby zepsuć ten mebelek, bo na zdjęciu wygląda nieźle. Jeśli przyjdzie w całości, a ja sprostam zadaniu i ładnie ją przemaluję to w końcu będę miała, gdzie wyeksponować moje porcelanki po babci poupychane w zakamarkach i wyjmowane od wielkiego dzwonu.

I takim to witrynkowym akcentem żegnam się do następnego razu. 
Zupę dziś przypaliłam ( wyczyn no nie), idę szorować gary...........