Najpierw ją obejrzałam, obgłaskałam, pogadałam do niej. Potem przy pomocy teściowej naoliwiłam wyczyściłam i wysłuchałam rzeczowej instrukcji. W trakcie czyszczenia przypomniało mi się jak to lat temu "dzieścia" babcia uczyła mnie na takiej maszynie szyć, nawijać nici na szpulki, czyścić i wymieniać igły.
Podczyściwszy singerkę usiadłam do pierwszej po latach próby. Na początku nieskładnie mi szło pedałowanie, ale to jest jak jazda na rowerze, tego się nie zapomina!!! Z dumą prezentowałam moim chłopakom, jak to umiem pedałować i pokazywałam równiutki ścieg.
Przypomniało mi się, jak będąc dzieckiem biegałam za ścianę do mojej ukochanej babci Marty i tam przyglądałam się jak babcia szyje na maszynie. A ona mi opowiadała, jak to kiedyś było.......
Jak miałam kilka lat babcia pokazała mi jak się obchodzić z maszyną i pozwalała, pod nadzorem, szyć ściegi na gałgankach. Bardzo lubiłam to szycie, ale babcia wymagała, żeby raz w tygodniu, w sobotę, przyjść i wyczyścić jej maszynę. Oliwką, zapałką z nawiniętą na czubek watką i flanelową szmatką czyściłam, więc "singerkę" w każdym zakamarku, a oliwa do maszyny roztaczała specyficzny zapach kojarzony z mieszkaniem babci. Chyba wtedy poznałam pierwsze litery, bo czyszcząc maszynę pytałam babcię, co tu jest napisane, a babcia literowała powolutku S I N G E R, pokazując na każdą literę, a ja za nią powtarzałam S I N G E R. Wyobrażałam też sobie, że ta maszyna to jest zwierzę. Jej kształt kojarzył mi się z chudym czarnym kotem o błyszczącym futrze. Babcia czarowała na tej maszynie sukienki i spódniczki dla mnie i moich sióstr, albo fartuszki, bo w czasach mojego dzieciństwa dziewczynkom zakładano fartuszki, żeby nie brudzić za bardzo odzieży. Babcia też szyła pościele te codzienne i te paradne na wiano dla moich sióstr, a na końcu też i dla mnie choć byłam jeszcze dzieckiem.
Maszynę po babci dostała moja siostra i służy jej do dziś.
Maszyna, którą mam ja, to maszyna babci mojego męża, Sabiny.
Babcia Sabina dostała ją w prezencie od swoich rodziców, prawdopodobnie miała wtedy 17 lat. W czasie okupacji, bojąc się, że maszyna zostanie zarekwirowana przez Niemców, ukryto ją w piwnicy jednej z ciotek na wsi pod Siedlcami.
Piwniczne warunki nie wyszły singerce na zdrowie. Blat, na którym została zamontowana został uszkodzony przez wilgoć, zardzewiały jej metalowe części, a piękna złota kalkomania w kilku miejscach odpadła. Maszyna jednak była sprawna. Dziadek Stefan przywiózł ją na furmance z metalowymi kołami, aż do samej Warszawy, jechał ponoć dzień i noc. Moja teściowa po wojnie przyjechała do stolicy uczyć się w szkole krawieckiej, maszyna była jej potrzebna. Zniszczony blat został zastąpiony drewnianą obudową w formie szafki, a piękne ażurowe nogi gdzieś przepadły. Jednak maszyna była sprawna i teściowa szyła na niej całe lata. Teraz bardzo się ucieszyła, że chciałam ją zabrać i próbować na niej szyć. Pewno jeszcze nie raz skorzystam z jej fachowych porad :))) A Wam W i D dziękuję, że babcina pamiątka może teraz u mnie być:))))
Mój dzielny małżonek czym prędzej poszperał w necie i z dumą mi oświadczył, że:
- maszyna jest rocznik 1907
- została wyprodukowana w Szkocji
- w miejscowości Clydebank
Czeka mnie teraz odnowienie obudowy, coś tam pewno postarzymy i ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia.
Bardzo, bardzo się cieszę z obecności singerki w moim domu. Będzie jej u mnie dobrze:))
Jeśli ktoś chciałby popatrzeć sobie na te wiekowe cacka to na tej stronie ma okazję:)))
A oto ona, piękności prawda??
Pierwsze serducho uszyte na maszynie, znacznie szybciej poszło niż szycie ręcznie:)
Serducho nosi miano "dziękczynnego"
