sobota, 18 stycznia 2014

Zabawa rocznicowa. Uwolnij tandetę, dodaj jej skrzydeł:))

Uczestniczę w zabawach i rozdawajkach na Waszych blogach to pomyślałam sobie, że czas abym i ja jakąś zabawę u siebie rozhuśtała. Bo o letnim candy to już wszyscy dawno zapomnieli. Niech to będzie zabawa z okazji rocznicy publikacji mojego pierwszego posta umieszczonego na tym blogu dnia 2 lutego 2012 r.

Tak myślałam i myślałam i myślałam ( ciężko oj ciężko mi to ostatnio idzie) i wymyśliłam, że zwykła rozdawajka to nie to samo, co zabawa, którą wymyśliły Hana i Mika. Nawet wygrałam tam jedną z nagród:)) A dlaczego nie zwykła rozdawajka, ale zabawa z głosowaniem?  Raz, że jest wesoło, dwa, że uczestnicy wraz z twórcą zabawy muszą troszkę włożyć w zabawę wysiłku:))

 Nie będę oryginalna i pociągnę pomysł Hany i Miki, (wybaczą mi chyba), zabawimy się w poszukiwania tandetnych ubiorów. Widujemy przecież takie koszmarki ubiorowe, ba, niektóre z nas w chwilach pomroczności jasnej, czy upojenia świeżym powietrzem czasem takie cuda nabywają, by po przyniesieniu do domu walić głową w mur wykrzykując, królu egipski, matkozcórką, o kuźwa mać, po co ja to kupiłam!!!!

Nie jestem wolna i ja od grzechu zakupu rzeczy, którą szczerze powiedziawszy założyłam raz i więcej nie zamierzam. Już ze dwa razy wyrzucałam do śmieci, ale w końcu schowałam jednak w czeluściach szafy, bo pomyślałam, że może kiedyś na jakiś bal przebierańców komuś się przyda. Jak się komuś podobają, oddam chętnie.

Owe buty, bo o butach mowa, zakupiłam wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam w miarę młoda, bardzo szczupła nie miałam platfusa w prawej stopie, który wymusza noszenie obuwia wygodnego wręcz rozczłapanego i od czasu do czasu zdarzały mi się jakieś wyjścia "do ludzi".

 Z tym zakupem to było tak.
Spacerowałam z psiapsiółą po jakiejś galerii  (wtedy jeszcze od czasu do czasu robiłam takie wypady zakupowe), byłyśmy obie w doskonałych humorach. Energia nas roznosiła. Na wystawie zobaczyłam buty, właśnie te i pomyślałam, że takie to by mi się przydały, na jakiś ekstra wypad. Wiecie, mała czarna przed kolanko, gołe opalone nogi i te buty, które wtedy były modne. Co nie znaczy, że już wtedy nie były tandetne, były oczywiście, ale pomyślałam sobie, że po ulicy w nich biegać nie będę, ale tak na jakiś wernisaż na przykład.... to czemu nie.

Weszłam i kupiłam, nie były nawet drogie.......
Nie pamiętam, gdzie w nich wystąpiłam. Wiem tylko, że obcas był za wysoki i ledwo ustać mogłam o chodzeniu nie mówiąc, szczególnie po garbatych i dziurawych chodnikach, a cholewki z gumowych pasków, na mych chudych łydkach wiecznie się zsuwały doprowadzając mnie do kuźwicy. Więcej ich nie założyłam.

Banerek do wklejenia:))

I reszta owego obuwia:)




Drugim tandetnym łachem, w którym do dziś paraduję jest koszulka z pieskiem, wypisz wymaluj moim Mopkiem ( choć on nie nosi korony). Kupiłam ją świadomie, bo ma wyrażać mą wielką miłość do tego zasrańca i zaszczańca na krótkich łapkach. Używam jej wyłącznie w domu i w Kaczorówce. Wyglądam w niej jak dzidzia piernik, ale co tam, jestem gotowa do takiego poświęcenia. Czego nie robi się w imię miłości. Szczególnie do psa czy kota:))



No dobrze, to tyle tytułem wstępu. A teraz o zasadach konkursu. Wszak jakieś muszą być:))

Wszyscy chętni do zabawy robią tak:
- szperają w czeluściach szafy swojej, znajomych, sąsiadów czy w innym dowolnym miejscu, wynajdują jakiś ubiór,taki do noszenia, a nie na przebranie,  który jest tandetny, kiczowaty, od pały po prostu, robią zdjęcie i ślą na maila do Mnemo. Dany eksponat, czyli coś co można założyć począwszy od głowy a na stopach skończywszy, może być sfotografowany na osobie (będzie śmieszniej), jak się na osobie nie da to trudno, niech będzie zdjęcie eksponatu leżącego, wiszącego, stojącego.

Termin nadsyłania zdjęć do piątku 24 stycznia do północy. 
Sobotę Mnemo rezerwuje sobie na obrobienie zdjęć stworzenie posta i sondy ( lub innej formy głosowania, jak sonda się nie uda).
W niedzielę 26 stycznia, najpóźniej do północy (jak się coś nie pochrzani)  pojawią się Wasze propozycje tandetnych ubiorów i zaczniemy głosować.

Można, a nawet trzeba, na własnych blogach, czy w innym dowolnym miejscu, agitować o głosy:)) Im więcej głosów tym lepiej, chodzi o wzmożenie napięcia przed wynikiem ostatecznym:)) Tak to sobie wymyśliłam:))

Miło będzie, jeśli umieścicie banerek o zabawie na swoim blogu. Ale oczywiście nie musicie. Jeśli ktoś nie ma bloga, ale jest zalogowanym komentującym to również może, a nawet powinien wziąć udział w zabawie:) Ładnie proszę:))

Głosujemy do piątku 31 stycznia do północy. Sobotę rezerwuje sobie Mnemo na stworzenie posta, a publikację wyników pokaże w niedzielę 2 lutego, najpóźniej do północy. 2 luty to będzie akurat rocznica publikacji pierwszego posta na tym blogu.

Uffff, to chyba wszystko w sprawie zasad, jak coś mi się przeoczyło to poprawię.

A teraz nagrody, zróżnicowane będą:

Miejsce pierwsze, dla osoby, która zdobędzie najwięcej głosów:
własnoręczny, deszczany wytwór Mnemo, jeden z ostatnich Kaczorówkowych tworów. Bo potem to przyszła jesień i Mnemo zaprzestała produkcji.  Janiołek z kamykowymi  oczętami i kamykowym buziakiem. Taki janioł - stróż do powieszenia, postawienia, na tarasie, płocie, werandzie, czy salonie, jak kto chce. Może być z dedykacją od Mnemo, na odwrocie, jak zwycięzca będzie sobie życzył.



bardziej do siebie podobny. Zdjęcie zrobione w Kaczorówce, a nie w wannie, jak dzisiejsze:))



Miejsce drugie:
ręcznie haftowana, nie pierwszej już młodości, serwetka, makatka, dla miłośniczek dizajnerskich wyrobów sprzed lat.


Miejsce trzecie:
kolczyki, udziałane przez Mnemo w czasach, kiedy zajmowała się tego rodzaju tfurczością. Kolczyki będą do wyboru, albo te niebieskie na srebrnych zawieszkach, albo te granatowo-złote, dość duże, wizytowe.





Zwycięzcy jeśli będą chcieć i dojdą ze sobą indywidualnie do porozumienia to mogą ze sobą ustalić wymianę nagród.

Zostało mi teraz Wszystkich tu zaglądających zaprosić serdecznie do zabawy:))) ZAPRASZAM!!!! ZAPRASZAM!!!! ZAPRASZAM!!!!

P.S.
Przypomniało mi się, że 25 stycznia mam zmianę dostawcy internetu. Nie sądzę, żeby to zajęło dużo czasu, ale w razie gdyby coś poszło nie tak i nie miałabym dostępu do sieci, a co za tym idzie mogłabym zawalić termin publikacji nadesłanych zdjęć to dam znać za pomocą netu w telefonie. Jestem jednak dobrej myśli, że wszystko pójdzie gładko.
P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, ale w tej szarówce przez cały dzień trudno zrobić ostre. W końcu wymyśliłam, że zrobię je w wannie. Rany nawet nogę z buciskiem do wanny wstawiłam:)))

czwartek, 16 stycznia 2014

Kiczowaty kicz, głosowanie W Pastelowym Kurniku

Nudno Wam? No to szybciutko, szybciutko lećcie do Pastelowego Kurnika do Hany i Miki pooglądać kicze nad kiczami, a potem zagłosujcie. Sonda jest, jak ta lala. Dziewczyny się postarały, ja nadal nie wiem, jak się robi sondy.

Od razu się przyznaję bez bicia, moje kicze ( trzy nawet) też tam są:))) Ostrzę zęby na nagrodę główną w postaci autoportretu Dzikiej Kury:)) A co!!! Kiedy już Hana zostanie uznaną i sławną pastelistką, ja, posiadaczka jej wczesnotwórczych dzieł zostanę kobietą bogatą. Innej metody na zostanie majętną nie widzę, choć czasami o tym rozmyślam.

Zapomniałam o jeszcze jednym kiczu, który od lat stoi sobie w szafie, między pucharkami, kieliszkami, sztućcami, tackami i innymi precjozami używanymi odświętnie. Nie posłałam na konkurs, a teraz już po ptokach. Ale Wam pokazać mogę:)))

 Owa plastikowa Maryjka z odkręcaną głową ( brrrrr) jest pojemnikiem na wodę święconą. Czy to nie jest jakaś profanacja? Tak brać za głowę i ukręcać, tzn. odkręcać. No, co? Skojarzenia mam takie, jak gołębiowi jakiemuś..........
Zawartość mojej Maryjki to święcona woda z Lichenia, liczy sobie już lat kilka i pewno dlatego, że święcona ani nie zzieleniała, ani nie cuchnie. Dziwne nie? Maryjkę z zawartością dostałam w prezencie, z uwagą, że woda oprócz tego do czego służyć powinna, to pomaga na pryszcze, chore ( zaropiałe) oczy i inne wypryski, czy parchy. Jeśli sobie dobrze przypominam to chyba nawet komuś smarowałam jakiegoś pypcia......Hmmmm, kto to był?



Dziś, jak już sobie przypomniałam o tych właściwościach wody z Lichenia to chyba wysmaruję sobie rękę, bo mnie rypie od nadgarstka po ramię. Może nie tylko dobra ta woda jest na pypcie? Ręka rypie dni już kilka.  Ki czort? Myślicie, że to od klawiatury? Bębnię przecież dużo, a prawą ręką szczególnie.  Pierwszy taki ból mnie złapał w wakacje kiedym wpadła w szał tworzenia ludów z desek i rękę (prawą) nadwyrężyłam szlifowaniem i szorowaniem drucianą szczotką osmalonych dech. Po kilka godzin dziennie z rzędu przez kilka dni. Miało prawo boleć. Wtedy pomógł okład z zimnego ręcznika i zamrożonego mięsa przykładanego do bolącego miejsca. Na całą noc. Ale przecież teraz dech nie piłowałam!!!! Ni takiego nie robiłam ( oprócz stukania w klawiaturę), żeby ręka miała boleć!!!

No dobra idę się smarować a Wy lećcie do Kurnika, ha, zobaczycie jakie to kicze ludziska po domach magazynują:))) A może i u Was jakiś cudny kiczyk gdzieś zalega? Poprosimy dziewczynki o drugą edycję konkursu:))))


niedziela, 12 stycznia 2014

Świat moich wujków...

Dziś mam dla wszystkich zainteresowanych życiem w majątkach przedwojennej Polski ciekawostkę w postaci filmu, który czasy wojennej zawieruchy i komunizmu przetrwał w .......konwi na mleko.
O czym jest ten film? Poniżej jego streszczenie żywcem przeniesione ze strony.

"Paweł Doerffer był synem Karla Julisa, ewangelickiego pastora, który ożenił się z przyjaciółką hrabiostwa Mycielskich - Polką, katoliczką, noszącą nazwisko Szafarska. Ich syn Paweł, całkiem już spolonizowany, w 1886 roku objął administrację dóbr w wielkopolskich Pawłowicach. Syn Stefan, zdobywszy odpowiednie wykształcenie, poszedł w jego ślady i 21 lat później został w Pawłowicach plenipotentem. Administrował dobrami obejmującymi trzy klucze - w Pawłowicach, Łęce Wielkiej i Mchach. Wchodzące w ich skład majątki i folwarki to ponad 10 tysięcy ha gruntów uprawnych, obory, stajnie, gorzelnie, krochmalnie, młyn, tartaki, cegielnie... Stefan Doerffer miał siedmioro dzieci. Wśród nich - syna Stefana, który już jako chłopiec fotografował, a z czasem jego pasją stało się filmowanie. Kupił w Poznaniu amerykańską kamerę Cine Kodak i utrwalał na taśmie sceny z życia rodziny. Kiedy wybuchła wojna, film, kamerę i projektor ukryto w konwi na mleko. W 1946 roku Stefan Doerffer wyjął pamiątki ze skrytki i przechowuje je do dziś. W 1998 roku rodzina zdecydowała, że film można zaprezentować publicznie. Miał się tym kto zająć: pasję Stefana przejawił po latach jego siostrzeniec, Krzysztof Magowski, dziś reżyser filmowy. I oto Magowski, rekomendując i wykorzystując film wujka, wprowadza widza w tamten odległy świat. Pod okiem współczesnej kamery sędziwy dziś Stefan wędruje po dawnych śladach, w czym towarzyszą mu równie wiekowi bracia - Jerzy i Antoni. Starsi panowie wjeżdżają w dzieciństwo i młodość lśniącym studebackerem, jakby wyjętym z sepiowych kadrów kręconych sześćdziesiąt lat temu. Niezbyt pewnie, podpierając się laseczkami, przemierzają wnętrza, wspinają na schody, zatrzymują w alejach, po których biegali jako dzieci, a jako nastolatkowie pędzili z hukiem na swoich ukochanych motocyklach. Przekomarzają się i strofują szukając w pamięci szczegółów, wspominają dawne zdarzenia i anegdoty z przeszłości, do której powracają z sentymentem i radością, bo - jak mówią -żyli w bardzo udanej i szczęśliwej rodzinie. Ze wzruszeniem i rozbawieniem oglądają razem film Stefana i w dzisiejszym pejzażu Pawłowic, Łęki, Brzostwoni, Żytowiecka i Księża Wielkopolskiego starają się odnaleźć ślady tamtych ujęć, powtórzyć sceny, przywrócić ich atmosferę. Pałac w Pawłowicach szczęśliwie nadal stoi, równie piękny i okazały, służąc dziś Zootechnicznemu Zakładowi Doświadczalnemu. Zachowano też dawne parowe maszyny - takie same jak te, które Stefan uwiecznił na polach ojca. Stoi też pałac w Łęce, gdzie psotni chłopcy uczyli kury latać. Trwa Brzostownia - do której rodzina przeniosła się w 1933 roku, kościół w Żytowiecku, gdzie Doerfferowie chrzcili dzieci. Jest i stacja w Księżu Wielkim, z której Jerzy w sierpniu 1939 roku odjeżdżał, by podjąć studia na Wydziale Okrętowym Uniwersytetu w Glasgow. Jego pies biegł jakiś czas za pociągiem, a potem usiadł na torach - zardzewiałych dziś i zarośniętych trawą, bo nie używanych od 1996 roku - i żegnał pana wyciem, jakby czując, że już go nigdy nie zobaczy... Jest też komórka w Księżu, w której Niemcy zamknęli ich ojca, by wkrótce potem rozstrzelać - za to, że nie chciał podpisać folkslisty. Choć wszystko to trwa, to jednak tylko materialnie. Nie ma już świata, który Stefan utrwalał na taśmie. Mimo że przecież jakiś ciąg dalszy nastąpił..."
źż\ródło: http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?film=4212902


Film jest dostępny na: http://stopklatka.iplex.pl/filmy/swiat-moich-wujkow,8028. Trzeba zainstalować dodatek do przeglądarki, ale jest to dosłownie chwila. Na jutubie filmu niestety nie ma.

Dla mnie to bardzo interesujący temat, swego czasu zjeździłam południową Wielkopolskę w poszukiwaniu takich perełek, pałaców i folwarków. Dużą pomocą w tych poszukiwaniach był mój ojciec, który topograficznie był doskonale zorientowany, a o niektórych majątkach potrafił opowiadać ciekawe historie. Szczególnie bliski był mu pałac w Mojej Woli, w którego okolicy w czasie okupacji był na służbie u Niemca. Widywał nawet ostatnią dziedziczkę pałacu w Mojej Woli.  Zebrałam to wszystko w jedną "kupkę" i tak powstała moja praca magisterska. Podczas zbierania materiałów niejednokrotnie serce mi się ściskało widząc w jakim stanie dziś są niektóre z tych perełek.

Najbardziej mi żal pałacu w Mojej Woli, prawdziwej perełki wśród pałaców, ale o tym już pisałam TU.

Pałac w Kotowiecku miał więcej szczęścia, nie jest ruiną, jak wiele innych, ale też nie można powiedzieć, że jest w świetnej kondycji. W czasie, kiedy zbierałam materiały w jego murach było zlokalizowane przedszkole, czy jest tam nadal tego nie wiem.
To jest jednak nic w porównaniu z tym, jak prężnie działał ten majątek w czasach swojej świetności.

 Wyobraźcie sobie, że  w 1729 r. w Kotowiecku był dwór, owczarnia, stodoły, obory, karczma i 13 chałup. Majątek liczył 340 ha. Czynna była cegielnia i wiatrak, hodowano bydło szwajcarskie. Pod koniec XIX w. czynna była gorzelnia, istniało połączenie tzw. tramwajem konnym z Biniewem, działała mleczarnia, stosowano pługi motorowe, chowano 530 sztuk bydła i 1200 świń. W 1917 r. w Kotowiecku założono sklep "Konsum" dla urzędników i robotników folwarcznych. W latach 30. XX w. w majątku von Lekowa pracowało 30 urzędników, 60 robotników stałych i 150 sezonowych. Na polach pracowały dwa komplety pługów parowych, czynne były trzy urządzenia (z pompami elektrycznymi) do nawadniania, a także "deszczownia", istniała fabryka płatków ziemniaczanych, fabryka beczek i skrzyń drewnianych, tartak, kiszarnia kapusty. Z Kotowiecka do Żakowic i Głósek prowadziła prywatna elektryczna kolej o długości 3 km, która istniała do 1936 r. W 1928 r. czynna była kuchnia ludowa, piekarnia, rzeźnia dla potrzeb majątkowych, a także kasyno dla urzędników.  Sprytnie, bo ponoć, co zarobili w folwarku to wydawali na miejscu. No, a po II wojnie światowej majątek upaństwowiono. W takim stanie go zastałam podczas moich wędrówek.




Los zdecydowanie gorzej obszedł się z pięknym pałacem w Śliwnikach. Dziś jest w rękach prywatnych, podobno jest restaurowany.........
Jest w bardzo złej kondycji, co oddaje zdjęcie, które zrobiłam zza ogrodzenia, bliżej, jak to do własności prywatnej podejść się nie da.


Tylko pałac w Sobótce, w którym od wielu lat zlokalizowana jest Siedziba Hodowli Roślin ma się w miarę dobrze. Nie widać tak na pierwszy rzut okna wszechobecnego w innych pałacach zniszczenia i zaniedbania. Jest gospodarz, który widocznie dba o to wyjątkowe miejsce położone z daleka od turystycznych szlaków.


W 2011 roku w pałacu wybuchł pożar, który zniszczył pomieszczenia na parterze, ale na szczęście znalazły się środki na odremontowanie.

Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba na pierwszy raz wystarczy:)))
Skoro za oknem słota, która nie zachęca do wypadów w teren możemy sobie pobuszować po necie i poczytać chociażby o takich właśnie miejscach.
Polska usiana jest podobnymi perełkami, te najbardziej znane mają więcej szczęścia, leżą na popularnych szlakach turystycznych, są w nich muzea, hotele, te malutkie, schowane w miejscowościach, o których nikt nie słyszał kończą swój los po cichutku w zapomnieniu, często dewastowane i ograbiane.


środa, 8 stycznia 2014

Jak się gra to się wygra......

Co okazuje się prawdą, bo wygrałam u Hany nagrodę zwalającą z nóg.
Najpierw zdziwiłam się, kiedy przyniesiono mi paczkę, potem zdziwiłam się zobaczywszy, że paczka jest od Hany i olśnienia dostałam zobaczywszy, co jest w środku paczki.
GATKI!!!
 Racja, przecież pierwsza odgadłam, za co przebrał się Ogniomistrz na imprezkę sylwestrową:)))
Jestem więc posiadaczką zarąbistych GATEK z ogonkiem, w których znowu będę wiosną zadziwiać otoczenie w mazurskiej kniei. Czasem, kiedy zbierze się doborowe towarzystwo robimy sobie w Kaczorówce przebieranki i wychodzimy na spacer, budząc powszechne zainteresowanie wśród miejscowych i spotkanych na trasie przemarszu turystów.

Obiecałam Hanie, że pokażę GATKI, co niniejszym czynię. Hana radziła dla lepszego efektu wypchać sobie tylną część ciała poduszką, wyjaśniam, abyście nie pomyślały, że mam AŻ TAK WIELKĄ!!!! Wu zawiązał mi kokardkę na ogonku, żeby było widać, że jestem dziewczynką


A tu już wersja bez poduszki na kuprze, zdecydowanie moim zdaniem jest lepsza wersja pierwsza:))


To najbardziej odjechana nagroda, jaką w życiu wygrałam:))  Zazdrościcie mi no nie?? Takie GATKI  ma Ogniomistrz i ja, chyba, że Hana też ma, ale się nie przyznała:))

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Przepiśnik w try miga

Święta, świąta i po świętach. Nic szczególnego, nie licząc snucia się z kąta w kąt podczas TRZECH DNI WOLNEGO nie zrobiłam. Są takie dni, że wszystko z rąk leci i za co by się nie zabrać to i tak nie jest to. No to tak właśnie minęły moje trzy dni wolnego. Nie licząc wycieczki A2 do Sochaczewa i nazad, celem przetkania  Madzi. Ach ta  francuska technologia.Trudno,  niech tam, i tak czasami trzeba.
Teraz, kiedy już kończy się ostatni dzień wolnego, jakoś zaczęły się pojawiać pomysły na zagospodarowanie czasu:))) To też chyba norma:))
Przypomniało mi się, że jedna młoda mężatka, pośpiesznie, na kartce zapisywała przepis na moje rybki w occie. No to pomyślałam, że zmontuję jej przepiśnik. Żeby przepisy miała w jednym miejscu.
Problem był tylko taki, że w życiu nie robiłam żadnego przepiśnika, a skraperka ze mnie jak z koziej pupy worek na mąkę.
Jednak przytargałam zwykły brulion w kratkę, taki na sprężynie, wstążeczki, stare prezentowe torebki i inne zalegające pierdółki.
Ciach, prach i powstał pierwszy przepiśnik w moim żywocie.


Jest dwustronny, z tyłu będzie można zapisywać specjalne przepisy na święta.


Zrobię jeszcze drugi, tak dla wprawy i wykorzystania różnych pierdółek walających się po szufladach.
Muszę poszukać kolejnej młodej mężatki, bo moje przepisy od ponad dwudziestu lat spisane na karteluszkach walają się tu i ówdzie. Kto by wszystko przepisał?