poniedziałek, 9 września 2013

Troszkę Was wkurze?

Kto by się spodziewał że mały poranny spacerek zakończy się właśnie tak.........

P.S. jesień na mazurach jest śliczna.... buziaczki ślę:)

środa, 4 września 2013

Post specjalny dla Hany, Kretowatej, Miki i reszty co tu zagląda:))))

Nie ma jak to powspominać stare czasy, a jak najlepiej? Czasem wystarczy posłuchać muzyki z dawnych lat, a jak się da jeszcze obejrzeć wykonawców to już poprawa humoru gwarantowana. Ludzie, jak ten świat się zmienił!!!! Kto nie wierzy niech obejrzy z uwagą te filmiki, wpierw niech jednak zadba o to, aby majtek nie zmoczyć. Szczególnie polecam filmik nr 2 Ramaya, należy wsłuchać się w tekst nie przerywając oglądania. Słuchać należy głośno. Polecam również poniższe kawałki zapuścić sobie przy okazji najbliższego gruntownego sprzątania, sukces murowany.Sprzątanie odbędzie się migiem i w dobrym nastroju. Choć nie ma szczególnej okazji to Wasze zdrówko dziewczyny i miłego słuchania i oglądania:)))




wtorek, 3 września 2013

Kto dziurawi dach?

Jak mi się kiedyś dach zawali na głowę to pierwszym podejrzanym jest ON. Przyłapałam drania na gorącym uczynku.
Zanim to jednak nastąpiło długo się zastanawiałam, kto mi bladym świtem stuka po dachu. Pierwszym podejrzanym był Łudi, ten to ma zwyczaj walenia dziobem w co popadnie, rozkuwa otwory wejściowe budek lęgowych, opukuje każde drzewo po kolei, nawet stuka w przygotowane słupki do ogrodzenia. Tylko po co miałby mi walić po dachu? Toż to zwykła, paskudna i nie do zjedzenia papa dachowa!!!
 Drugimi podejrzanymi były sójki, ale po bliższym zapoznaniu się z ich zwyczajami ta teoria odpadła. Sójkom  nie chce się walić dziobem w poszukiwaniu jedzenia, one wolą gotowca, ot ukraść kawał chleba ze stołu, albo buszować w kompostowniku.
Sikorki są za małe, a pleszki jedzą owady. No to, co u licha tak stuka i stuka? Zagadka rozwiązała się sama i oto jest ON, winowajca stuków i puków dachowych.

Podejrzałam, że chomikuje w szparach na dachu ziarna wyniesione z karmnika, a potem zasiada i swoim długim dziobkiem wyjada zapasy. 
Czasem  w taki sam wykorzystuje korę na drzewach. Po prostu pod odstającą korę upycha nasiona, a potem je wyjada. Często robi to zwieszony głową w dół, co jest charakterystyczne dla kowalika. Inne ptaki tak nie potrafią.

Kowalik jest żarłoczy i szybki,  inne ptaki przychodzące do karminika ustępują mu miejsca.
Z reguły w karmniku żeruje sam, a reszta wypłoszonego ptactwa wyczekuje na pobliskich gałązkach.  kowalik wyciąga długim dziobem zaiarenka i jak nagle przyleciła tak szybko znika...... jak się okazuje na moim dachu:)

Najmniej strachu przed nim okazują dzwońce, ale one to takie trochę ociężałe i powolne są. 
Zobacie, jakie kowalik ma szpony. To właśnie nimi dobrze trzyma się drzewa i może tak po pniu wędrować głową w dół.

P.S.

Przypomniało mi się dziś, że dawno nie jadłam barszczu ukraińskiego. Mówię Wam pychota mi wyszła!! Jak się komuś zapomniało, że istnieje taka zupa, zachęcam do ugotowania na jutrzejszy obiadek:))

To, co ?  Następnym razem może być o sikorkach?

poniedziałek, 2 września 2013

Jak się komuś chce...

to może sobie obejrzeć pasjonujący film przyrodniczy, który własną ręką nakręciłam, a potem kilkając na oślep na jutubie, go opublikowałam i nawet ponoć usunęłam drganie obrazu. Z dźwiękiem nie odważyłam się już eksperymentować, ani też nie podjęłam ryzyka edycji mojego dzieła, bo po drodze jeszcze włączyłam jakieś google plus, co dało efekt nieoczekiwany w postaci zmiany wyglądu ( interfejsa?), więc dłubiąc koleje pół godziny pośpiesznie się z tych ustawień wycofałam ( sama nie wiem jak) do znanego mi i bezpiecznego wyglądu jutuba. Ufff, po co to wszystko takie jest skomplikowane? A ja Wam tylko chciałam pokazać, jak dzwoniec z dzięciołem obiad jedli. To tak dla kontynuacji moich ornitologicznych obserwacji miało być. W tle poszczekuje nasz pies obronny, dzwoniec ma to w dziobie, bo wyżerki nie przerywa. Widać dokładnie, jak przegania innych głodnych stołowników przybierając przerażające pozy. Ustępuje jedynie większemu, w tym przypadku dzięciołowi, zwanego pieszczotliwie Łudy ( że niby Woody). Sama nie wiem, czy jest to zawsze ten sam dzięcioł czy też za każdym razem inny. 




Dzięki tym podglądaniom odkrywam, że mój aparat ma duuuuużo różnych funkcji i lata świetlne miną zanim rozkmninię, który guziczek do czego służy.
Już wiem, że do zrobienia dobrych zdjęć potrzebny jest statyw, nawet mam, ale ze statywem to jakoś refleksu nie mam, a bez statywu zdjęcia wychodzą mi poruszone. No dobra, coś widać, za to, jakie czasem fajne sytuacje można cyknąć. Choćby takie......




Główny bohater filmowy, imć dzwoniec, zapchany ziarnem....

 Chwila nieuwagi a już ma towarzystwo......

Sikora prawie mu na głowę włazi, bo z pobliskich gałęzi nadchodzi wsparcie......


które ląduje obok........

 Jeszcze nie reaguje agresją, bo dziób pełny.......


Nawet wygląda na zdziwionego......


ale to tylko fotki, bo na filmie dokładnie widać, jak się rozprawia z konkurencją, do czasu.......bo nadlatuje Łudi, który na moment wypłasza skrzydlatych stołówników......


No tak to było w tym odcinku. Fotek mam tyle, że jeszcze odcinki mogą nowe powstwać, mogą być dla odmiany sikory przy stole, sikory na popijawie, wieża Babel na słoneczniku, słowem szykuje się tasiemiec niczym Dynastia. Tylko, czy Wy to zniesiecie?

Buziaczki we wsie strony świata przesyłam i witam cieplutko nowych obserwatorów:))


P.S.
Co to ja miałam dzisiejszego wieczora robić? Hmmmmm, już wiem, wyjąć z pralki ( wyprało się  godziny temu) wyprasować, a potem poczytać.......no to chyba już pójdę.........

niedziela, 1 września 2013

Nie powinnam.....

Nie powinnam teraz siedzieć na Waszych blogach i tu skrobać, bo dopiero zjechałam z mazurskiej krainy i należałoby się zdziebko odgruzować, ale pokusa była silniejsza. No i u Kreta na blogu napisłam, że pokażę zbiory grzybowe....
Bo grzyby się pojawiły i jeśli jeszcze nie masowo to w całkiem przyzwoitej ilości. Musiały pojawić się dopiero co, bo w lesie jeszcze niewielu grzybiarzy, ot tyle, co miejscowi i tacy zapóźnieni działkowiecze jak my. Ogólnie Mazury już opustoszały, turystów już malutko, jezioro puste i ciche, a droga powrotna to była bajka, ruch niewielki i dało się przelecieć w trzy godzinki.

Na grzyby z reguły chodzę tak przy okazji spacerów, czyli wzdłuż drogi. Pazerna nie jestem, to tyle, co znajdę przy drodze też mi wystarczy. W końcu nie samym grzybem człowiek żyje.

Tym razem jednak coś mnie goniło do lasu, na przełaj, po krzakach, rana doczekać nie mogłam, żeby już lecieć.
Uzbrojona w wiadro, okulary na dal i buty gumowe ruszyłam,  a za mną z miną cierpiętnika  Wu ciągnący Mopa na smyczy. Z psem to żadne zbieranie grzybów, szczególnie z moim psem. Ten osioł spuszczony ze smyczy gna przed siebie głuchnąc na wołanie, zaś wisząc na smyczy potrafi się zawiesić z nosem wciśniętym w jakieś trawy i tak niuchać z 10 minut, czym wyprowadza z równowagi prowadzącego go na smyczy. Tym razem był to Wu, bo ja miałam zbierać grzyby.
Zaraz za chałupą na wejściu do lasu, przy samiuśkiej drodze bęc........

sześciopak, ślicznych czerwonych koźlaków.....


Już nie było siły mnie powstrzymać, przed skokiem w krzaczory,  taka zachęta!!! Jeszcze tylko zdążyłam na drodze wnerwić sąsiadów wracających z lasu z dwoma wiadrami  podgrzybków, ale nie mieli takich ślicznych czerwonych....

I borowików takowych, później znalezionych też nie......


Krążenia po lesie nie będę opisywać, bo było dość chaotyczne i musiałabym słów brzydkich używać powtarzając Wu strofującego bez przerwy naszego głupiutkiego psa. Bo nasz piesek jest kanapowym słodziakiem, zaś na spacerze bywa upierdliwy do bółu. Że zawiesza  się nad byle trawką,  już pisałałam, za to, jak człowiek chce chwilę postać, ( a Wu musiał czasem na mnie czekać) to ta mała pierdołka piszczy, jęczy i ciągnie do przodu.

Koniec końców zbiory były pierwszego dnia takie:


Dzisiejszych już nie sfociłam, bo dziś udaliśmy się już bez psiego towarzystwa i nazbieraliśmy na tyle dużo, że należało się śpieszyć z obieraniem, żeby na czas w drogę powrotną wyruszyć. Właśnie teraz grzyby się suszą w suszarce.

Przy okazji spotkałam takiego witrażowego grzybka, jadalny to on raczej nie jest, ale że ciekawie wyglądał to go sfociłam i ostawiłam w spokoju, szczególnie, że wyrastał z jakiejś kupy.


Jagodowa nalewka prawie, że "doszła", ma cudny kolor i ciekawy smak, dziwne, że z posmakiem czekoladowym, tak ocenił Wu. Rozlanie do butelek dopiero nastąpi, to zaś pokażę. Rozochocona tym jagodowym eksperymentem nabyłam pół litra czystej, nazbierałam dojrzałych i ostanich już borówek i nastawiłam nalewkę borówkową. Jestem ciekawa, co z tego wyjdzie, ale przecież jest wódka o smaku żurawinowym to borówkowa nalewka nie powinna być gorsza.


Na koniec pokażę, jaki kącik sypialniany zrobiłam moim dzieciakom. Górka to jedno pomieszczenie, ale żeby było intymniej każdemu to tak ulokowałam miejsca do spania, że każdy ma swój kącik.


W glinianym garnku, których mam kilka i które bardzo lubię włożyłam moje własne hortensje, takie mi w tym roku wielkie wyrosły, za co im jestem bezgranicznie wdzięczna. Drugi buket już innego gatunku przyjechał zdobić "czerwony październik".

A teraz spadam, odgruzować się i mentalnie przygotować na poniedziałek. A kto ma w rodzinie Stefana lub Stefanię niech nie zapomni, że dziś świętują.