Mój fryzjer jest cudotwórą. Zaraz Wam wszystko wyjaśnię. W piątek ledwo żywa powlokłam się prosto z huty na umówioną 3 miesiące temu wizytę u fryzjera. Właściwie na audiencję, bo mistrz nożyczek jest tak oblegany, że kwartał wcześniej trza się umawiać.
Już od progu dostałam burę za odrosty, wiem, wiem miałam je zrobić przed strzyżeniem. No bo nie kładę farby w salonie, tylko przy pomocy Wu, w domu. Salonowa farba jakoś szkodzi mojemu owłosieniu. Nie wiem jednak, czy nie mniej niż stękanie Wu, że śmierdzi, że nudno i że ostatni raz mi już maluje. I tak od kilku lat:)
No, ale wrócimy do fryzjera. Gęby mi się nie chciało nawet otwierać, ale zapytana, "jak tam leci?" bąknęłam tylko, że syf, kiła, mogiła, jestem, zmęczona, nie mam weny, nic mi się nie chce i ledwo tu przylazłam.
Rżnij mówię grzywkę, do zmarszczki!! Chcę krótko!!! Do jakiej zmarszczki? krygował się jak zwykle, że niby jej tam nie ma pośrodku czoła. Tnij, mówię, nie żałuj i tak odrosną, a resztę, jak zwykle. Chciałam, żeby szybko było już po wszystkim. Zrobił tak, jak chciałam i wyszło, jak zawsze dokładnie tak, jak lubię. Taki fryzjer to skarb, można iść, zasnąć na fotelu i nie drżeć, że coś schrzani.
I tak wracając od tego fryzjera poczułam się jakoś inaczej, jakby lżej, zmęczenie i frustracja ostatnimi tygodniami częściwo gdzieś się ulotniły. Dom przywitał mnie pachnący świeżością, zapalonymi świeczkami i wypucowanymi wszystkmi kątami. Cud normalnie. Wu korzystając z wolnego dnia wyrychtował chałupę, jak ta lala!!! Patrzcie ludzie, jak to dwóch facetów w jednym czasie może uszczęśliwić kobitę:))
Czy to ta urąbana do zmarszczki grzywka, czy też wyglancowana chałupa sprawiła, że nie zaległam na kanapie, jak to ostatnio bywało po powrocie z huty jeno wzięłam się do dekupek, których nagle mi się zachciało. Zachciało mi się mocno i zdecydowanie!!!
A co z tej ochoty wyszło można zobaczyć poniżej.
Nie skończone jeszcze, bo jeśli chodzi o dekupki to staram się dokładnie wysuszyć każdą warstwę, więc niestety to trwa i trwa. Kilka dni przeważnie. Brak jeszcze wielu warstw lakieru ich szlifowania i cieniowań. W przerwach na suszenie złapałam za igłę i próbuję podpatrywać matkę naturę. Szykuje się jakieś serducho, albo woryszek, jeszcze sama nie wiem, co. Tak mnie wzięło na hafy po wizycie na blogu Luny. Zanim dojdę do takich umiejętności to pewno będę na emeryturze, ale, co tam, podziubać igłą, dobra rzecz:) Może coś wyjdzie z tego.
W ten łykend wszyscy jacyś u mnie robotni. Wu ze słuchawkami na uszach muzykę tworzy. Klasyczną chyba. Młody coś tam rysuje na tablecie, Katka poleciała do szkoły, ale nabardziej spracowny jest zdaje się pies.
Już od godziny pozostaje w niezmienionej pozycji:))
Czasem łypnie tylko oczyskiem, czy pańcia czasem nie wypowie magicznego słowa "spacer", ale na spacery to jeszcze nie pora. Niech pies dalej pracuje w pocie ....czoła?
P.S.
Witam nowe obserwatorki, zapraszam, cześciej, wrota są otwarte dla Wszystkich:)
To, że mam psa, wiecie, że mam lekkiego świra na jego punkcie - też już wiecie. Ostatnio jednak uzmysłowiłam sobie, że mój pies mnie osacza. A jak mnie nie ma próbuje osaczać Wu, ale on się tak łatwo nie daje.
Wygląda to mniej więcej tak. Siadam w fotelu, pies włazi na moje kolana. Piszę na laptopie, wtyka pyszczysko na klawiaturę, a ja robię literówki, bo nie śmiem panu przecież przeszkadzać.
Leżę w łóżku, pies leży mi na nogach, czasem po nocy ich rozprostowć rano nie mogę takie mam zdrętwiałe. Odpoczywam na kanapie, pies sadowi mi się na brzuchu, ubzdurał sobie, że jestem cokołem, na który on włazi, kładzie się i udaje pomnik, yorka na wywczasach. Po domu snuje się za mną krok w krok, ja do łazienki, on za mną, podgląda bezczelnie, nawet, jak go nie wpuszczę to waruje pod drzwiami i tęsknie tam pomrukuje do czasu, aż nie wyjdę. Ja do przedpokoju, drepcze za mną, jak cień. Gotuję obiad, stoi w progu kuchni i obserwuje, co robię, prasuję, zajmuje miejsce przy desce. Siedzę na krześle, pilnuje krzesła, albo opcjonalnie szuflady.
Normalnie jak mój cień. Nawet łazi za mną kiedy odkurzam mieszkanie!!!!
Do mistrzostwa opanował spanie na poduchach i podusiach.
Czasem udaje gwiazdę filmową i pozuje..........
Jest jednak wyjątek od tego pilnowania i osaczania mnie.
Na spacerze mój pies ma mnie w nosie. Rządzi, którędy będziemy iść i jak długo będziemy chodzić. Im bliżej domu tym dłużej wąchany jest każdy listek i każde źdźbło trawy. Obsikany bodaj kropleką musi być każdy krzaczek i każde drzewo. Nawet jak zabraknie kropelek to i tak salut przy każdym krzaczku i drzewku musi być wykonany. Na spacerze pies głuchnie i nie zważa na ostrzegawcze moje piski, aby nie włazić do rowu pełnego błota, albo nie kłaść się w tej paskudnej kałuży.
Ten kurdupel nie boi się żadnego psa, a powinien, bo łomot już kiedyś dostał za niewinność.
Nawet próbował przyjaźni z krową, ale nie zrozumiała pokojowych intencji, więc salwował się ucieczką, do pańciiiiiiiiiiiii.......
Porafi chodzić po wodzie......
Całkiem dobrze pływa.......
Aportuje kapcie.......
I fruwa..........
Cieszę się tylko, że nie pija alkoholu, jak jego kolega zza płota, taki młody, a już degenerat:))
Zebrało się nam na wieczorne wspominiki, tak przy okazji minionego Święta Zmarłych.
Wspominaliśmy sobie z Wu różnych ludzi, którzy już dawno odeszli lub jeszcze żyją, ale są sędziwymi staruszkami. Wu, zapytał mnie, skąd się wzięło takie dziwne przekręcanie nazwisk na terenach z których pochodzę. Szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia.
Zawsze tak było, zawsze tak się mówiło, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Na przykład sąsiadka miała na nazwisko Fluder i nie mówiło się na nią inaczej niż " Fludrzynio". Albo inne nazwisko, Mucha, ale sąsiadkę wszyscy nazywali "Muszynią".
Bywało, że sąsiadki stawały sobie przy płocie i jedna drugą chcąc przywołać na pogaduszki wołała, "Muszynio", " Witcynio" (od Witek), Kubyszcynio ( od Kubyszek), chodźcie na chwilkę. Pamiętam z dzieciństwa, że do koleżanek mamy zwracało się per Wy. Na przykład "Muszynio, zrobić Wam herbaty"? Nie wiem, czy teraz to jeszcze funkcjonuje, ale te 20 parę lat temu tak było.
Inny zwyczaj był taki, że każde dziecko starszej osobie mówiło dzień dobry, bez wyjątku. Spróbowałabyś nie powiedzieć i tak zaraz by donieśli matce, żeś "rojber niewychowany". Starsi ludzie, czasem pytali, " a od kogo ty "bymbnie jezdeś", a dziecko odpowiadało " jestem np. Zosia Muchowa, Krysia Sokołowa, Marysia Kasprzykowa". Czasami też starsi ludzi stojący w opłotkach na pogaduszkach zaczepali dzieci wracjące ze szkoły takimi słowami : "tyś pewno jest od.....tu padało nazwisko i zaraz potem, podobnaś do (taty, mamy), poznać po rodzie.
Do pewnego czasu i ja poznawałam dzieci "po rodzie". Niestety ostatnio udałam się na moją wieś i nikogo po rodzie poznać nie potrafiłam, wszystkie młode twarze zupełnie obce i nigogo mi nie przypominały, a powinny przypominać moich rówieśników bo to pewno ich mamy i ojcowie.
Nie słychać też powszechnie gwary, którą w czasach mojego dzieciństwa się wszyscy posługiwali. Sama już też niestety nie potrafię jej używać. Za to rozumiem sporo, ot choćby takiego Marycha, który wypisz, wymaluj, "godo rukcuk, jak u nos kiedyś".
Chcecie posłuchać? To zapraszam, tylko kilka minut, a Marych jest bezkonkurencyjny, przeniesiecie się w świat, którego już nie ma w każdej chałupie wiejskiej tak, jak kiedyś to bywało:)))
Dla zaciekawionych, albo chcących sobie przypomnieć troszkę gwary poznańskiej wklejam podręczny słownik znaleziony w necie:
B
Bachać się – kąpać się
badejki – kąpielówki
baka – policzek
bamber – chłop, zwłaszcza bogaty, prostak
bana – pociąg
bauer – gospodarz
bejmy – pieniądze
bimba – tramwaj
blałka – wagary
blubrać – ględzić
blubry – brednie, bzdury
blyce – okulary
brachol – brat
brecha – łom
brechtać się – taplać się w wodzie
bręczeć – marudzić
brękot – maruda
bryle – okulary
bąbas – dziecko
bździągwa – pluskwa, coś małego; osoba ciągle narzekająca
Miałam to zrobić już dawno temu, latem, ale czas szybko leci, lato minęło i dopiero dziś korzystając z kilku wolnych dni usiadłam do tej opowieści.
Do Dźwierzut trafiłam troszkę przypadkowo kręcąc się po okolicy podczas wakacji. Słyszeliśmy o starym kościele ewangelickim i chcieliśmy go zobaczyć. Tak się złożyło, że całkiem przypadkiem, szukając drogi trafiliśmy pod sam płot kościelny. Zaciekawieni starodrzewem i wieżą wyłaniają się zza płota podeszliśmy bliżej.
Zdążyłam wyjąć aparat, bo nigdzie nie dojrzałam tabliczki z zakazem fotografowania, a tu biegnie od domu położonego opodal kościoła młody człowiek. Nauczona przykrym doświadczeniem ze zwiedzania mrągowskiej cerkwi, pomyślałam, że zaraz dostaniemy burę, ale nic z tego. Młody człowiek przedstawił się i zapytał czy mamy ochotę zobaczyć kościół w środku. Oczywiście, że mieliśmy ochotę i to wielką, bo liczyliśmy tylko na zobaczenie kościoła z zewnątrz.
Zdziwieniu naszemu nie było końca bo młody człowiek specjalnie dla nas otworzył kościół i z ochotą oprowadził nas po każdym zakamarku, opowiadając o jego historii.
Mogliśmy z bliska przyjrzeć się ołtarzowi, zakrystii, a nawet organom i troszkę dzwonnicy. Młody człowiek opowiadał z pasją i bardzo ciekawie. Wszystkiego uczy się i dowiaduje sam. Jego rodzina opiekuje się kościołem, bo na stałe nie ma tam pastora. Kościół jest bardzo stary. Pochodzi z XIV w. po pożarze został przebudowany pod koniec XVII lub na początku w XVIII w z wykorzystaniem murów wcześniejszej wieży.
Wnętrze kościoła ma oryginalne, surowe ewangelickie wyposażenie, ołtarz z końca XVI w. z rzeźbioną grupą "Ukrzyżowania" ( mogliśmy się mu przyjrzeć z odległości kilku centymetrów). Ołtarz jest tak zbudowany, że bardzo szybko można go rozebrać i na przykład ukryć w razie niebezpieczeństwa, co wiele razy się już zdarzało. Tak wygląda zamknięty.
Młody człowiek zaprezentował nam ołtarz także w wersji otwartej.
W skrzydłach bocznych na awersach znajdują się portrety Lutra i Melanchtona – też do obejrzenia z bardzo bliskiej odległości, co oczywiście z ochotą zrobiłam.
W zakrystii znajduje się skrzynia i tablica z nazwiskami żołnierzy poległych w kampanii napoleońskiej.
Skrzynia została uszkodzona przez złodziei, którzy nie raz włamywali się do kościoła.
W kościele i okolicy kręcono film Wojtka Smarzowskiego „Róża”. Jeśli film oglądaliście to poznacie kościoł, choć jego wnętrze na użytek filmu otrzymało nieco inną scenografię.
Poznajecie?
Młody człowiek bardzo mi zaimponował, dziś niezbyt często można się spotkać z taką pasją i wyjątkową grzecznością u młodych ludzi. Nie żałował czasu i z chęcią oprowadził nas również po przykościelnym cmentarzu.
Stary cmentarz przy kościele według opinii konserwatorów jest to jeden z najlepiej zachowanych cmentarzy ewangelickich na terenie Mazur. Zobaczyć tu można żeliwne i kute stalowe krzyże nagrobne, żeliwne ogrodzenia kwater, unikatowe obecnie tablice z czarnej masy szklanej z interesującym zdobnictwem.
Opiekunowie borykają się z wieloma problemami, wiadomo, utrzymanie takiego obiektu kosztuje, a w miescowości prawie nie ma ewangelików, to niewiele ponad 200 osób. Wszyscy wiemy, co stało się z rdzenną ludnością na tym terenie o czym ze smutkiem opowiadał nam pastor, którego poznaliśmy po koncercie. Na dodatek kościół i cmentarz co rusz nawiedzają „amatorzy staroci”. Już kilka razy próbowano włamać się do kościoła, aby ukraść cenną, starą biblię, której oczywiście w kościele się nie przechowuje. Drobni złodzieje kradną też piękne krzyże cmentarne na złom. Cmentarz jest rozległy, gęsto porośnięty starymi drzewami i krzewami, więc w nocy łatwo go plądrować. Na szczęście krzyże są bardzo ciężkie i najczęściej złodziejom, przeważnie będącym pod wpływem, nie udaje się ich wynieść poza cmentarz, porzucają je gdzieś wśród krzaków. Krzyże zbierane są przez opiekunów kościoła i zabezpieczane do czasów, kiedy zgodnie z planami znajdą swoje miejsce wmurowane w jedną ze ścian kościoła.
Opiekunowie bardzo chcieliby, aby to miejsce było otwarte dla wszystkich. Przez wiele lat kościół był zamknięty na głucho i nawet mieszkańcy go nie znali. Bo tamtejsza rdzenna ludność wyjechała po wojnie, a nowi, napływowi nie byli zaintersowani ewnagelickim zabytkiem.
W kościele odbywają się koncerty organowe i zostaliśmy na taki koncert zaproszeni, a wcześniej mieliśmy okazję być obecni na próbie generalnej przed koncertem i poznać panią profesor Elżbietę Karolak.
Byliśmy też zaproszeni do opiekunów kościoła w dniu następnym na kawę i ciasto, ale niestety plany nam się nieoczekiwanie pokrzyżowały i do spotkania nie doszło.
Będąc w pobliżu to koniecznie tam zajrzyjcie, bo warto. Jeśli będzie to weekend to z pewnością młody człowiek się Wami zaopiekuje, pokaże kościół i pięknie o wszystkim opowie. Będziecie zaskoczeni gościnnością i możliwością zrobienia fotek z bliska wszytskiemu co tylko chcecie sfotografować. Oczywiście zdjęć komercyjnie wykorzystywać nie można, ale na blogu, jak najbardziej, specjalnie o to zapytałam.
Mam nadzieję, że wszystkie plany, o których młody człowiek nam opowiadał dojdą do skutku, czego serdecznie im życzę. Że uda się wykorzystać ten piękny budynek obok kościoła na cel, o którym nam wspominano.
A temu młodemu mężczyźnie życzę, aby los dał mu możliwość rozwijania swoich pasji i pogłębienia wiedzy. Świetnie jak do tej pory mu idzie.
1 listopada, Święto Zmarłych.
Udajemy się na cmentarze odwiedzić groby naszych bliskich. Zapalamy świeczki, zbieramy z płyt ostatnie jesienne liście, zadumani stoimy wspominając.
Obok nas przepływa ludzka rzeka, odwiedzić groby przyszło wielu, czasem przybyli z bardzo daleka.
Niosą naręcza kwiatów, albo w donicach, czasem okazałe stroiki ze sztucznych chryzantem i pełne reklamówki lampionów. Nagrobki aż kipią od wszelakiego kalibru kwiecia żywego i sztucznego i coraz większych lampionów.
Tuż obok kwitną jednodniowe interesy. Dla zgłodniałych są oscypki na straganie a znudzonym dzieciom można zafundować "pańską skórkę", słodkie szyszki z preparowanego ryżu lub obwarzanki na sznurku. Te, jak ktoś obawia się spożyć, można zawiesić sobie na szyi i tak paradować wystrojonym wśród tłumu. W jakich warunkach produkowane są te delicje ? Ja nie wiem. Za to ceny są umiarkowane, te parę złociszy każdy ma w kieszeni.
Znudzony duchowny przyjmuje w przenośnym biurze datki na "wypominki" za dusze zmarłych, a orkiestra dęta rżnie boleśnie raniąc uszy jakieś smętne kawałki.
Tak wygląda Święto Zmarłych na dużym, miejskim cmentarzu.