poniedziałek, 16 grudnia 2013

Co pod choinkę?

Macie dylemat z prezentami? Bo, ja mam. Niektórzy zapobiegliwi już mają to z głowy inni dopiero się rozglądają i dywagują, co by na ten prezent kupić. Wiadomo, prezent trzeba dopasować, żeby nie stał się prezentem przechodnim, albo kolejnym gratem przestawianym z kąta w kąt. Ale, jak to zrobić skoro od tylu lat już te prezenty się robi i pomysły zaczynają się kończyć.
A może macie jakieś fajne, odlotowe  pomysły na prezenty/ upominki? Coś, co mi do głowy nie wpadło mimo dumania i wymyślania?

Dla:

  • Męża,
  • Mamy,
  • Taty
  •  Teściowej,
  • Teścia
  • syna (dorosłego)
  • córki (dorosłej)
  • Siostry
  • Brata
  • dzieci przedszkolnych
  • dzieci w podstawówce
  • dzieci w gimnazjum
  • szwagrów
  • szwagierek
  • reszty, co nie wymieniłam.......
I koniecznie, prezent dla nas samych, co chciałybyśmy dostać pod choinkę?


Niech nas nie ograniczają kwoty czy inne uprzedzenia, nawet z najdziwniejszych pomysłów może wykluć się coś fajnego. Może ja, a może inni tu zaglądający skorzystają z podpowiedzi?
Zróbmy sobie taką burzę mózgów i puśćmy wodze fantazji, albo pragmatyzmu..............

A może macie w zanadrzu jakąś opowieść o otrzymaniu bardzo nietrafionego prezentu? To też jest jakaś wskazówka:)))


P.S. Liczę na pomoc, bo czasu już mało:)))





niedziela, 15 grudnia 2013

Jak się Mnemo poddała dyscyplinie

I to od samego rana.
Wstała ani wcześnie, ani późno, w sam raz na niedzielny poranek. Wypiła kawusię i stwierdziła, że zupełnie inaczej niż zwykle nie włączy na dzień dobry kompa. Taka samodyscyplina.
 Potem karnie poszła z psiną na spacerek, choć dzionek pożal się bosze, chmurny, mglisty i zgniły. Wcale nie zimowy. Wrony i kawki smętnie grzebały w trawniku poszukując śniadania, a nieliczni ludzie pośpiesznie przemykali przez park. Cicho i pusto. Widać inni odsypiali sobotnie szaleństwa.
I tak po powrocie Mnemo sobie pomyślała, że czas niedzielny należy spędzić zbożnie, czyli niezbyt pracowicie, a raczej przyjemnie. Zaczęła od odwiedzenia przyszłej mamusi, co to już za chwileczkę uda się na porodówkę. Ulice były cudownie puste, tak to by się chciało jeździć codziennie. Pewnie wszyscy udali się na zakupy do tych wszystkich ogromniastych sklepów z ogromniastymi tłumami i ogromniastym hałasem. Jak to dobrze, że Mnemo tam nie pojedzie, bo w tym roku postanowiła sobie tego koszmaru oszczędzić. Jeszcze troszkę pomniejszych sklepików w okolicy zostało. Przyszła mamusia dostała w prezencie pastelowe cytrynki i Mnemo urosła wszerz i w górę ( z dumy),  kiedy musiała tłumaczyć, że to nie jest zdjęcie cytrynek tylko własnoręcznie namalowany obrazek. Przyszła mama jest młodą osobą, wzrok ma dobry, ale przyglądała się łącznie z przyszłym tatą obrazkowi pod światło, i z tej i z tamtej. Mnemo musiała zaklinać się, że to nie zdjęcie. A może chcieli mi przyjemność sprawić, choć oczywiście nic nie wiedzieli, że Mnemo teraz ma pastelkowego fioła.
A po powrocie, przemyślawszy rzecz podczas jazdy, Mnemo raz na zawsze pozbyła się ciuchów za małych, które to wredne krasnale z zaciętością zwężają i zwężają. Idąc za ciosem rozstała się także z kilkoma parami butów, kurtek i płaszczy. Ach, jak to błogi stan, tak bez stresu i żalu pozbywać się za małych szmat. A było tego sporo, 120 litrowy wór ciuchów, i torba podróżna (podarta) butów. Zaraz luźniej w szafach!!!!
Mnemo trochę była ciekawa, co tam się w blogosferze dzieje, ale dzielnie powstrzymywała wskazujący palec od zrobienia "klik". Dobrze się złożyło, bo pokusa była duża, ale trafił się gość najpierw jeden, tego Mnemo napasła sernikiem ( bo kupiła), a potem drugi, który dostał obiad ( ten już ugotowała). Trwając w swoim rannym postanowieniu Mnemo zasiadła do pastelek, znowu bez światła dziennego, ale nawet z rana było tak chmurno, że trza było ogarki zapalić. I tak sobie, rysowała, malowała, rysowała, aż narysowała........

I dopiero wtedy uznała, że dyscypliny dość, paluszek wskazujący zrobił "klik" i oto jest i prezentuje dzisiejsze zmagania z pastelkami...........



A teraz idzie radośnie pobuszować po Waszych blogach:)

piątek, 13 grudnia 2013

Co robi Mnemo, jak nie idzie do Huty?

Jak Mnemo nie idzie do huty, to dzień wcześniej marzy, o tym pięknym, rzadko występującym zjawisku. Myśli, że w ten jeden wolny dzień, po pierwsze się wyśpi do syta, po drugie wysprząta wszystko pięknie na święta (czas wielki), po trzecie w blasku dnia pomaluje sobie pastelki, może nawet maseczkę na paszczy położy i zrelaksuje się chwilunię przy książce. Tyle marzenia, a jak rzeczywistość się dziś miała? Ano zupełnie inaczej.

Obudził Mnemo paskudny ból głowy, rozsadzający. Czyżby za długo spała? W lustrze zobaczyła zapuchniętą gębę i oczy, jak szparki. No ładnie pomyślała i powlokła do kuchni napić się kawy. Ta zwykle stawia Mnemo na nogi. Nie postawiła jednak. Tabun małych, złośliwych koników dalej cwałował po łepetynie. Dobra, to może wyjdę na powietrze, świeże, miastowe, może przejdzie. Mnemo skierowała się na bazar, przy okazji kupić zamierzała trochę produktów spożywczych i rekwizytów do pastelek, bo poprzednie zostały w większości zjedzone. A na bazarze, o matulu jedyna, armagedon. Tłumy dzikie, chyba pół miasta tam pogalopowało w celu nabycia kapust kiszonych, śliwek suszonych i innego dobra świątecznego. Przy każdej budzie i straganie ogonek wielokrotnie zakręcony, a emerytki uzbrojone w wózki na kółkach nie patrząc komu po odnóżach tym wózkiem przejeżdżają ciągną samym środeczkiem alejki. Mnemo nabyła to i owo i czując potęgujący się ból głowy chyłkiem zawróciła do domu. I wtedy zaczął dzwonić telefon......służbowy.....
A głowa boli, nic to, trzeba łyknąć procha, bo Mnemo już wie, że samo nie przejdzie. Proch ma to do siebie, że pomaga po kilkunastu minutach. W tym czasie minęło południe, kilkukrotne telefoniczne dyrektywy zostały wydane, odpowiedzi udzielone, uffff.
To zabierze się Mnemo za porządki, okno może umyje? Myła i myła, bo poprzednie jego mycie zatarło się gdzieś w pomrokach dziejów. Ale, jak się bierze dzień wolny 13 na dodatek w piątek to można się spodziewać, że gładko nie pójdzie, choć Mnemo wcale nie jest przesądna. Nie poszło bo wielka kropla paskudnie wybielającego futryny środka wpadła Mnemo prościusieńko do prawego oka. Jasny gwint, przecie oko mi jest potrzebne, pastelki miałam.......... Potem odbywało się płukanie gałki pod strumieniem bieżącej wody i pośpieszne ogarnianie tego, co Mnemo rozwaliła chcąc dokonać WIELKIEGO ŚWIĄTECZNEGO SPRZĄTANIA.
 W dogasającym dniu, burym i zamglonym Mnemo cyknęła jeszcze pastelki z poprzednich dni i........zapadła ciemność.
I tak to marzenia Mnemo o cudnie spędzonym dniu wolnym sprowadziły się do szarej rzeczywistości, czyli pośpiechu, żadnego odpoczynku, żadnej chwili dla siebie.
Mam wrażenie, że kiedyś dzień był dłuższy, a może ja była lepiej zorganizowana? Bo, że byłam młodsza to, z całą pewnością, a podobno z wiekiem człowiek staje się coraz powolniejszy i niestety w ciągu jednego dnia "diabłu łba nie urwie"

Pasteluję wieczorami, na doskok, bawi mnie to bardzo i wciąga, chciałabym "więcej, lepiej, nowocześniej", ale jest, jak jest, tak samo, jak te moje pastelki.
Ale, co tam pokażę Wam te moje "dzieci" z ostatnich dni, do zdjęcia nawet w ciągu dnia było za mało światła, niestety.





P.S. Mam nadzieję, że Wasze dni są dłuższe, mniej męczące i upływają w radosnej przedświątecznej atmosferze.


czwartek, 12 grudnia 2013

PRLowska propaganda

Jutro wypada 32 rocznica stanu wojennego. Wiele z nas pamięta ten dzień, kiedy wszystkim znany generał obwieścił ten fakt tonem poważnym, skupionym i zatroskanym.
Ja też pamiętam. Nie byłam jeszcze wtedy pełnoletnia, ale na tyle dorosła, że doskonale wszystko rozumiałam i byłam bardzo podekscytowana. W domu było trochę zamieszania i strachu o mobilizację, bo brat był już dorosły. Pierwszy raz w życiu widziałam wtedy opancerzone samochody i czołgi, które późną nocą, ogromną kawalkadą przejeżdżały przez uśpioną wieś. Ojciec po cichu słuchał radia Wolna Europa i klął na te "czerwone mendy".
A potem nastały, kolejki, kartki żywnościowe i wyczekiwanie, aż "to się skończy". Kiedy stan wojenny dobiegł kresu byłam już pełnoletnia.
Na wsi nie było w zasadzie widać nic szczególnego, ot czasami patrole po godzinie policyjnej, Nie słyszałam o żadnych drastycznych przypadkach, czy poważnych restrykcjach. to co działo się w miastach, czyli zdecydowanie niebezpieczniej to już znam z opowieści teściowej i Wu.
Dziś przy okazji świątecznych porządków znalazłam PRLowskie bibuły, które władza rozrzucała w Warszawie. Widać tam datę 1985 rok, a to już czasy, kiedy odwiedzałam często Warszawę i pamiętam ją z tego czasu.
Zobaczcie, jak władza próbowała przedstawić ludowi Wałęsę, ciekawe czy autor tej ulotki rumieni się dziś na wspomnienie tego, co tam na niej narysował.



Dziś mamy wolną Polskę, wolny rynek, demokrację. Borykamy się z wieloma problemami, szczególnie młodzi ludzie w pogoni za karierą czy choćby zwykłym zarabianiem na życie, często "nie mają" czasu na zakładanie rodziny, dzieci rodzi się coraz mniej z obawy o możliwość ich wychowania i zapewnienia bytu. Co rusz wybuchają nowe afery i aferki z udziałem ludzi na wysokich, prominentnych stanowiskach. Właśnie dziś obwieścili, że prawo jazdy, które lat temu "dzieścia" dostałam bezterminowo za lat 15 będzie podlegało wymianie, za opłatą oczywiście i na dodatek zostanę paddana badaniom, czy nie zramolałam doszczętnie i czy aby na pewno mogę w dalszym ciągu siadać za kółkiem.
Jak tak patrzę na to wszystko wokół to się zastanawiam, czy wtedy 13 grudnia 1981 roku i przez kolejne lata, kiedy naród "wywalczał" sobie tę wolność spodziewał się, że ta wolność tak będzie wyglądała?

Nie żebym tęskniła do tamtych czasów o nie, jeszcze pamiętam, jak choćby taki SOKista, pan i władca dworców kolejowych, na dworcu w Kaliszu groził mi, że jak jeszcze raz mnie "zobaczy w tych portkach moro na dupie to albo polecę z gołą dupą do chałupy, albo wpierdol dostanę" i nic mu za taką odzywkę, ale to absolutnie nic nie groziło.
Jednak patrząc, co się dzieje na scenie politycznej, jaki styl tam niektórzy reprezentują ciśnie mi się pytanie na usta, czy ta nasza biało- czerwona naprawdę tak musi wyglądać?


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Uchu cha, uchu cha i jest gru-cha ( plus jabłuszko)

No dobra. Zarwałam noc. Poszłam do huty ze spuchniętymi ślepiami i ziewającą paszczęką, ale, co narysowałam to narysowałam. Wu mówi, że pastele to malarstwo nie rysunek ( jest na sali jakiś specjalista, co wie, jak jest faktycznie?), ale ja się przecież na tym nie znam. W sumie to nawet nie wiem, jak ja to robię, kładę rekwizyt, biorę pastele i dawaj. Nie znam żadnych zasad, technik, tricków, sposobów. Jak oświetlić rekwizyt, jak ułożyć. Nic! Wsio na czuja. Zapytam dobrej duszy Hany czasem o jakieś wskazówki, albo Wu i na tym kuniec. Czytać mi się w necie też nie chce o tych technikach, bo ja jestem niecierpliwa.
Trudność dla mnie prawdziwa to cienie, widzę, jak się układają, ale nie potrafię tego przenieść na kartkę. JESZCZE nie potrafię, ale to przecież dopiero  5 i 6 rekwizyt, który nasmarowałam pastelami.
Bardzo mi się podoba ta zabawa i nie ma takiego bajzlu jak przy dekupkach, które stoją w kącie i piszczą o skończenie.

Za Wasze miłe wpisy pod poprzednim postem bardzo, bardzo dziękuję, jakoś tak, jak je czytam jeszcze bardziej mi się chce rysować/malować:)))

To teraz uchu cha, uchu cha - taka oto moja gru-cha!!! Plus wczorajsze jabłuszko:)))

Ale zdjęcie robione po ćmoku, w sztucznym świetle, czyli marne.


Powinnam zająć się jakąś czynnością przedświąteczną, ale wiecie, co? Idę sobie porysować/ pomalować.......do świąt jeszcze trochę, zdążę:)))