wtorek, 21 kwietnia 2015
Grunt to wywiązać się z obietnicy.
Jeśli sobie coś obiecuję, to czasami tej obietnicy nie spełniam. Ja, to ja, mogę poczekać, sama sobie nie nawtykam, ani się na siebie nie obrażę (choć czasami mam ochotę).
Co innego z obietnicami, które się składa innym. Z tych należy się bezwzględnie wywiązać i choćby byk na byku(ekhmmm) terminu dochować.
W marcu pokazałam troszkę moich wyrobów de-kupkowych i obiecałam wtedy, zrobić, najpóźniej w kwietniu, szafki na klucze dla Lucy i Kasi Bezblgiej. Dzień za dniem schodził, a to wyjazd w góry, a to huciane wariactwo, a to otwarcie sezonu i wylot do Kaczorówki. Wieczorami siadałam do warsztatu i działałam, ale z de-kupkami już tak jest, że przyspieszyć się nie da. Bejca musi schnąć, to samo z elementem dekoracyjnym. Każda warstwa to czas, który trzeba odczekać, aby zaschło, stwardniało, spękało itd.itp.
Jak już pisałam, modyfikuję technikę i obecnie nie stosuję do swoich wytworków lakieru. Drewno zabezpieczam woskiem. Z kilku powodów. Lakier jest taki toporny i sztuczny, wosk - delikatny, naturalny, ładnie pachnie, drewno nabiera aksamitnej faktury. I jeśli przy lakierze trzeba było odczekać na wyschnięcie każdej warstwy, to przy wosku, niestety nie ma bierności po jego nałożeniu. W czasie, kiedy lakier zasychał, ja mogłam zająć się czymś innym. Przy wosku jest inaczej, trzeba go najpierw położyć, a potem froterować drewno długimi godzinami, żeby nabrało owej aksamitności.
Myślę też, że woskowane szafeczki będą się ładnie starzeć. A lakier wiadomo, może z czasem pękać, łuszczyć się.
Ostatecznie udało mi się dochować terminu i szafeczki dla dziewczyn skończyłam.
Postarałam się, aby były, jak najbliższe zamówieniu.
Kasia prosiła o szafkę w ciepłych brązach, najlepiej z kotkiem. Wyszła, jak widać poniżej.
Oczywiście element dekoracyjny jest także na wewnętrznej stronie drzwiczek.
A spękania wyszły, jak ta lala!
Mnie się podoba. Teraz oby się spodobała Kasi.
Lucy miała ochotę na szafeczkę z kaczką, a sama szafeczka miała być zielona. Odradzałam Lucy zieleń, bo bejcę, którą miałam była w ohydnym chemicznym, zielonym kolorze. Nie o taką jej zapewne by chodziło. Taka, trochę staroświecka szafka, powinna mieć staroświecki kolor. Poszperałam w internecie i udało mi się kupić bejcę w proszku. Zaryzykowałam i to było to.
Kolor zdecydowanie jest staroświecki, choć na zdjęciu może tego nie widać. Zaryzykowałam i zrobiłam troszkę przecierań, żeby drewno nie było takie jednolite. Wyszło tak.
Oczywiście obie szafki są pachnące, woskiem i akacją.
To już zostało mi tylko spakować paczki i wysłać szafki w świat.
Prewencyjnie zaopatrzyłam się w kilka dodatkowych szafeczek, żeby, jeśli komuś wpadną w oko móc zrobić od razu, a nie zaczynać od zamawiania drewienek.
Jedną z tych dodatkowych mam na ukończeniu. Mogłaby być dla jakiegoś miłośnika koni, bo element dekoracyjny to konisie.
Pokażę ją, jak tylko dokończę, jestem na etapie szlifowania wosku:)
A Wam, jak się podobają?
niedziela, 19 kwietnia 2015
Po niedzielnemu
Jak się człowieczek bardzo stara coś dobrego ugotować dla gości to nigdy nie wychodzi.
Zupa pomidorowa była jakaś mdła, ziemniaki w zapiekance ciemniały dziwnie (nie kupię już tej Irgi), sernik na zimno, nie wiadomo z jakiego powodu w części z żelatyną się nie zsiadł, a w części z galaretką, dla odmiany siadł się za mocno. Truskawki były kwaśne, jak cytryna. Goście jednak zjedli, co Mnemo dała, nie mieli wyjścia:)
Zuzia rośnie, jak na drożdżach, mobilna już bardzo ( czytaj "nie można spuszczać jej z oka").
Z zasięgu łapek trzeba było usunąć wszystkie świeczki i inne podatne na rozbicia przedmioty.
Zafascynowała się na chwilę koszykiem z dyniami, przeżyły jesień i zimę to nadszedł ich kres:) Zuzia potraktowała je, jak piłeczki:)
Bo ta ciotka nic fajnego do zabawy nie ma. Mopek zwiał pod stół, obierać wszystkich bananów ze skórki nie pozwolili, zupka była obrzydliwa, a oliwek, które Zuzia uwielbia ciotka nie miała.
Serniczek był jaki taki, to zjadła.
Samoloty orały dziś niebo. Malowniczo nawet.
A Mnemo kończy obiecane szafki na klucze, Dwie już są prawie, prawie. Trzecia z konikami w produkcji. Jedna, nie skończona jeszcze, ale załapała się na fotkę, bo Lucy czeka:)
Miała być zielona i z kaczką. To jest. Nawet bejcę w przyjemnej butelkowej zieleni udało się nabyć. Fajny kolor, taka "starodawna" ta zieleń.
Był weekend i się zmył. Szkoda:(
Ale będzie następny, z temperaturą w okolicy 20 stopni, to już coś. Dynie, cukinie i inne rosną na parapecie, jak głupie. Z posadzonych kilkunastu tykw wyrosły tylko dwie, średniej jakości chyba te ziarna. Trzeba wsadzać towarzystwo do gruntu i mieć nadzieję, że zimna Zośka i jeszcze bardziej zimni ogrodnicy ( Pankracy, Serwacy, Bonifacy) roślinkom nie zaszkodzą. Może ciepełko permakulturowej grządki je ochroni?
Zupa pomidorowa była jakaś mdła, ziemniaki w zapiekance ciemniały dziwnie (nie kupię już tej Irgi), sernik na zimno, nie wiadomo z jakiego powodu w części z żelatyną się nie zsiadł, a w części z galaretką, dla odmiany siadł się za mocno. Truskawki były kwaśne, jak cytryna. Goście jednak zjedli, co Mnemo dała, nie mieli wyjścia:)
Zuzia rośnie, jak na drożdżach, mobilna już bardzo ( czytaj "nie można spuszczać jej z oka").
Z zasięgu łapek trzeba było usunąć wszystkie świeczki i inne podatne na rozbicia przedmioty.
Zafascynowała się na chwilę koszykiem z dyniami, przeżyły jesień i zimę to nadszedł ich kres:) Zuzia potraktowała je, jak piłeczki:)
Bo ta ciotka nic fajnego do zabawy nie ma. Mopek zwiał pod stół, obierać wszystkich bananów ze skórki nie pozwolili, zupka była obrzydliwa, a oliwek, które Zuzia uwielbia ciotka nie miała.
Serniczek był jaki taki, to zjadła.
Samoloty orały dziś niebo. Malowniczo nawet.
A Mnemo kończy obiecane szafki na klucze, Dwie już są prawie, prawie. Trzecia z konikami w produkcji. Jedna, nie skończona jeszcze, ale załapała się na fotkę, bo Lucy czeka:)
Miała być zielona i z kaczką. To jest. Nawet bejcę w przyjemnej butelkowej zieleni udało się nabyć. Fajny kolor, taka "starodawna" ta zieleń.
Był weekend i się zmył. Szkoda:(
Ale będzie następny, z temperaturą w okolicy 20 stopni, to już coś. Dynie, cukinie i inne rosną na parapecie, jak głupie. Z posadzonych kilkunastu tykw wyrosły tylko dwie, średniej jakości chyba te ziarna. Trzeba wsadzać towarzystwo do gruntu i mieć nadzieję, że zimna Zośka i jeszcze bardziej zimni ogrodnicy ( Pankracy, Serwacy, Bonifacy) roślinkom nie zaszkodzą. Może ciepełko permakulturowej grządki je ochroni?
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Otwarcie sezonu 2015
Jak już wczoraj pisałam, wielkie TADAM na otwarcie sezonu, odbyło się z przygodą elektryczną.
Całe szczęście, że gładko poszło i sobotę można było przeznaczyć na bardziej konstruktywne działania.
Wiedziałam, że to będzie orka do późnej nocy z maleńkimi przerwami na posiłek i kawkę.
Pogoda była, jak na zamówienie, cieplutko, bez wiatru, wprost idealna.
Uroiłam sobie tą grządkę permakulturową i nią miałam się zajmować w pierwszej kolejności. Ale, jak to w życiu bywa, plany uległy zmianie. I to już podczas picia porannej kawy na schodkach tarasu ( ulubione miejsce). Pijąc tą kawę mój wzrok przyciągnęły zeschłe badyle i opadłe z hortensji pnącej liście pod jedną ze ścian tarasu. W szale nasadzeń z lat ubiegłych w miejsce pod tarasową ścianę odgrodzoną od ścieżki kamieniami, nawtykałam niezliczone ilości kwiatów, które ani ładne, ani atrakcyjne, bo za gęsto i za dużo. Po przekwitnięciu zostawały badyle i miejsce to raziło takim ogródkowym bałaganem.
Uznałam, że dobrze byłoby wykopać te kwiaty i uporządkować jakoś miejsce, łącznie z ruszeniem kamieni, które mocno w grunt wlazły i zarosły już trawą.
Już sama próba wbicia szpadla w to miejsce uzmysłowiła mi, że zadanie będzie trudne, bo gąszcz korzeni był twardy jak skała. Wymyśliłam, więc co innego. To, co dałam radę wykopałam, na resztę machnęłam ręką. Wszystko przykryłam agrowłókniną. Posadziłam dwa różaneczniki, resztę zasypałam grubo korą. Przy kamieniach posadziłam lawendę. Uznałam, że teraz wygląda to o wiele porządniej, choć może za bardzo porządnie. Lawenda się jednak rozrośnie, różaneczniki też i pod ścianą będzie zielono.
To był pierwszy zryw, który od razu odczułam w krzyżu. Potem zabrałam się do grządki.
Wybrałam jedyne na razie miejsce, gdzie jest trochę słońca przez kilka godzin. Zupełnie nie miałam głowy do fotek, więc nie ma dokumentacji fotograficznej. Na grządkę też mi zeszło trochę czasu. Zaczęłam od rozłożenia kartonów, potem za zwożenie liści. Musiałam się po nie udać na sąsiednie, puste działki, bo u mnie nie ma drzew liściastych. Zwoziłam i zwoziłam, aż kartony pokryły się 20 cm pierzynką. Plecy łupały coraz bardziej, ale jeszcze trzeba było szukać krowich placków. ruszyłam z taczką na łąkę. Jakoś ubogą w placki. Tylko pół taczki. Trudno, przewidziałam to i byłam przygotowana. Miałam jako alternatywę 10 litrów suszonego bydlęcego nawozu z marketu ogrodniczego - taka pachnąca oborą sieczka. Rozsiałam na liściach, dodatkowo dałam dolomitu. Zostało mi pokrycie tak przygotowanej grządki kompostem. I to dopiero jest ciężka sprawa. Kompost ubity, taczki ciężkie, ale trudno. Wymyśliłam to trzeba wykonać.
Całość na razie nie wygląda atrakcyjnie, ale czy może wyglądać atrakcyjnie kupa liści z krowimi kupami pokryta kompostem? Grunt, żeby spełniła swoją rolę, czyli posadzone tam dynie, cukinie, kabaczki ładnie rosły.
Grządkę przytuliłam do płotu, więc pod nim będzie rosła fasola tyczkowa, żeby miała na co się wspinać i tykwy, które też lubią się piąć.
W przerwach oswajałam całkiem sympatycznego kotka sąsiadów, który przyszedł się przywitać i napełnić brzuszek. A miał, co napełniać, bo był chudziutki, jak karteczka. Jedzenie pochłaniał w mgnieniu oka i choć troszkę bał się Mopa to jednak głód był silniejszy. Drugiego dnia już jedli wspólnie, każdy ze swojego talerzyka. Kotek regularnie przychodził, co kilka godzin i dopominał się jedzenia ocieraniem o nogi i pomiaukiwaniem.
Mopek był bardzo zazdrosny, ale jednocześnie zafascynowany kotkiem. Przypuszczam, że latem będą już w takiej komitywie, że będą razem spać na tarasowym fotelu.
Wieczorem ledwo żywa powędrowałam do sąsiadów spłukać z siebie znój całego dnia, bo choć dzień był piękny to jednak na prysznic ogrodowy jeszcze za wcześnie.
Nie byłam już w stanie skorzystać z sąsiadowego zaproszenia do ogniska, marzyłam, aby tylko położyć głowę na poduszkę.
W czasie, kiedy ja zmywałam kurz bitewny z ciała, Wu przez nieuwagę strącił z półki duży, kamionkowy garnek, który spadł w jedyne puste miejsce na stole. Całe szczęście, bo leżały tam, moje okulary, sztuk dwie, smarkfon, lapcio. Ciarki mi przeszły po plecach na myśl o szkodach...
A jeszcze w tzw.międzyczasie, żeby nie było nudno zepsuły się drzwi, zawias wykrzywił i drzwi smętnie zwisły na dwóch pozostałych. Trzeba je było zdjąć i naprawić, ale cholery są tak ciężkie, że o ile zdjąć może je jeden chłop, to do założenia jest potrzebnych trzech. Ja odmówiłam dźwigania tego ciężaru, bo po ekscesach z kamieniami, taczkami na grządkę myślałam, że wyląduję na ortopedii.
Nie ma, to, jak pomoc sąsiedzka, która się znalazła w postaci dwóch silnych i drzwi, choć z trudem zostały umocowane na swoim miejscu.
Spałam jak kłoda, ale budził mnie co jakiś czas mój własny głos "o jezu", "o matko", "ała". Każda próba zmiany pozycji wywoływała falę bólu. Wyłażenie z łóżka rankiem odbyło się na czworakach.
Na zakwasy najlepsza jest kolejna pora zakwasów, więc stękając i pojękując po śniadanku, które zrobił również stękający Wu, poszłam znowu do ogrodu, tym razem usuwać igliwie, którym przykryte jest wszystko. Nawet tulipanki o ładnych, pasiastych listkach.
Psu obiecałam spacer nad jeziorko, który odbył się z niejakim trudem, ale obietnic łamać nie wolno.
Na jeziorze ruch jeszcze niewielki, perkozy tylko flirtują pokrzykując. Zeszłoroczne gniazdka w trzcinach nadal puste. Większy rwetes jest u mnie w lesie. Rankiem i wieczorem ptaki dają niesamowite koncerty, szczególnie kos jest głośny. No i żurawie, gdzieś zza drzew krzyczą, a czasem latają na chałupką i się wydzierają.
To były dwa dni dobrze spożytkowane. Konkretna robota, konkretny efekt, konkretne konsekwencje.
Grządki u sąsiada nie dałam rady przygotować, ale spoko, jest jeszcze czas.
Na ten tydzień zapowiada się bardzo marna pogoda i tak nasiona by siedziały w ziemi.
Całe szczęście, że gładko poszło i sobotę można było przeznaczyć na bardziej konstruktywne działania.
Wiedziałam, że to będzie orka do późnej nocy z maleńkimi przerwami na posiłek i kawkę.
Pogoda była, jak na zamówienie, cieplutko, bez wiatru, wprost idealna.
Uroiłam sobie tą grządkę permakulturową i nią miałam się zajmować w pierwszej kolejności. Ale, jak to w życiu bywa, plany uległy zmianie. I to już podczas picia porannej kawy na schodkach tarasu ( ulubione miejsce). Pijąc tą kawę mój wzrok przyciągnęły zeschłe badyle i opadłe z hortensji pnącej liście pod jedną ze ścian tarasu. W szale nasadzeń z lat ubiegłych w miejsce pod tarasową ścianę odgrodzoną od ścieżki kamieniami, nawtykałam niezliczone ilości kwiatów, które ani ładne, ani atrakcyjne, bo za gęsto i za dużo. Po przekwitnięciu zostawały badyle i miejsce to raziło takim ogródkowym bałaganem.
Uznałam, że dobrze byłoby wykopać te kwiaty i uporządkować jakoś miejsce, łącznie z ruszeniem kamieni, które mocno w grunt wlazły i zarosły już trawą.
Już sama próba wbicia szpadla w to miejsce uzmysłowiła mi, że zadanie będzie trudne, bo gąszcz korzeni był twardy jak skała. Wymyśliłam, więc co innego. To, co dałam radę wykopałam, na resztę machnęłam ręką. Wszystko przykryłam agrowłókniną. Posadziłam dwa różaneczniki, resztę zasypałam grubo korą. Przy kamieniach posadziłam lawendę. Uznałam, że teraz wygląda to o wiele porządniej, choć może za bardzo porządnie. Lawenda się jednak rozrośnie, różaneczniki też i pod ścianą będzie zielono.
To był pierwszy zryw, który od razu odczułam w krzyżu. Potem zabrałam się do grządki.
Wybrałam jedyne na razie miejsce, gdzie jest trochę słońca przez kilka godzin. Zupełnie nie miałam głowy do fotek, więc nie ma dokumentacji fotograficznej. Na grządkę też mi zeszło trochę czasu. Zaczęłam od rozłożenia kartonów, potem za zwożenie liści. Musiałam się po nie udać na sąsiednie, puste działki, bo u mnie nie ma drzew liściastych. Zwoziłam i zwoziłam, aż kartony pokryły się 20 cm pierzynką. Plecy łupały coraz bardziej, ale jeszcze trzeba było szukać krowich placków. ruszyłam z taczką na łąkę. Jakoś ubogą w placki. Tylko pół taczki. Trudno, przewidziałam to i byłam przygotowana. Miałam jako alternatywę 10 litrów suszonego bydlęcego nawozu z marketu ogrodniczego - taka pachnąca oborą sieczka. Rozsiałam na liściach, dodatkowo dałam dolomitu. Zostało mi pokrycie tak przygotowanej grządki kompostem. I to dopiero jest ciężka sprawa. Kompost ubity, taczki ciężkie, ale trudno. Wymyśliłam to trzeba wykonać.
Całość na razie nie wygląda atrakcyjnie, ale czy może wyglądać atrakcyjnie kupa liści z krowimi kupami pokryta kompostem? Grunt, żeby spełniła swoją rolę, czyli posadzone tam dynie, cukinie, kabaczki ładnie rosły.
Grządkę przytuliłam do płotu, więc pod nim będzie rosła fasola tyczkowa, żeby miała na co się wspinać i tykwy, które też lubią się piąć.
W przerwach oswajałam całkiem sympatycznego kotka sąsiadów, który przyszedł się przywitać i napełnić brzuszek. A miał, co napełniać, bo był chudziutki, jak karteczka. Jedzenie pochłaniał w mgnieniu oka i choć troszkę bał się Mopa to jednak głód był silniejszy. Drugiego dnia już jedli wspólnie, każdy ze swojego talerzyka. Kotek regularnie przychodził, co kilka godzin i dopominał się jedzenia ocieraniem o nogi i pomiaukiwaniem.
Mopek był bardzo zazdrosny, ale jednocześnie zafascynowany kotkiem. Przypuszczam, że latem będą już w takiej komitywie, że będą razem spać na tarasowym fotelu.
Wieczorem ledwo żywa powędrowałam do sąsiadów spłukać z siebie znój całego dnia, bo choć dzień był piękny to jednak na prysznic ogrodowy jeszcze za wcześnie.
Nie byłam już w stanie skorzystać z sąsiadowego zaproszenia do ogniska, marzyłam, aby tylko położyć głowę na poduszkę.
W czasie, kiedy ja zmywałam kurz bitewny z ciała, Wu przez nieuwagę strącił z półki duży, kamionkowy garnek, który spadł w jedyne puste miejsce na stole. Całe szczęście, bo leżały tam, moje okulary, sztuk dwie, smarkfon, lapcio. Ciarki mi przeszły po plecach na myśl o szkodach...
A jeszcze w tzw.międzyczasie, żeby nie było nudno zepsuły się drzwi, zawias wykrzywił i drzwi smętnie zwisły na dwóch pozostałych. Trzeba je było zdjąć i naprawić, ale cholery są tak ciężkie, że o ile zdjąć może je jeden chłop, to do założenia jest potrzebnych trzech. Ja odmówiłam dźwigania tego ciężaru, bo po ekscesach z kamieniami, taczkami na grządkę myślałam, że wyląduję na ortopedii.
Nie ma, to, jak pomoc sąsiedzka, która się znalazła w postaci dwóch silnych i drzwi, choć z trudem zostały umocowane na swoim miejscu.
Spałam jak kłoda, ale budził mnie co jakiś czas mój własny głos "o jezu", "o matko", "ała". Każda próba zmiany pozycji wywoływała falę bólu. Wyłażenie z łóżka rankiem odbyło się na czworakach.
Na zakwasy najlepsza jest kolejna pora zakwasów, więc stękając i pojękując po śniadanku, które zrobił również stękający Wu, poszłam znowu do ogrodu, tym razem usuwać igliwie, którym przykryte jest wszystko. Nawet tulipanki o ładnych, pasiastych listkach.
Psu obiecałam spacer nad jeziorko, który odbył się z niejakim trudem, ale obietnic łamać nie wolno.
Na jeziorze ruch jeszcze niewielki, perkozy tylko flirtują pokrzykując. Zeszłoroczne gniazdka w trzcinach nadal puste. Większy rwetes jest u mnie w lesie. Rankiem i wieczorem ptaki dają niesamowite koncerty, szczególnie kos jest głośny. No i żurawie, gdzieś zza drzew krzyczą, a czasem latają na chałupką i się wydzierają.
To były dwa dni dobrze spożytkowane. Konkretna robota, konkretny efekt, konkretne konsekwencje.
Grządki u sąsiada nie dałam rady przygotować, ale spoko, jest jeszcze czas.
Na ten tydzień zapowiada się bardzo marna pogoda i tak nasiona by siedziały w ziemi.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Mierz siły na zamiary
Powinnam sobie to przysłowie wypalić na czole.
Pięknie się wszystko planuje i robi w fotelu czy siedząc na kanapie. W kontekście Kaczorówki uwielbiam te rojenia i święcie w nie wierzę.
Rzeczywistość bywa niestety okrutna i z reguły z planów szumnych i odważnych daje się zrealizować tylko część.
No bo zachodzą niespodziewane okoliczności, których przy planowaniu nie bierze się pod uwagę. Choćby takiego jedzenia, picia, nagłych załamań pogody, nie mówiąc już o zachodzie słońca, które zachodzi i ma w nosie, że człowiek ma jeszcze tyle do zrobienia. Nie przewiduje się też, że organizm wydelikacony po zimie daje ostrzegawcze sygnały w postaci darcia w kolanach, łupania w plecach tudzież upiornego bólu w miednicy.
Prawda jest taka, że nie da się rady, w dwa dni, odgracić chałupki po zimie, zrobić grządki permakulturowej, zgrabić wagonu igliwia, skopać grządki u sąsiada, pogościć się, odwiedzić znajomych, pójść na spacer itd, itp.
Nie mniej jednak ze swoich zamiarów nie zrealizowałam tylko grządki u sąsiada, za to zrobiłam inne rzeczy, których nie planowałam.
Ale zaczęło się od nieprzewidzianych okoliczności.
Wyjazd z Warszawy trwał dzięki wiadomej rocznicy wyjątkowo długo. Widać wszyscy omijali Krakowskie Przedmieście i jechali tymi samymi ulicami, co my. Godzinę z okładem przebijaliśmy się do rogatek.
Do celu dotarliśmy o 19:30, kiedy słonko chyliło się ku zachodowi.
Pięknie się wszystko planuje i robi w fotelu czy siedząc na kanapie. W kontekście Kaczorówki uwielbiam te rojenia i święcie w nie wierzę.
Rzeczywistość bywa niestety okrutna i z reguły z planów szumnych i odważnych daje się zrealizować tylko część.
No bo zachodzą niespodziewane okoliczności, których przy planowaniu nie bierze się pod uwagę. Choćby takiego jedzenia, picia, nagłych załamań pogody, nie mówiąc już o zachodzie słońca, które zachodzi i ma w nosie, że człowiek ma jeszcze tyle do zrobienia. Nie przewiduje się też, że organizm wydelikacony po zimie daje ostrzegawcze sygnały w postaci darcia w kolanach, łupania w plecach tudzież upiornego bólu w miednicy.
Prawda jest taka, że nie da się rady, w dwa dni, odgracić chałupki po zimie, zrobić grządki permakulturowej, zgrabić wagonu igliwia, skopać grządki u sąsiada, pogościć się, odwiedzić znajomych, pójść na spacer itd, itp.
Nie mniej jednak ze swoich zamiarów nie zrealizowałam tylko grządki u sąsiada, za to zrobiłam inne rzeczy, których nie planowałam.
Ale zaczęło się od nieprzewidzianych okoliczności.
Wyjazd z Warszawy trwał dzięki wiadomej rocznicy wyjątkowo długo. Widać wszyscy omijali Krakowskie Przedmieście i jechali tymi samymi ulicami, co my. Godzinę z okładem przebijaliśmy się do rogatek.
Do celu dotarliśmy o 19:30, kiedy słonko chyliło się ku zachodowi.
Pierwszy haust wieczornego powietrza pachnącego sosną, pośpieszna lustracja działki i Wu udał się do skrzynki prądowej uruchomić elektryczność.
A tu zonk. Nie działa! Wymieniony został licznik, o którym wspominała pozostawiona w szafce prądowej karteczka. Szlag, pewno coś źle podłączyli.
Rany słonko zachodzi, auto pełne klamotów, ziąb się robi, a tu ciemno zimno i do domu daleko. Co robić?
Wpadłam na pomysł! Dzwonić do elektryka, co prąd zakładał. Tylko on może doradzić, co z fantem zrobić.
To był bardzo dobry pomysł, bo mimo piątkowego wieczoru i głębszego, który krążył w jego żyłach zacny Pan. K. postanowił pomóc. Tylko trzeba było po niego jechać do gminy. Wu pojechał, a ja zostałam przy świeczce, owinięta w szlafrok i nasłuchująca odgłosów lasu. ( Jak ja tu żyłam 7 lat bez prądu?)
Mimo ciemności już egipskich zacny Pan K. naprawił powód braku prądu, czyli jakiś tam duży bezpiecznik.
Potem trzeba było fachowca odstawić do gminy. I zrobiła się 22. Wielki czas, aby udać się na spoczynek, po to, aby wczesnym rankiem wstać i zabrać się do dzieła.
Ranek przywitał na pięknym słońcem i wrzaskiem ptaków. Co za cudne dźwięki.
Można wypić kawkę na tarasie układając w głowie plan dnia.
Należy zacząć oczywiście od odgracenia chałupki.
Udało mi się odgracić w godzinę. Sprzątniecie mysich wyczynów nie trwało długo, zeżarły tylko korki od sosu sojowego i denaturatu, posiekały poduszkę i gąbkę do zmywania, oraz wpierniczyły świeczkę. Zostawiły przy tym ślady swojej bytności praktycznie w każdym zakątku, ale odkurzacz dał sobie z tym szybko radę. Wywalenie pościeli na płot trwało chwilkę, a wystawianie klamotów na zewnątrz drugą.
Potem można się było zabrać, z nieoczekiwanymi przerwami przecież, za grządkę permakulturową i inne fizyczne zmagania.
Ale o tym już następnym razem:)
Będzie o kocie, wypadniętych drzwiach, garnku, który o mało, co nie zbiłby lapcia i mojego cudnego smarkfona, grządce permakulturowej, lawendzie i innych takich.
czwartek, 9 kwietnia 2015
Powroty...
O szkole w Nadstawkach już pisałam TU.
Podczas świąt musiałam pojechać i zobaczyć, czy coś się tam zmieniło. Może właściciel rozpoczął remont?
Niestety nie zmieniło się nic. Dewastacja coraz większa. Widzicie tą dziurę w dachu? Teraz woda leje się jeszcze dodatkowo przez sufit nie tylko otwartymi na oścież oknami.
Co więcej można napisać. Że żal, że szkoda...
Może za jakiś czas ta szkoła zostanie tylko na moich fotografiach? Wszystko ku temu zmierza...
Więc popatrzmy na te fotografie...tyle możemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)





