piątek, 23 października 2015

Kto mi pomoże się zdecydować?

Zrobiłam sobie dziś spacer. Z huty do domu. Boszsz udało mi się wyjść za widoku? Sukces!
To dobry czas na przewietrzenie głowy, oglądanie krajobrazów (kiedy się ta jesień zrobiła). W sumie za bardzo tych krajobrazów nie oglądałam, bo całe 2 kilometry ględziłam przez telefon, dzierżąc w łapie torebkę, a w drugiej teczkę z papierami.
Droga ma wiodła przez park, gdzie dopiero zauważyłam, jak mamy już daleko posuniętą jesień. Jakoś umknęły mi gdzieś dwa miesiące, przecież ledwo chwilę temu męczyliśmy się z upałami.
I tak idąc sobie dobrnęłam w okolice sklepu, który mnie od dawna fascynuje i zawsze, ale to zawsze staję sobie przed witryną tego sklepu i podziwiam wystawy. W zasadzie nie bardzo jest, co podziwiać, bo albo tam stoi jakaś para butów, wisi jakaś kiecka, albo paseczek. Mnie fascynuje najbardziej  na tych wystawach cennik. Tym razem też mu się przyglądałam przez chwilę, a potem przerwałam rozmowę i cyknęłam wystawie fotkę.



I do samego domu zastanawiałam się na co wydać  najbliższą pensję. Kilka pozycji niestety od razu odpadło, bo musiałabym wydać kilka pensji, natomiast na takie buty z cyfrą 2 na początku byłoby mnie stać, tyle tylko, że za pozostałą po zakupie kwotę to już musiałabym wybierać jeść, czy opłacić rachunki.

I w lekko rozpaczliwym nastroju dowlokłam się do domu, zjadłam śledzika na raz w sosie koperkowym, bo do garów mi się zaglądać nie chce i nawet siły nie mam i tak sobie dalej myślę.

K@$%a m@ć, kogo na ten sklep stać?


wtorek, 29 września 2015

Dla każdego coś strasznego...


No!
Straszne psy ras różnych, krokodyle, stada dzików, boćków i baranów, osły, kury, kaczki, konie, krowy, grzyby, krasnoludki, śpiące królewny, żaby i co tam sobie wymarzycie. Całe podwórko zastawione gipsowymi wyrobami, do wyboru do koloru.
Chce ktoś namiary?
Chciałam namówić Wu na osła, albo dzika, którego nawet nie zdążyłam sfocić, bo Wu zapuścił motory i już chciał odjechać zostawiając mnie wśród tego stada. Musiałam odpuścić inaczej czekałby mnie 30 kilometrowy spacer do Kaczorówki.
Ciekawe, czy jest dużo chętnych na te stwory, cena na jęzorze tego pieska zwaliła mnie z nóg. Zobaczyłam ją dopiero w domu obrabiając zdjęcia. Całkiem intratny interes. ciekawe ile kosztował osioł...hmmm.










P.S. Hana szukałam ślimaka wiadomej wielkości, ale jakoś nie dojrzałam.

niedziela, 27 września 2015

Tydzień temu.

Było wielkie grzybobranie. Nawet nie wchodziłam do dużego lasu, gdzie w weekend zaroiło się od ludzi. Duży las i tak pusty, jeszcze nie rosły podgrzybki. Grzybów trzeba było szukać po krzakach, na skraju lasu, w młodnikach. Nawet na łąkach, gdzie rosną kanie czubajki.



Miałam nosa, że nie poniosło mnie do dużego lasu, przyszlibyśmy z niczym, a tak, było to:



I tak to nie wszystko, bo część przerobiłam i nie obfociłam. Pierwszy raz zebrałam tu tyle grzybów. Maślaki, słowo daję, można było wynosić z młodników wiadrami. Śliczne, młodziutkie i zdrowe. Zebrałam ich wiadro. Część z nich była usmażona, część ususzona, część w zupce maślaczkowej pożarta. Suszone maślaczki są pyszne, do krupnika, czy bigosu. Spróbujcie ususzyć, polecam.

Uwielbiam zbierać grzyby, to mnie odstresowuje, szczególnie w taki piękny słoneczny poranek, jak tydzień temu.Trochę mniej już lubię obierać, szczególnie maślaki, bez rękawiczek nie da rady, łapiszcza nie chcą się doprać przez kilka dni. Grzyby najchętniej suszę, ale już nie jak kiedyś przez nawlekanie na nitki. Teraz grzyby suszę w suszarce, ale nie zabrałam jej do Kaczorówki. Nie spodziewałam się takiego wysypu.
Trzeba było coś wymyślić...całe szczęście było słonko, a na słońcu bardzo dobrze suszy się grzyby (oczywiście muszą być wtedy pilnowane)


Tych czerwonych nie zbierałam, teściowa to dobra kobieta jest, zrobiłam im zdjęcie, bo urodne takie.


Jakoś tak na fotkach nie widać,że tych grzybów tyle, ale mówię Wam, co rusz wpadałam w ekscytację, bo co kilka kroków było po 3, 4, nawet 5 w grupce, dorodnych koźlaków lub prawdziwków. O maślakach nie wspomnę, bo rosły dziesiątkami, nawet ich nie fociłam.






Szkoda, że w tym tygodniu nie mogłam się wyrwać. To znaczy, mogłam, ale wyrzuty sumienia zatrzymały mnie w domu. Cały dzionek odgracałam chałupę po lecie zapuszczoną okrutnie. Nawet to nieszczęsne okno już umyte...



poniedziałek, 21 września 2015

Ostatnie dzieło w tym sezonie...

Chyba ostatnie, bo jeśli bukda, a partia i pogoda pozwoli, zbudować będzie trzeba jeszcze nowe domki dla ptaków, bo te stare, albo spadły (zgniły?), albo dzięcioł tak rozdziobał wejścia, że ptaszki nie chcą ich zasiedlać.

Rzutem na taśmę Wu zrobił ławkę do nowego zakątka, kawowo -śniadaniowego. Wersja prawie na ukończeniu, tester Mopcianek testuje, jak zwyle pierwszy.


Budowniczy BobWu sprawdza, czy ławka stabilna.



A potem szybciutko ciach, prach i już jest zakątek, to już moja ekspresowa aranżacja, tuż przed zachodem słońca.







Zobaczcie, jak drewno różnie reaguje. Ławka jest z desek sosnowych, pień bukowy, wszystko zabezpieczone olejem bezbarwnym, a jakie różne kolory.Ławkę trzeba będzie pociagnąć jeszcze raz i czekać, aż się spatynuje przez zimę.

W przyszłym roku jeszcze się zakątek wybrukuje lub wycegłuje i...można zabrać się za nowy zakątek. W planach mam taki z pnącą różą na pergoli, taką wsiową różą, starodawną. Wu się stroszy na te róże, ale jakoś go przekonam, bo ja chcę mieć taki właśnie zakątek. Na dodatek mam już taką szczepkę róży, ale on tym jeszcze nie wie:)


niedziela, 20 września 2015

A dzisiaj...

Kaczorówka wygląda inaczej niż ten ugór osiem lat temu, który pokazałam w poprzednim poście (klik).
Mogłabym napisać gruby tom o początkach w Kaczorówce, ale po czterech dniach tam spędzonych, pełna wrażeń, o godzinach spędzonych w lesie na zbieraniu grzybów, czeremchy i czarnego bzu , powiem tylko, że początki i kolejne lata to trud, znój, ale też wiele wspaniałych chwil. To dziesiątki osób, które się tu przewijały, tony, które czuliśmy w kościach, śpiewy przy nocnym ognisku, różne ustrojstwa, które robiliśmy, bez prądu, wody, bo NAM SIĘ CHCIAŁO.

Teraz widzę ile pracy tu włożyliśmy nie mając pieniędzy, ale mając zmysł, chęć i wielką potrzebę stworzenia miejsca, gdzie można zwiać od zgiełku dużego miasta.
Tu rozwijały się nasze pomysły i jak ten Piast z Rzepichą działaliśmy, mając na początek łopatę, siekierę, sierp, grabie i konewkę, wszystko wożone w bagażniku wysłużonego koreańczyka. Bo pierwszy rok koczowaliśmy pod namiotem i nie było, gdzie zostawić narzędzi.
Do dziś jesteśmy wierni zasadzie "recykling ponad wszystko". Domek meblowany jest śmietnikowymi starociami, od pewnego czasu zamienianymi na własnoręczne mebelki, KLIK, KLIK a ogrodowe ustrojstwa, są z pni, gałęzi, lub przywleczone ze złomowiska.
Zbieramy wszystko, kamienie na spacerach, ciekawe korzenie, gałęzie dziwnie wykrzywione, stare okna, jeśli ktoś chce się pozbyć - wszystko się przydaje. Deski kupujemy najtańsze, za to fantastycznie krzywe lub przebarwione sinicą, co ponoć dyskwalifikuje drewno w oczach stolarza. Ale nie w naszych:)
Przetwarzam dary natury, od mniszków począwszy wiosną, teraz robię soki z czeremchy i czarnego bzu. Suszę liście brzozy, paki sąsnowe i pokrzywy. Robię nalewki różniste.
A potem to wszystko...rozdaję.
Czasami, bo bywa, że narzekam z przepracowania, ktoś mnie pyta "chce Ci się tak? Poleżałabyś, odpoczęła, poleniuchowała"
Chyba jednak nie umiem. Odpoczywam, kiedy pracuję i robię to, co mi do głowy wpadnie (jak w nazwie bloga).
Ostatnio tym bardziej w ten sposób lubię spędzać czas i już mniej niż kiedyś bawią mnie biesiady.

Kaczorówkę można fotografować o każdej porze, inna jest rankiem, inna w deszcz inna o zachodzie słońca.

Daję wszystkie fotki, jak leci. Jeszcze ciepłe z wczoraj i dziś. Widać już nadchodzącą jesień, klapek, ale tylko ten w ogrodzie, już czerwony.Na domku jeszcze jest całkiem zielony.







Tu już mamy zachód słońca.





Tu się zaplątał dzisiejszy chmurny ranek.



 Tu są ustrojstawa ze złomowiska i zakątek przy myjni.



Altana, która z braku drewutni stała się klamociarnią. Znamienne jest to, że Wu zrobił ją własnoręcznie bez użycia narzędzi elektrycznych.


Tam gdzie jaśniejsza trawa, jeszcze w zeszłym tygodniu była łączka. Nie kosimy tego kawałka od wiosny, żeby miały gdzie owady i motyle grasować.


Chałupka nam zarosła, więc mamy małpi gaj na tarasie.




Trzy słoneczniki ptaki zeżarły w jeden dzień. Ptaki, koty i nawet ostatnio pies puszczą nas z torbami. Dziurek na powitanie zeżarł dwie puszki karmy i chciał jeszcze!!!
Dobrze, że w karmieniu czworonogów pomagają nam Sokoły zza siatki.






No i wczorajszy zachód słońca.


A to kotecek, który zjadł dwie puszki karmy, a potem na kilka godzin przestał istnieć, bo zapadł w błogi sen.


Ot i taka ta nasza Kaczorówka jest.
Nie ma tu betonu, klinkieru, wygód szczególnych.
Dla mnie już i tak jest świetnie, jest woda, jest prąd. Czego mi więcej trzeba?
W zimne dni, kiedy przestaje działać letni prysznic, tęsknię, za łazieneczką, taką ciupcią, maleniusią z prysznicem.
Ale chcieć to móc:)