Fajnie, że pisałyście pod poprzednim postem o swoich odczuciach dotyczących zmian zachodzących w naszym otoczeniu. O żalu za tym, co było rodzime, tradycyjne, regionalne. Nie chciałabym nigo urazić, kto akurat lubi tuje, wiatraki i sztuczne bociany w ogródkach. Podobno o gustach nie powinno się dyskutować. Widać nie każdemu serducho pika w jednakową stronę jeśli chodzi o sposoby upiększania swojego otoczenia. A może to kwestia kasy? Wolę jednak wydać 20 dychy na dziurawy 80 letni żeliwny garnek w który wsadzę kwiaty niż na gipsowego bociana. Wolę 600 stów wydać na kamienie i potem brukować niż kupić kostkę, bo ona u mnie nijak by nie pasowała.
Wypowiadałyście się z rana, a ja nie mogłam w tej dyskusji uczestniczyć bo o tej porze w hucie topię surówkę:) Kiedy wracam do domu z reguły mam wizytę nieplanowaną jednak do przewidzenia, potem łyknę coś w pośpiechu. Dziś z desperacji, po dwudniówce na zupce kalarepowej, pożarłam pizzę. I dupa w kwiatki, zaprzepaściłam dwa dni. Potem jest już wieczór. Czas dla mnie, ale nie dla bajzlu, który woła z każdego kąta.Ryczą też dekupki, hafty wstążeczkowe wyją, pranie piszczy, gary w zlewie zawodzą. A ja siadam do lapcia i pikam. No, ale obiecałam przecież, że pokażę, co z tej wsi przywlokłam. Nie sfociłam wszystkiego.
Na początek jednak jeszcze pokażę, nawiązując do wczorajszego tematu o dbaniu jedynie o fasady, jak potrafimy cudnie ozdobić śmieciami nasze otoczenia. Szlag by trafił te wszystkie jednorazowe torby. Zobaczcie, co one potrafią zrobić. Fotka zrobiona po drodze z "mojej wsi". Zdjęcie jest sprzed kilku lat, czyli nie jest to zjawisko świeże.
Smutny widok nie? Ale można o tym pisenkę napisać, albo wiersz jakiś? Fraszkę? Kto zacznie?
Ja?
Foliowa torba śmieciem jest w przyrodzie
Nie korzystaj z toreb foliowych, dziś jest w modzie...
Dobra, ale, co to ja przywlokłam z tej wsi?
Kretowata niech się nie martwi, że nie zabrałam dyni. Siostra miała ich sześć, zabrałam jedną, ale za to "byczą", podzielę się z psiapsiółką, sama jej nie zjem. Dyni nie sfociłam, bez przesady.
Nie sfociłam też słoiczków z buraczkami, musami, i ślimaczkami w pieprzu. Ślimaczki w pieprzu to cukienie w zalewie octowo-pieprzowej. Dobre, ostre, grzeje w przełyk.
Nie sfociłam jeszcze stareńkiego metalowego pudełka po babci, które siostra dała do przerobienia dekupażowego. Wzięłam, ale nie przerobię. Nie niszczy się dekupkami takich rzeczy. Dostanie inną skrzyneczkę, drewnianą, nową. Starą zostawimy w świętym spokoju taką jaka jest, zardzewiała z lekka, ale piękna. W śrdku jest stare zdjęcie, ale jeszcze nie miałam czasu się mu przyjrzeć.
Sfociłam za to w pośpiechu Maryjkę, którą bezczelnie wycyganiłam od siostry. No bo po co jej dwie? Jedną ma po babci drugą znalazła na śmietniku. Oczywiście, nie będę jej odnawiać, bo taka nadgryziona zębem czasu jest dla mnie ładniejsza.
I dostałam dwie kropielniczki do mojej kolekcji. Od siostry oczywiście. Ona dba o powiększenie moich zbiorów, jak nikt:)) Cmoki siostrzyczce:) Kiedyś jeszcze polowała w SH na porcelanowe stare lalki dla mnie, ale teraz sama je zaczęła zbierać. Złapała bakcyla:)) Oby kropielniczek nie zaczęła zbierać bo już nic nie dostanę:)
Jak ktoś nie lubi kropielniczek, walają mu się gdzieś po zagrodzie to przygarnę, powieszę w reprezentacyjnym miejscu. Na razie wiszą w Kaczorówce, ale już za kilka dni przyjadą do "miasta", bo mam nową koncepcję na ich ekspozycję. I będą tu bezpieczniejsze.
Kolekcja rośnie i bardzo dobrze, bo to produkt dość specyficzny. Nie każdy dziś wie do czego one służyły. Często jak pytam o kropielniniczki to mi przynoszą......popielniczki:)) Popielniczek nie zbieram i nie zamierzam zbierać.
Jutro zobaczę jesień, nie tą miejską, choć w parku wygląda cudnie. Zobaczę mazurską i już się doczekać nie mogę, sztachnę się mazurskim powietrzem, a jak da radę to zajrzę do netu. Szczególnie wieczorem, bo w dzień będę porządkować Kaczorówkę na zimę, może pójdę przewąchać las pod kątem grzybów?
Ponieważ jutro piątek, ukochany dzień wszystkich pracujących, życzę udanego piątku, soboty i niedzieli. Korzystajcie z pogody to pewno jedne z ostatnich tak ciepłych dni.
Buziaki:)
czwartek, 10 października 2013
środa, 9 października 2013
Co tam panie na wsi słychać?
Że u Hany byłam -wiecie. Że spotkałam tam Kretowatą, jej dziecię i
Mikę-wiecie. Że superowo było-wiecie. Nie wiecie jednak, że kawalątek niedzieli
spędziłam u siebie "na wsi". Zdecydowanie za krótko i pośpiesznie.
Może ten pośpiech, pobieżne spojrzenie na "moją wieś" spowodowało, że
oceniam ją tak krytycznie?
Bo ja pamiętam ją troszkę inaczej. Teraz
odwiedzam ją sporadycznie. Wieś jest bardzo długa i duża. Kiedyś zielona i
zadrzewiona, dziś to prawie betonowa pustynia. Większości dużych drzew już nie
ma, nie mówię o ogródkach w których kiedyś królowały bzy, jaśminy, kaliny. Dziś
w ogródkach są tuje, zimozielone drzewka, a ogródki ogrodzone często betonowym
albo metalowym błotem. Owszem, wieś na pierwszy rzut oka prezentuje się
schludnie i gładko, ale brak jej "duszy". Ot choćby takiej duszy, jak
w Hanczynym obejściu.........
Na zapleczach obejść
"pierdolnik", dbają jedynie o fasady. W nieładzie zostawione
jakieś maszyny, kupy gruzu, albo zarośnięty i zachwaszczony ugór. Zniknęły gdzieś przydomowe sady z kilkoma jabłonkami, gruszkami, śliwami.......
Udałam się z Wu na spacer, rowerkami. Na
naszą ulubioną kiedyś "górę". Tam jeździliśmy na zachody słońca,
najpierw sami, a potem z dzieckiem. Wiosną "górą" fioletowiała od
kwitnących sasanek. Zimą zjeżdżało się z niej na workach z sianem. A teraz
"góry" prawie nie ma. Pobierają z niej piasek, ciekawe czy to jest
zgodnie z prawem. Żal mi tej góry, a sasanki już tam nie rosną, ich środowisko zostało zniszczone, choć są przecież pod ochroną.
Za "górą" jest wieś, w zasadzie
chyba kolonia, trzy chałupy, a w zasadzie dwie, bo ta trzecia już się zawaliła. W około łąki, łąki i nic więcej.......
To dość sentymentalne miejsce, bo z tego zawalonego domu pochodziła babka mojej
babki. Czy to był ten sam dom, co na zdjęciu to nie wiem. Miejsce jednak to samo. Pamiętam, jak babcia mi opowiadała, że właśnie tam, w tym obejściu, pewnej
śnieżnej zimy wilki podkopały się do obory i zagryzły cielaczka. Rzecz się
działa, jak rachuję, coś około 1850 roku, widać wtedy w tych stronach żyły
jeszcze wilki. Ta opowieść o wilkach bardzo działała na moją dziecięcą
wyobraźnię.
Po drodze jest rzeka, w tym miejscu,
prawie u źródeł, to niewielka struga. Kiedyś zawsze wykoszona, pogłębiona,
brzegi miała regulowane faszynami. Tam kąpały się wszystkie wiejskie dzieciaki,
a dzieciaki kąpały swoje krowy i psy, ja toże. Wiosną łowiłam tam szczeżuje, a
chłopaki nawet jakieś karasie, albo płotki. Dziś to zarośnięty rów z mętną
wodą. Nie wiem, czy tam cokolwiek jeszcze żyje, bo nic nie widać w tej mętnej
wodzie.
poniedziałek, 7 października 2013
Prawie jak randka w ciemno.
Nie przypuszczałam nawet, że to się stanie. Że będzie mi dane poznać w realu blogowe dziewczyny. A jednak stało się.Nie mogłam i nie chciałam odmówić serdecznemu zaproszeniu Hany, aby się u niej spotkać. Na dodatek miałam dla innych być NIESPODZIANKĄ. To, jak nie jechać, jak się ma taką zaszczytną funkcję piastować. W sobotę wczesnym rankiem odpaliwszy Madzię udaliśmy się z Wu na zachód. Psiaczka zostawiłam po drodze u mamy, a potem bryknęliśmy jeszcze 90 km dalej na zachód. Tylko troszkę zbłądziliśmy, po drodze, ale w obejście trafiliśmy idealnie, bo u wrót czekał już na nas Ogniomistrz, zachęcając łapkami do wjazdu na posesję.
Rozczarowania nie było żadnego, bo dziewczyny w realu są dokładnie, takie same, jak w necie. Żadnych przekłamań, żadnej ściemy, żadnego budyniu.
Hana wraz ze swoją Połówką to mistrzowie atmosfery. Mistrzowie aranżacji otoczenia i wnętrz. Żeby mnie tak chcieli zaadoptować to bym u nich już została i się wielu rzeczy nauczyła. Hana musi ten blog w końcu założyć i pokazać cudeńka, które z ich łapek wychodzą. Słyszysz Hana??? Ja proszę.
Kto nie był, to niech idzie do bloga Kretowatej i tam ją pozna. Blog Kretowatej to Kretowata. Jedyne, co mi się nie zgadza, to, to, że krasnludki spowodowały niby zwiększenie wagi Kretowatej. Przyglądałam się uważnie i nigdzie tych nadmiarów nie dostrzegam. Tu trochę nazmyślała:))
Mika tak, jak Hana nie ma bloga i chyba też trzeba ją przydusić o założenie. Zdawałaby nam codziennie relację spod samiuśkich Tater i koiła swoim spokojem i dobrocią.
Owieczka miała być, ale nie wyszło. Ja żałuję bardzo, bo tylko ja z tego grona jej nie poznałam w realu.
Czas nam tak szybko mijał, że nawet zdjęć nie porobiłam oprócz kilku dosłownie, ale też istotnych, bo będą dowodem na to, że ja tam byłam naprawdę. Wiele z Was pozna Frodka, Wałka, i Barbulka zwanego również Maryjankiem. Tylko Grażynka pozwoliwszy się pogłaskać odmaszerowała na z góry upatrzoną pozycję, czyli szafę i nie raczyła jej opuścić do naszego odjazdu. Widać, że to kocia dama i na dodatek charakterna.
Na początek Frodo. Czy te oczy mogą kłamać? Zobaczcie to sama dobroć i czułość. Byłam z lekka zazdrosna, bo z reguły to mnie zawsze wszystkie zwierzaki oblegają, ale Frodo, choć przychodził do mnie na głaski zdecydowanie przylgnął do Wu. Chyba czuł, że Wu lubi takie wielkie, kudłate........ nasz Mopek to tylko namiastka, bo może i kudłaty, jak zarośnie, ale konus z niego okrutny.
Frodek z Wałkiem, nowym nabytkiem Hany ( ktoś go wyrzucił) są w jak najlepszej komitywie i na trawie trudno im zrobić zdjęcie, bo zabawom i skokom nie ma końca.
A to jest Barbulek/Maryjanek w chwilę po przebudzeniu. To też nowy, całkiem niespodziewany nabytek, który u Hany znalazł opiekę. Te zwierzaki wiedzą, gdzie przychodzić, mają u Hany, jak u Pana Boga za piecem. Widziałam, sama to wiem, co mówię. Wałeczek ma cudny koszyczek z kołderką z falbanką, Grażynka do dyspozycji wierzchołek antycznej szafy i każde inne miejsce, które zechce, Barbulek osobisty pokój zabaw i przytulne koszyczki do spania, a Frodek jak hrabia jakiś ogrzewa kości w cieple kominka.
I mimo, że w kołach przez dwa dni mamy prawie 800 kilometrów to cały czas wracam jeszcze w myślach do ciepłego klimatu naszego spotkania, urokliwych hanczynych zakątków i tak sobie myślę, kiedy moje zakątki tak będą wyglądać? No ale wiem już w razie co u kogo szukać porady i inspiracji:)))
Dziękuję Wam Dziewczyny jeszcze raz za cudne spotkanie.
Relację z drugiej części mojego w Wielkopolsce zdam niebawem. Jakie mam wrażenia i jak się zmieniła moja wieś, co przywlokłam nowego do kolekcji i jak nam mijała droga powrotna.
Buziaczki dla Wszystkich zaglądających tu do mnie.
Czytaczy zachęcam do zostawienia słówka, miło mi będzie niezmiernie.
Rozczarowania nie było żadnego, bo dziewczyny w realu są dokładnie, takie same, jak w necie. Żadnych przekłamań, żadnej ściemy, żadnego budyniu.
Hana wraz ze swoją Połówką to mistrzowie atmosfery. Mistrzowie aranżacji otoczenia i wnętrz. Żeby mnie tak chcieli zaadoptować to bym u nich już została i się wielu rzeczy nauczyła. Hana musi ten blog w końcu założyć i pokazać cudeńka, które z ich łapek wychodzą. Słyszysz Hana??? Ja proszę.
Kto nie był, to niech idzie do bloga Kretowatej i tam ją pozna. Blog Kretowatej to Kretowata. Jedyne, co mi się nie zgadza, to, to, że krasnludki spowodowały niby zwiększenie wagi Kretowatej. Przyglądałam się uważnie i nigdzie tych nadmiarów nie dostrzegam. Tu trochę nazmyślała:))
Mika tak, jak Hana nie ma bloga i chyba też trzeba ją przydusić o założenie. Zdawałaby nam codziennie relację spod samiuśkich Tater i koiła swoim spokojem i dobrocią.
Owieczka miała być, ale nie wyszło. Ja żałuję bardzo, bo tylko ja z tego grona jej nie poznałam w realu.
Czas nam tak szybko mijał, że nawet zdjęć nie porobiłam oprócz kilku dosłownie, ale też istotnych, bo będą dowodem na to, że ja tam byłam naprawdę. Wiele z Was pozna Frodka, Wałka, i Barbulka zwanego również Maryjankiem. Tylko Grażynka pozwoliwszy się pogłaskać odmaszerowała na z góry upatrzoną pozycję, czyli szafę i nie raczyła jej opuścić do naszego odjazdu. Widać, że to kocia dama i na dodatek charakterna.
Na początek Frodo. Czy te oczy mogą kłamać? Zobaczcie to sama dobroć i czułość. Byłam z lekka zazdrosna, bo z reguły to mnie zawsze wszystkie zwierzaki oblegają, ale Frodo, choć przychodził do mnie na głaski zdecydowanie przylgnął do Wu. Chyba czuł, że Wu lubi takie wielkie, kudłate........ nasz Mopek to tylko namiastka, bo może i kudłaty, jak zarośnie, ale konus z niego okrutny.
Frodek z Wałkiem, nowym nabytkiem Hany ( ktoś go wyrzucił) są w jak najlepszej komitywie i na trawie trudno im zrobić zdjęcie, bo zabawom i skokom nie ma końca.
A to jest Barbulek/Maryjanek w chwilę po przebudzeniu. To też nowy, całkiem niespodziewany nabytek, który u Hany znalazł opiekę. Te zwierzaki wiedzą, gdzie przychodzić, mają u Hany, jak u Pana Boga za piecem. Widziałam, sama to wiem, co mówię. Wałeczek ma cudny koszyczek z kołderką z falbanką, Grażynka do dyspozycji wierzchołek antycznej szafy i każde inne miejsce, które zechce, Barbulek osobisty pokój zabaw i przytulne koszyczki do spania, a Frodek jak hrabia jakiś ogrzewa kości w cieple kominka.
I mimo, że w kołach przez dwa dni mamy prawie 800 kilometrów to cały czas wracam jeszcze w myślach do ciepłego klimatu naszego spotkania, urokliwych hanczynych zakątków i tak sobie myślę, kiedy moje zakątki tak będą wyglądać? No ale wiem już w razie co u kogo szukać porady i inspiracji:)))
Dziękuję Wam Dziewczyny jeszcze raz za cudne spotkanie.
Relację z drugiej części mojego w Wielkopolsce zdam niebawem. Jakie mam wrażenia i jak się zmieniła moja wieś, co przywlokłam nowego do kolekcji i jak nam mijała droga powrotna.
Buziaczki dla Wszystkich zaglądających tu do mnie.
Czytaczy zachęcam do zostawienia słówka, miło mi będzie niezmiernie.
czwartek, 3 października 2013
Co widać za oknem?
Co może być widać za oknem? A to zależy od okna:) Niektórzy widzą pola, inni łąki lub las, jeszcze inni tory kolejowe, lub drogę szybkiego ruchu, może nawet ekrany odgradzające od austostrady. Jeszcze inni widzą góry, albo morze. Z moich okien głównie widać wysokie domy, coraz wyższe i coraz więcej tych domów. Czasami zerkam przez okno i jestem bardzo zdziwiona, bo nagle zza jakiegoś wieżowaca wyłania się już kolejny, rosną dosłownie, jak grzyby po deszczu.
Nie będę Wam pokazywać wieżowców, pokażę, co widać pod moim oknem, kiedy obiektyw aparatu skieruję w dół.
Zapraszam:))
A co widać za Waszymi oknami?
Nie będę Wam pokazywać wieżowców, pokażę, co widać pod moim oknem, kiedy obiektyw aparatu skieruję w dół.
Zapraszam:))
środa, 2 października 2013
Natchniona
Natchniona opowieściami Kretowatej o sąsiedzkich wyczynach
postanowiłam się z Wami podzielić swoją opowieścią o sąsiadach.
Tych pierwszych sąsiadów z dzieciństwa bardzo dobrze
pamiętam. Najbardziej Pana „Sobczoka”, który był postrachem wszystkich dzieci w
okolicy. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie dzieciaki nim straszono, choć on sam
w zasadzie się do nas nawet nie odzywał. Jednak jego wygląd wzbudzał dziecięce przerażenie, był śniady, niski i
krępy. Miał czarną czuprynę przetykaną siwizną, latem chodził boso w wiecznie
rozchełstanej koszuli, z której wyłaziły takie czarne kudłate kłaki. I dyszał
okrutnie i kasłał. Najczęściej taki dyszący i kaszlący stał przy furtce i
spoglądał na drogę, a wtedy żaden dzieciak nie śmiał obok przejść.
Kolejni sąsiedzi to była para staruszków, uprawiająca
kawałek ziemi. Płody rolne zwozili do domu wozem zaprzężonym w dwie……..krowy. Nikt
inny tak nie robił, wozy ciągnęły konie, albo traktory. Mieszkali w maleńkim,
stareńkim domku, który o dziwo stoi do dziś i nadal jest zamieszkany.
Po lewej stronie płota mieszkała siostra mojej babci, która
miała męża stolarza. Wujek „Sylwek” był bardzo miłym człowiekiem, babcia często
mnie tam do nich zabierała. Uwielbiałam się bawić „ostrzałką” na korbkę stojącą
na podwórzu. Dorośli czasami rozmawiali
po niemiecku, podejrzewam, że musieli gadać o czymś, czego ja nie powinnam
wiedzieć.
A potem się przeprowadziłam i zamieszkałam między dwoma
gospodarzami. Rankiem spać nie dały buczące od świtu dojarki, bo sąsiedzi
hodowali spore krowie stada, a mleko trzeba było odstawić do skupu wcześnie. Potem, jak to w gospodarskim obejściu, ciągle
coś warczało, jeździło i buczało. Ciche sąsiedztwo to nie było. Sąsiad po
prawej lubił dyscyplinować rodzinę, szczególnie po powrocie z miejscowego
sklepu, głośnymi przekleństwami, zaś sąsiad po lewej z tego
samego powodu i w ten sam sposób dyscyplinował krowy. Widać rodzina sobie nie pozwalała.
Rozdział wiejski zamknął się
dość dawno temu i w sposób dość nagły. Nagle zamieszkałam w WIELKIM
MIEŚCIE i na dodatek od razu bardzo
WYSOKO. Na tyle wysoko, że już nie miałam sąsiadów nad sobą. Za to jakie
widoki…………..
Sąsiedzi z lewej i prawej w zasadzie byli niezauważalni, za to
sąsiad z naprzeciwka dostarczał mi atrakcji niemal codziennie. Mawiał o sobie
LITERAT- POETA. Był jedynym mi znanym człowiekiem, którego widywałam dzień w
dzień przez 8 lat, a tylko na palcach jednej ręki policzyłabym dni, kiedy mój
sąsiad nie wchłonął od samego rana czegoś procentowego. To było widać od razu
bo minę miał wtedy marsową i nie witał mnie wylewnym jak zwykle „Witam moją
uroczą sąsiadkę” ( czasem uroczą zamieniał na piękną, trefniś jeden). Do
sąsiada schodziło się doborowe towarzystwo. Blok na swojej liście mieszkańców
miał trochę znanych nazwisk, szczególnie nasze ostatnie piętro, bo oprócz
sąsiada literata, kilka mieszkań dalej mieszkał sławny swego czasu tancerz.
Miał ślicznego psa w typie wilczura ale o umaszczeniu psa dingo, który nosił
imię jednego z cesarzy rzymskich. Właściciel miał zwyczaj rozmawiać ze swoim
psem w dość charakterystyczny sposób, co w połączeniu z jego dość nietypowym
image ( sąsiada oczywiście, nie psa) wzbudzało powszechne zainteresowanie. No i
to towarzystwo dość często „bywało” u sąsiada LITERATA z naprzeciwka. Było
głośno, było strasznie, było niebezpiecznie. Bo do mojego sąsiada, szczególnie
w późnych godzinach nocnych przychodziły panie, wiadomo jakie. A z nimi różne inne typki. Czasem przychodzili jacyś
panowie, których sąsiad nie wpuszczał, mimo, że był w domu. Niechciani goście
wtykali wtedy w dzwonek zapałkę i ten dzwonek tak dzwonił kilka godzin. Czasami ktoś stał pod sąsiadowymi drzwiami i długo łomotał w nie pięściami. Mojego
uroczego sąsiada często siły opuszczały tuż przed własnymi drzwiami i zasypiał
z błogością ułożywszy głowę na wycieraczce. Moja teściowa widząc, kiedyś
sąsiada w ten sposób „odpoczywającego” pod drzwiami zapytała „ dlaczego pan śpi
na korytarzu?” na co sąsiad tubalnym głosem odpowiedział „ bo ja lubię
korytarz”.
Ekscesów było więcej i czasami martwiłam się, że sąsiad
będąc w stanie w jakim bywał zazwyczaj puści z dymem nasz blok, albo wysadzi go
w powietrze. Na szczęście tak się nie stało, a ja w międzyczasie się
wyprowadziłam.
Bywam w tych okolicach i czasami widuję mojego dawnego
sąsiada, który mnie nieodmiennie wita, jak dawniej „Witam moją uroczą sąsiadkę”,
obiecywał mi też kilka lat temu swoją książkę z dedykacją, ale jakoś na
obietnicach się skończyło.
Najdziwniejsze z tego wszystkiego jest to, że od czasów,
kiedy poznałam mojego sąsiada LITERATA minęło już wiele lat, z młodej dziewczyny
stałam się już dojrzałą kobietą, a dla sąsiada czas się zatrzymał. Wygląda
dokładnie tak samo jak lata temu i ponoć trybu życia też nie zmienił, choć
wielu kompanów z ich doborowego towarzystwa pożegnało się już z tym padołem.
Co go tak kurna konserwuje?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



