Natchniona opowieściami Kretowatej o sąsiedzkich wyczynach
postanowiłam się z Wami podzielić swoją opowieścią o sąsiadach.
Tych pierwszych sąsiadów z dzieciństwa bardzo dobrze
pamiętam. Najbardziej Pana „Sobczoka”, który był postrachem wszystkich dzieci w
okolicy. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie dzieciaki nim straszono, choć on sam
w zasadzie się do nas nawet nie odzywał. Jednak jego wygląd wzbudzał dziecięce przerażenie, był śniady, niski i
krępy. Miał czarną czuprynę przetykaną siwizną, latem chodził boso w wiecznie
rozchełstanej koszuli, z której wyłaziły takie czarne kudłate kłaki. I dyszał
okrutnie i kasłał. Najczęściej taki dyszący i kaszlący stał przy furtce i
spoglądał na drogę, a wtedy żaden dzieciak nie śmiał obok przejść.
Kolejni sąsiedzi to była para staruszków, uprawiająca
kawałek ziemi. Płody rolne zwozili do domu wozem zaprzężonym w dwie……..krowy. Nikt
inny tak nie robił, wozy ciągnęły konie, albo traktory. Mieszkali w maleńkim,
stareńkim domku, który o dziwo stoi do dziś i nadal jest zamieszkany.
Po lewej stronie płota mieszkała siostra mojej babci, która
miała męża stolarza. Wujek „Sylwek” był bardzo miłym człowiekiem, babcia często
mnie tam do nich zabierała. Uwielbiałam się bawić „ostrzałką” na korbkę stojącą
na podwórzu. Dorośli czasami rozmawiali
po niemiecku, podejrzewam, że musieli gadać o czymś, czego ja nie powinnam
wiedzieć.
A potem się przeprowadziłam i zamieszkałam między dwoma
gospodarzami. Rankiem spać nie dały buczące od świtu dojarki, bo sąsiedzi
hodowali spore krowie stada, a mleko trzeba było odstawić do skupu wcześnie. Potem, jak to w gospodarskim obejściu, ciągle
coś warczało, jeździło i buczało. Ciche sąsiedztwo to nie było. Sąsiad po
prawej lubił dyscyplinować rodzinę, szczególnie po powrocie z miejscowego
sklepu, głośnymi przekleństwami, zaś sąsiad po lewej z tego
samego powodu i w ten sam sposób dyscyplinował krowy. Widać rodzina sobie nie pozwalała.
Rozdział wiejski zamknął się
dość dawno temu i w sposób dość nagły. Nagle zamieszkałam w WIELKIM
MIEŚCIE i na dodatek od razu bardzo
WYSOKO. Na tyle wysoko, że już nie miałam sąsiadów nad sobą. Za to jakie
widoki…………..
Sąsiedzi z lewej i prawej w zasadzie byli niezauważalni, za to
sąsiad z naprzeciwka dostarczał mi atrakcji niemal codziennie. Mawiał o sobie
LITERAT- POETA. Był jedynym mi znanym człowiekiem, którego widywałam dzień w
dzień przez 8 lat, a tylko na palcach jednej ręki policzyłabym dni, kiedy mój
sąsiad nie wchłonął od samego rana czegoś procentowego. To było widać od razu
bo minę miał wtedy marsową i nie witał mnie wylewnym jak zwykle „Witam moją
uroczą sąsiadkę” ( czasem uroczą zamieniał na piękną, trefniś jeden). Do
sąsiada schodziło się doborowe towarzystwo. Blok na swojej liście mieszkańców
miał trochę znanych nazwisk, szczególnie nasze ostatnie piętro, bo oprócz
sąsiada literata, kilka mieszkań dalej mieszkał sławny swego czasu tancerz.
Miał ślicznego psa w typie wilczura ale o umaszczeniu psa dingo, który nosił
imię jednego z cesarzy rzymskich. Właściciel miał zwyczaj rozmawiać ze swoim
psem w dość charakterystyczny sposób, co w połączeniu z jego dość nietypowym
image ( sąsiada oczywiście, nie psa) wzbudzało powszechne zainteresowanie. No i
to towarzystwo dość często „bywało” u sąsiada LITERATA z naprzeciwka. Było
głośno, było strasznie, było niebezpiecznie. Bo do mojego sąsiada, szczególnie
w późnych godzinach nocnych przychodziły panie, wiadomo jakie. A z nimi różne inne typki. Czasem przychodzili jacyś
panowie, których sąsiad nie wpuszczał, mimo, że był w domu. Niechciani goście
wtykali wtedy w dzwonek zapałkę i ten dzwonek tak dzwonił kilka godzin. Czasami ktoś stał pod sąsiadowymi drzwiami i długo łomotał w nie pięściami. Mojego
uroczego sąsiada często siły opuszczały tuż przed własnymi drzwiami i zasypiał
z błogością ułożywszy głowę na wycieraczce. Moja teściowa widząc, kiedyś
sąsiada w ten sposób „odpoczywającego” pod drzwiami zapytała „ dlaczego pan śpi
na korytarzu?” na co sąsiad tubalnym głosem odpowiedział „ bo ja lubię
korytarz”.
Ekscesów było więcej i czasami martwiłam się, że sąsiad
będąc w stanie w jakim bywał zazwyczaj puści z dymem nasz blok, albo wysadzi go
w powietrze. Na szczęście tak się nie stało, a ja w międzyczasie się
wyprowadziłam.
Bywam w tych okolicach i czasami widuję mojego dawnego
sąsiada, który mnie nieodmiennie wita, jak dawniej „Witam moją uroczą sąsiadkę”,
obiecywał mi też kilka lat temu swoją książkę z dedykacją, ale jakoś na
obietnicach się skończyło.
Najdziwniejsze z tego wszystkiego jest to, że od czasów,
kiedy poznałam mojego sąsiada LITERATA minęło już wiele lat, z młodej dziewczyny
stałam się już dojrzałą kobietą, a dla sąsiada czas się zatrzymał. Wygląda
dokładnie tak samo jak lata temu i ponoć trybu życia też nie zmienił, choć
wielu kompanów z ich doborowego towarzystwa pożegnało się już z tym padołem.
Co go tak kurna konserwuje?
ja jestem dziecko z kamienicy. sąsiadów pamiętam, niektórzy jeszcze żyją, na przykład "głupia elka"....
OdpowiedzUsuńu mnie w tym ssmym bloku byla taka artystka ktorej sie pomieszalo w glowie chodzila w przezroczystych sukienkach bez bielizny w ogromnych kapeluszach. nosila lalke spiewala jej i gadala do niej......biedna kobieta zal bylo patrzec....
UsuńNo jak to co??? najlepszy konserwant świata. A Mnemo, tak z ciekawości, podrzuć mi na maila nazwisko tego literata, bo mam swoją propozycję i jestem ciekawa, czy się potwierdzi;) Znam ich kilku, wierz mi;)))
OdpowiedzUsuńi wszyscy tacy zabawowi?
UsuńA może Twój sąsiad podpisał pakt z diabłem? I dlatego jeszcze żyje i dobrze wygląda?
OdpowiedzUsuńSylwetka Sobczoka intrygująca ;), ciekawe, dlaczego rodzice sobie go upodobali do straszenia nim swoich dzieci?
Moich obecnych sąsiadów opisywać nie będę, bo musiałabym użyć słów uznanych powszechnie za obelżywe. Nie wszystkich to dotyczy, oczywiście.
też o tym myślałam.....
UsuńOj to ja też miałam takie bliskie sąsiedztwo ....piętro wyżej .....wyrzucić się ich nie dało bo to w końcu rodzice ....ale już imprezują w innym świecie.
OdpowiedzUsuńMiłego dzionka :)
oj to dopiero przykre. wspolczuje.
UsuńKażdy ma lub miał sąsiada, któremu można by poświęcić słów kilka, niekoniecznie pochlebnych ;)
OdpowiedzUsuńmoja koleżanka miała sąsiadke przed którą musiała się ukrywać, ciągle ją nachodziła i siedziała godzinami. nie wiem czy to nie gorsze sasiedztwo niz literat....
UsuńMoże Pan Literat oprócz konserwowania za nic ma zmartwienia które innym lat dodają ... :) Ale mała konserwacja nikomu nie zaszkodzi ;)
OdpowiedzUsuńCzytając Twoje sąsiedzkie wspomnienia odleciałam do czasów mojego dzieciństwa. Chyba na każdym podwórku znalazł się sąsiad, którego dzieciaki unikały, z sobie tylko wiadomych powodów. A może nawet bez powowdu :)
On jest zakonserwowany jak mumia egipska, a czy się czymś martwi? Kiedyś się martwił, że mu ministrem Podkańskim, coś mu tam zlikwidował, ale nie pamiętam o co chodziło.
UsuńLiteratura, Mnemo. Wszak to Literat.
OdpowiedzUsuńbym to ujela tak: LITER I TURA kolejna ovzywiscie:)
UsuńPięknie Mnemo to ujęłaś! Nic dodać, nic ująć!
Usuńo tak... literatura ( podobnie jak denatura...t) konserwuje!
OdpowiedzUsuńa swoją drogą: kawał porządnej literatury (sic!) Ci wyszedł ;-)) co oczywisćie nie dziwi♥
Widać jednego i drugiego mam za mało, bo się już sypię:))
UsuńJa przeprowadzałam się cztery razy świadomie, a pierwszy /czyli było by pięć razem/ wymusił pożar naszego domu. A najlepiej pamiętam sąsiadów z okresu szkoły podstawowej. Dziś są inni sąsiedzi, inne jakieś sprawy. Jest po prostu inaczej...
OdpowiedzUsuńTeraz mam spokój, żadnych odjazdowych LITERATÓW drzwi w drzwi, sąsiadów praktycznie nie znam. Pewnie dlatego, że wracam późno, wychodzę wcześnie, w łykendy wio do Kaczorówki.........jestem gościem we własnej chałupie.
Usuń