W zasadzie mam gotową odpowiedź
na to pytanie. Oczywiście, pracuję po to aby mieć za, co żyć. Tak było, całe
lata, nie mogłam sobie nigdy pozwolić na to, żeby nie pracować. Nie urodziłam
się w dobrze sytuowanej rodzinie nie wyszłam też za mąż za bogatego człowieka. Żadna
babka ani ciotka nie zostawiły żadnego
spadku dla mnie i wygląda na to, że już nikt nie zostawi. Nie mam też smykałki
do interesów, lawirowania i ślizgania się na grzbietach innych. Wszystko do
czego doszłam to wynik uporu, pracowitości, skrupulatności, kreatywności i
zaangażowania. Ot taki wół roboczy.
Lubiłam moją pracę, ba były
okresy, że ją nawet „kochałam”. Poważnie!!! Wu czasami żartobliwie pytał, czy
ty wyszłaś za mąż za mnie, czy za pracę? Miałam jednak ten komfort, że po wejściu
w progi domu mogłam do dnia następnego nie myśleć o tym, co zostawiłam w pracy.
W trakcie urlopu nie byłam bombardowana dziesiątkami telefonów i nie musiałam
zdalnie podejmować decyzji. W czasie po pracy mogłam się skupić na rodzinie,
miałam czas dla przyjaciół, czytanie, odpoczynek. Myśli o pracy nie dominowały
wszystkich innych myśli.
A teraz się wszystko zmieniło. Dzień
pracy w zasadzie trwa 24 godziny, bo nawet w śnie prześladują mnie problemy,
które piętrzą się każdego dnia. Nawet jeśli jeden problem zostanie załatwiony
to natychmiast pojawiają się kolejne, jak diabły z pudełka. Jeśli sprostam
jednemu zadaniu to obmyśla się kolejne i nie czkając na ich realizację szykuje
już następne.
Czuję, że tracę poczucie
rzeczywistości, moja głowa trybi
nieustannie. Oglądając film łapię się na tym, że nie wiem, jaka jest fabuła, za
to już kiełkują kolejne pomysły na rozwiązanie problemów służbowych.
Wracam do domu, ale nie pamiętam
ani metra drogi, którą przebyłam, bo myśli zajęte były w tym czasie pracą. Przestało
mnie cieszyć cokolwiek, jeszcze się zmuszam, jeszcze dłubię coś czasami, upiekę
chleb, zrobię parę fotek, pokręcę się po domu usiłując zostawić w nim ślady
kobiecej ręki, ale nawet wtedy myśli krążą, wokół spraw, które powinnam
zostawić za drzwiami. Na dekupki patrzę z niemocą, na hafty wstążeczkowe z
przerażeniem, znajomych mieszkających blok dalej nie widziałam od kilku tygodni, organizm zaczyna wysyłać niepokojące znaki ostrzegawcze.....
Wiem, że w najbliższej
przyszłości nie będzie lepiej, ba, mam zapewnienie i obietnicę, że będzie
gorzej, trzeba zewrzeć szyki, być na jeszcze większych obrotach, oddechu nie będzie…….
Czy to znaczy, że powinnam zacząć
myśleć inaczej?
Czy jeśli wmówię sobie, że praca jest treścią życia będzie lepiej?

Och, Mnemo... Bardzo mi przykro, że tak to wygląda. I co gorsza, jak piszesz, nie ma perspektyw, że będzie inaczej, tzn będzie tylko gorzej. Radzić cokolwiek jest bez sensu, wiadomo, że nie możesz tej pracy rzucić z dnia na dzień. Może jednak warto spojrzeć ciut szerzej, rozejrzeć się naokoło, chociażby wziąć pod uwagę inne możliwości, choćby z pozoru mniej atrakcyjne i dziwaczne. Taki stan jak twój to już , przepraszam, z lekka stan chorobowy. Musisz się jakoś przed tym bronić, bo będzie źle. Pamiętam siebie sprzed lat, gdy nie mogłam już wytrzymać w jednej pracy i w momencie , gdy zorientowałam się, że pierwszego klienta zrzuciłabym ze schodów zaczęłam się rozglądać za czymś innym. To coś było całkiem inne i dużo lepsze. Wiem, wtedy praca nie była aż tak trudna do znalezienia, ale chodzi mi o otwarcie oczu na tą inność. Życzę oddechu i mocno ściskam.
OdpowiedzUsuńKochana! To takie przykre.....Życie w ogóle łatwe nie jest, a z upływem czasu mam wrażenie trudniejsze.
OdpowiedzUsuńMi właśnie mija 25 lat pracy, która do obciążających należy. I nie mówię, że jej nie lubię. Ale już chciałabym inaczej pożyć. Dlatego bardzo dobrze rozumiem, o czym piszesz. Ściskam Cię mocno i życzę jasnego spojrzenia. A przede wszystkim, żebyś po wejściu do domu zostawiała wszystkie pracowe problemy za drzwiami. Niech Ci się włączy instynkt samozachowawczy. Buziaki!
Okropne to, co piszesz, Mnemo. Daleka jestem od wymądrzania się, ale wiem jedno, że jak organizm zaczyna wysyłać sygnały, to nie wolno absolutnie tego lekceważyć. Sama pewnie też o tym wiesz. Bo za moment ten organizm znajdzie sobie sposób, żeby odpocząć. I wtedy problemy w pracy staną się mało istotne, ale pewnie o tym też wiesz. Nie piszę tego ot tak z głowy, bo na przykład mój mąż wygenerował sobie takim postępowaniem mały udar mózgu jakieś już 2,5 roku temu. Pomogło mu to zmienić myślenie, postępowanie, ale czy musiało do tego dojść?
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że wymyślisz coś, co pomoże Ci znaleźć inną, lepszą pracę. Zadbaj o siebie, proszę Cię.
Nie będzie lepiej, bo praca NIE JEST do cholery treścią życia!
OdpowiedzUsuńBleee... TEŻ TAK MAM... Mnemo, Połówce mówię, że musi odpuścić, wszystkim tak mówię, a sama dziś siedziałam do 17 prawie i żeby sprostać zadaniu wyjechałam 180 km...komórka przy uchu, myśli krążą, ja już nawet na GPSie autostrada jechałam, żeby zjazdu nie przegapić, taki kołowrót myśli mam...Ale Tobie powiem to samo co wszystkim: PRACA NIE JEST TREŚCIĄ ŻYCIA!!! Trzeba umieć odpoczywać. Trzeba umieć nie myśleć o pracy. A jak się nie umie, to trzeba się nauczyć:) Zadanie domowe na weekend:) Ściskam! ... znad roboty papierkowej:) Ale idę już spać.
OdpowiedzUsuńMożna się wymądrzać i pisać, że powinnaś wrzucić na luz. Ale przecież Ty sama, dobrze to wiesz. Chyba zostało Ci zmienić pracę. A może to tylko jesienne "dołki" Cię dopadły? Trzymaj się kochana i nie daj się :)
OdpowiedzUsuńmnemo, nie pokiwam głową ze współczuciem, choć wiem, co czujesz.ja miałam tak samo. i w dodatku tak się do swojej pracy przywiązałam, że w tym stresie przepracowałam ponad 30 lat. chore, no nie?
OdpowiedzUsuńi długo nie czekałam na skutki. zamiast cieszyć się życiem na zasłużonej emeryturze - ja zbieram żniwo w postaci dożywotniej choroby. dlatego nawet swoim dzieciom mówię - zwolnijcie, życie jest jedno.
mnemo, czy to jedyna praca jaką możesz wykonywać? na pewno nie. pomyśl o tym. zdrowie to coś, co nie jest dane na zawsze, nie rozumiałam tego. teraz jest za późno a przecież można było mniej się przejmować.
szanuj zdrowie, bo bardzo dużo życia przed tobą. pomyśl o przyszłości, nie tylko o tym co teraz, za rok.
pomyśl....
Musisz postawić zaporę!Ja kocham swoją pracę, ale umiem też poświęcić czas na inne sprawy.
OdpowiedzUsuńNie daj się zwariować!
Życzę Ci umiejętności godzenia wszystkich dziedzin życia i pozdrawiam, a swoją drogą przydałby Ci się ktoś, z kim mogłabyś pogadać- ktoś obcy i zdystansowany!
Mnemo, nie jest dobrze. Przeżywałam to samo. Nie mogłam uwolnić myśli od pracy, żyłam jak robot. Czułam, że to nie tak, ale nie umiałam zmienić nic. Aż do tego pamiętnego dnia, kiedy organizm powiedział dość. Pogotowie zabrało mnie na sygnale z...pracy oczywiście, spod ukochanego biurka w pięknym gabinecie. To było takie memento. Nie bez bólu, żalu rozstałam się z firmą moją. Cierpiałam jeszcze długo. To śmieszne teraz mi się wydaje, ale tak było. Dostałam drugą szansę od życia bez dwóch zdań. Całkowicie zmieniłam swoje życie. I jestem wdzięczna za tę drugą szansę. Zwolnij.
OdpowiedzUsuńŻyjemy w cywilizacji, która chce abyśmy myśleli, że praca jest najwyższą koniecznością i powinnością - płacić podatki, poprawiac PKB, zapracować na emeryturę. Ale tak naprawdę co my z tego wszystkiego mamy - zyjemy na ledwo średnim poziomie życia, koleki do lekarzy, problemy w urzedach, emerytura, która starczy na to by nie umrzeć. Reklamy które wmawiąja nam że potrzebujemy coraz lepszych smartfonów i telewizorów za pierdylion, jak to mawia nasza blogowa koleżanka ;) Gdy patrzę, na rodzine i znajomych, którzy wręcz zarzynajaąsie psychicznie, fizycznie i emocjonalnie dla pracy, to ciarki mnie przechodzą. Ciągła gonitwa, praca, dom, dzieci, zakupy, pranie, sprzatanie - ciągle w kieracie. Niestety to uznawane jest za normę :( Gdy pracowałam za biurkiem w organizacjach realizując projekty unijne i nie tylko, w pewnym momencie zdalam sobie sprawę że praca stała się moim stanem umysłu. Wieczny stres o każdy wydany w ramach projektu grosik, sny o fakturach, obłęd! Dlatego świadomie z tego zrezygnowaalm. "Siedzę", czyli pracuję w domu na oficjalnym bezrobociu, choć nie mam kasy, nie mam domu ani widoków na spadek. Nie chce kredytu i życia w kieracie. Mój M. pracuje tylko na zlecenia - raz wiecej raz mniej. Posiadam za to największy luksus na świecie - CZAS, który moge spozytkować według własnego upodobania i kombinuje jak tu się przeniesc na totalne zadupie, żeby mój kontakt z tym światem był ograniczony do minimum.
OdpowiedzUsuńEch... Ja co prawda nie muszę pracować (macierzyński...) ale doskonale wiem co masz na mysli, bo mąż mój nigdy nie zostawia pracy za drzwiami..;. Zawsze praca jego jest na pierwszym miejscu... A ja tak płacić muszę za to , że nie muszę pracować... Szkoda mi go, bo takie piękne chwile ulatują obok niego,,, cóż... Takie życie
OdpowiedzUsuńAle nigdy nie ma tak, żeby nie mogło być lepiej...albo gorzej :-)
Podpisuję się pod Twoim postem obiema rękami:((Jestem w podobnej sytuacji i co najgorsze nie potrafię znaleść wyjścia. Najchętniej poszłabym o innej, ale takowej brak w moim mieście. Nie raz anie nie dwa popłakałam się rano przed wyjściem z domu właśnie z bezsilności, zastanawiam się ile jeszcze dam radę znieść:( Niestety trzeba zapłacić rachunki i niewiele z tego co zarobiłam zostaje i to jest też bardzo bolesne.
OdpowiedzUsuńWyżaliłam się i trochę mi lepiej:)
kurczę, nie fajnie, niefajnie...
OdpowiedzUsuńja już mam to za sobą, żyjemy dużo oszczędniej, mniej wydajemy...i zawsze mówię, że ja już do korporacji nie wrócę, za żadne pieniadze...takie życie to złota klatka... nie mam za dużo kasy ale mam czas dla siebie i dzieci♥
Ach, Mnemo, może to jest ten moment, kiedy trzeba powiedzieć: stop?
OdpowiedzUsuńJa jutro składam wymówienie, będę pracować tylko do końca roku. Długo czekałam na tą chwilę. Ale tegoroczne lato tak dało mi w kość, jak nigdy. Koleżanka, po której "przejęłam" temat po prostu wstała i wyszła... dotarła do kresu wytrzymałości. Jest na zwolnieniu już piąty miesiąc. Ja mam trochę inny charakter, ale też budzę się co noc w panice, bo nie wiem, czy wysłałam maila, albo czy zdążę z czymś... Nie nacieszyłam się urlopem - bo cały czas telefony, problemy... Boję się, jak jutro zareaguje mój szef, ale mimo wszystko będzie to jeden z piękniejszych dni ;-)) A kiedy obudzę się jako wolny człowiek - co z tego, że kasy będzie mniej - chyba oszaleję ze szczęścia!!!
Ściskam Cię czule i życzę dobrych decyzji;)
Brawo Inkwizycjo! Mam to za sobą! Ja też spektakularnie, wzięłam torbę, jak niejaka Jakubowska swego czasu w telewizji i wyszłam. Wróciłam tylko po papiery. Nie przestanę powtarzać, że nie warto, to już nie jest praca, a psychoza z natręctwami.
OdpowiedzUsuńDziękuję za odzew i Wasze słowa.
OdpowiedzUsuńNie chciałam się żalić, chciałam tylo pokazać na swoim przykładzie, jak praca potrafi zmienić życie człowieka. Magda pisze, że w pewnym momencie staje się ona stanem umysłu. Ten moment chyba u mnie właśnie nastąpił. I co z tego, że teoretycznie wiem, że powinnam rozgraniczyć pracę od sfery prywatnej. Część z Was mimo, że wiedziała albo wie, też nie potrafiła w czas zareagować, albo zwyczajnie nie mogła.To jakoś tak się wydaje, że jeszcze trochę, jeszcze dam radę, może coś zmieni się na lepsze. Chcemy w to wierzyć. Świetnie jeśli powiedzenie firmie, adieu nie grozi wegetacją, jeśli trafi się inna praca jeśli uda się założyć własną działalność, jeśli ma się zaskórniaki na pierwsze miesiące. A co jeśli nie ma takiej alternatywy a rachunki trza płacić i coś jednak jeść?
Mam nadzieję, że nam wszystkim, które przeżywają podobne rozterki "dobre bogi" tak pokierują życiem, że jednak nie odwiozą nas na sygnale spod biurek i w odpowienim czasie nastąpi zwrot, tak abyśmy mogły jeszcze pożyć czymś innym niż tylko pracą.
Ściskam serdecznie i jeszcze raz dziękuje za dobre słowo.
Mnemo, mam obawy, że zwrot, o którym piszesz, sam z siebie i bez twojego udziału nie nastąpi. Doświadczenia dziewczyn, o których pisały, wcale nie są takie rzadkie, a jeśli twój organizm już daje ci sygnały, to nie lekceważ ich, proszę.
UsuńWitaj w klubie, mam tak samo :(
OdpowiedzUsuńNo więc poczytałam sobie o syndromie wypalenia zawodowego- objawy, jak sobie radzić itd. Ale, żeby te porady wprowadzić w czyn, trzeba mieć wystarczająco dużo energii. Czy z(roz)energetyzowany syndrom wypalenia zawodowego to oksymoron? ;)
OdpowiedzUsuńZ pozdrowieniami Maja B.
Oksymoron jak byk!
OdpowiedzUsuńMnemo, gdzieżeś???
Jak Hana mówi, że oksymoron to ja jej wierzę:))
OdpowiedzUsuńJezdem, jezdem, przyszłam ino, co.
Jak to miło być dla kogoś autorytetem!
OdpowiedzUsuńMam w miare ciekawą pracę w fajnym zespole i też stękam, że mi przeszkadza w życiu. Czasy są trudne, ale jedyne wyjście to próbować zmienić pracę lub próbować znaleźć jej dobre strony. Może wypisz sobie na kartce plusy. Wiem, wiem łatwo komuś doradzać.
OdpowiedzUsuń