Za chwilę północ, a jutro łikend :)) W łikendy Mnemo czasem ma, a czasem nie ma weny. Teraz jeszcze nie wie, czy wena jutro się pojawi, czy też się nie pojawi. Kapryśna coś ostatnio jest. Wena znaczy się, ale może wcale nie wena tylko Mnemo? Kto to kobiety zrozumie?
Rozgrzebane na warsztacie leżą różne przydasie, cichutko jęczą o wykończenie już od zeszłej niedzieli.
Jeżynki dostały oprawę z koronki, na razie przyszyte jedynie fastrygą....
Zbuntowane wstążeczki stały się w końcu pokorne, ułożyły się w kształt różyczek czerwonych, ale weny Mnemo zabrakło i serducho jest ledwo zafastrygowane koronką.
Mnemo pogrzebała w przydasiach i znalazła wyhaftowane takie oto cwiety, bratki i jakieś takie inne bezimienne..... Tu już wena Mnemo się skończyła i wyhaftowane szmatki czekają na jej kolejny przypływ.
Są też niedokończone dekupki, to poniżej to taca. Z podobnymi motywami jest jeszcze skrzynka na klucze, ale zdaje się, że Mnemo jej nie sfociła.
A teraz w nadziei na jutrzejszy przypływ weny żegnam Was czule, życzę dobrej nocy. Karaluchy pod poduchy i te sprawy..........
Zabieram mojego amanta i idziemy w piernaty.
Mopciu!!! Idziemy spać!!!
Powtórzę tylko za http://www.fakt.pl, resztę na bieżąco podaje telewizja.
"Po potwornym wybuchu gazociągu w Jankowie Przygodzkim (powiat ostrowski, Wielkopolska) w jednej chwili zapaliło się kilka domów. Wciąż płonie kilkanaście domów. W ogromnym pożarze zginęły trzy osoby, dziesięć trafiło do szpitala. Trwa bardzo trudna akcja ratunkowa......."
Nową nitkę gazociągu budowno w pasie starych, pochodzących z lat 70 - tych XX wieku dwóch innych nitek gazociągu. Prace prowadzono w bezpośredniej odległości budynków, ot tak jakby na zapleczu domów, w ogrodach. To gęsto zabudowany teren. Wybuch nastąpił o 13:30. Szum i huk było słychać kilka kilometrów dalej. Słup ognia na wysokość 40- 50 metró widać było z odległości wielu kilometrów. Droga jest nieprzejezdna, asfalt został w miejscu pożaru stopiony doszczętnie.
Znam te budynki, znam tych ludzi, którzy tam mieszkali, to straszna tragedia. Są ofiary śmiertelne, nie widomo, co ratownicy zastaną w domach do których jeszcze nie można dojść, cały czas płoną.......
W 2010 roku bardzo blisko dzisiejszej tragedii płonęły kurniki, na szczęście oprócz kur nikomu nic się nie strało, ale straty materialne też były duże.
13 listopada 2011 w tej samej miejscowości w domku jednorodzinnym wybuchła butla z gazem, zginęła 16 letnia dziewczynka........
Co roku jakiś nieszczęście.......
Mnemo jest marną hafciarką. Oprócz ściegu typu łańcuszek i krzyżyk nie zna innych nazw nie mówiąc już o ich użyciu. Trochę haftu wstążeczkowego liznęła, ale akurat tyle, żeby po kilku miesiącach przerwy całkiem już zapomnieć, co umiała. Niedzielne próby spełzły na niczym, wstążeczki były oporne, układać się nie chciały, co cholernie Mnemo irytowało. Szurnęła w końcu w kąt wstążeczki i wyjęła koraliki. Tak dziubała, tak haftowała, uzbrojona w pingle o wyjątkowej mocy, aż w okolicach północy, półślepa z wysiłku zakończyła swoje dzieło.
Wu, jak zwykle był cenzorem. Jemu ten zaszczyt przypada zawsze w udziale. Z pewnej odległości, pomachała Mnemo zahaftowaną szmatką przed oczami Wu i zapytała, "co to przedstawia". Zmarszczył brew, przyjrzał się szmatce i uroczyście stwierdził "jeżynki". No!!!!
Dla potwierdzenia należy jednak zrobić drugi test i teraz Mnemo Was poprosi o werdykt, czy to, co wyhaftowała, bez żadnego wzoru, całkiem z głowy, nie znając ściegów hafciarskich przypomina te jeżynki z lasu? Wytrawne hafciarki prosi Mnemo o litość:))
Mnemo jeszcze doda, że te dwie jeżynki na dole to miały być takie niedojrzałe........
Tymczasem szmatka leży sobie na boczku i czeka na uszycie z niej woreczka, tak chyba woreczka, bo na serducho jest za duża.
Mnemo oddali się teraz do "panienek". Ma dwie na tapecie, jak wena dziś dopisze to "panienki" mają szansę aby objawić się w całej krasie na dwóch dekupkowych pracach.
A wczoraj późno w nocy, kiedy Mnemo poszła zlec na nocny odpoczynek zastała swoje łóżko haniebnie zmemłane, a w tym zmemłaniu zobaczyła to:
"Weź nie świeć tą lampą błyskową, śpię przecież" - gdyby potrafił tak by powiedział.........
"Jak myślisz, że się posunę to jesteś w błędzie" - tyle oznacza ta poza.........
"Chcecie to się połóżcie w nogach, ja tam się nie ruszam"........
Mój fryzjer jest cudotwórą. Zaraz Wam wszystko wyjaśnię. W piątek ledwo żywa powlokłam się prosto z huty na umówioną 3 miesiące temu wizytę u fryzjera. Właściwie na audiencję, bo mistrz nożyczek jest tak oblegany, że kwartał wcześniej trza się umawiać.
Już od progu dostałam burę za odrosty, wiem, wiem miałam je zrobić przed strzyżeniem. No bo nie kładę farby w salonie, tylko przy pomocy Wu, w domu. Salonowa farba jakoś szkodzi mojemu owłosieniu. Nie wiem jednak, czy nie mniej niż stękanie Wu, że śmierdzi, że nudno i że ostatni raz mi już maluje. I tak od kilku lat:)
No, ale wrócimy do fryzjera. Gęby mi się nie chciało nawet otwierać, ale zapytana, "jak tam leci?" bąknęłam tylko, że syf, kiła, mogiła, jestem, zmęczona, nie mam weny, nic mi się nie chce i ledwo tu przylazłam.
Rżnij mówię grzywkę, do zmarszczki!! Chcę krótko!!! Do jakiej zmarszczki? krygował się jak zwykle, że niby jej tam nie ma pośrodku czoła. Tnij, mówię, nie żałuj i tak odrosną, a resztę, jak zwykle. Chciałam, żeby szybko było już po wszystkim. Zrobił tak, jak chciałam i wyszło, jak zawsze dokładnie tak, jak lubię. Taki fryzjer to skarb, można iść, zasnąć na fotelu i nie drżeć, że coś schrzani.
I tak wracając od tego fryzjera poczułam się jakoś inaczej, jakby lżej, zmęczenie i frustracja ostatnimi tygodniami częściwo gdzieś się ulotniły. Dom przywitał mnie pachnący świeżością, zapalonymi świeczkami i wypucowanymi wszystkmi kątami. Cud normalnie. Wu korzystając z wolnego dnia wyrychtował chałupę, jak ta lala!!! Patrzcie ludzie, jak to dwóch facetów w jednym czasie może uszczęśliwić kobitę:))
Czy to ta urąbana do zmarszczki grzywka, czy też wyglancowana chałupa sprawiła, że nie zaległam na kanapie, jak to ostatnio bywało po powrocie z huty jeno wzięłam się do dekupek, których nagle mi się zachciało. Zachciało mi się mocno i zdecydowanie!!!
A co z tej ochoty wyszło można zobaczyć poniżej.
Nie skończone jeszcze, bo jeśli chodzi o dekupki to staram się dokładnie wysuszyć każdą warstwę, więc niestety to trwa i trwa. Kilka dni przeważnie. Brak jeszcze wielu warstw lakieru ich szlifowania i cieniowań. W przerwach na suszenie złapałam za igłę i próbuję podpatrywać matkę naturę. Szykuje się jakieś serducho, albo woryszek, jeszcze sama nie wiem, co. Tak mnie wzięło na hafy po wizycie na blogu Luny. Zanim dojdę do takich umiejętności to pewno będę na emeryturze, ale, co tam, podziubać igłą, dobra rzecz:) Może coś wyjdzie z tego.
W ten łykend wszyscy jacyś u mnie robotni. Wu ze słuchawkami na uszach muzykę tworzy. Klasyczną chyba. Młody coś tam rysuje na tablecie, Katka poleciała do szkoły, ale nabardziej spracowny jest zdaje się pies.
Już od godziny pozostaje w niezmienionej pozycji:))
Czasem łypnie tylko oczyskiem, czy pańcia czasem nie wypowie magicznego słowa "spacer", ale na spacery to jeszcze nie pora. Niech pies dalej pracuje w pocie ....czoła?
P.S.
Witam nowe obserwatorki, zapraszam, cześciej, wrota są otwarte dla Wszystkich:)
To, że mam psa, wiecie, że mam lekkiego świra na jego punkcie - też już wiecie. Ostatnio jednak uzmysłowiłam sobie, że mój pies mnie osacza. A jak mnie nie ma próbuje osaczać Wu, ale on się tak łatwo nie daje.
Wygląda to mniej więcej tak. Siadam w fotelu, pies włazi na moje kolana. Piszę na laptopie, wtyka pyszczysko na klawiaturę, a ja robię literówki, bo nie śmiem panu przecież przeszkadzać.
Leżę w łóżku, pies leży mi na nogach, czasem po nocy ich rozprostowć rano nie mogę takie mam zdrętwiałe. Odpoczywam na kanapie, pies sadowi mi się na brzuchu, ubzdurał sobie, że jestem cokołem, na który on włazi, kładzie się i udaje pomnik, yorka na wywczasach. Po domu snuje się za mną krok w krok, ja do łazienki, on za mną, podgląda bezczelnie, nawet, jak go nie wpuszczę to waruje pod drzwiami i tęsknie tam pomrukuje do czasu, aż nie wyjdę. Ja do przedpokoju, drepcze za mną, jak cień. Gotuję obiad, stoi w progu kuchni i obserwuje, co robię, prasuję, zajmuje miejsce przy desce. Siedzę na krześle, pilnuje krzesła, albo opcjonalnie szuflady.
Normalnie jak mój cień. Nawet łazi za mną kiedy odkurzam mieszkanie!!!!
Do mistrzostwa opanował spanie na poduchach i podusiach.
Czasem udaje gwiazdę filmową i pozuje..........
Jest jednak wyjątek od tego pilnowania i osaczania mnie.
Na spacerze mój pies ma mnie w nosie. Rządzi, którędy będziemy iść i jak długo będziemy chodzić. Im bliżej domu tym dłużej wąchany jest każdy listek i każde źdźbło trawy. Obsikany bodaj kropleką musi być każdy krzaczek i każde drzewo. Nawet jak zabraknie kropelek to i tak salut przy każdym krzaczku i drzewku musi być wykonany. Na spacerze pies głuchnie i nie zważa na ostrzegawcze moje piski, aby nie włazić do rowu pełnego błota, albo nie kłaść się w tej paskudnej kałuży.
Ten kurdupel nie boi się żadnego psa, a powinien, bo łomot już kiedyś dostał za niewinność.
Nawet próbował przyjaźni z krową, ale nie zrozumiała pokojowych intencji, więc salwował się ucieczką, do pańciiiiiiiiiiiii.......
Porafi chodzić po wodzie......
Całkiem dobrze pływa.......
Aportuje kapcie.......
I fruwa..........
Cieszę się tylko, że nie pija alkoholu, jak jego kolega zza płota, taki młody, a już degenerat:))