sobota, 9 lutego 2013

Czegoś mi się chce..

Od samego dzisiaj rana 
czegoś mi się chce... 
Nie cukierka, nie banana - 
może piasku, może siana 
albo nawet - nie wiem sama 
muchy tse-tse-tse? 
Może zgadnie ktoś przypadkiem, 
na co ja mam chęć? 
Uszyć krowie suknię w kwiatki? 
Wsypać pieprzu do herbatki? 
Albo złapać - ciach! - do klatki 
krokodyli pięć? 
Co w kłopocie mi pomoże? 
Jeśli ktoś to wie, 
niech mi zaraz liścik kropnie, 
bo nie mogę - tak okropnie, 
tak okropnie, tak okropnie 
czegoś mi się chce!

Słowami wierszyka dla dzieci Danuty
Wawiłow niechże wyrażę swój dzisiejszy nastrój.


Pohasałyśmy sobie po mazurskich  ugorach wczesnym rankiem, wieczorową porą wymyślałyśmy altruitki u Kretowatej, a dziś od rana, chodzą  za mną różne "chęci". Tak to jest, jak człowiek ma troszkę wolnego czasu, a chęci na wiele różnych rzeczy. Trzeba jednak w końcu coś wybrać.  No to w końcu wybrałam i poczęłam zgłębiać dalsze tajemnice. Tajemnice haftu wstążeczkowego. Pierwsze "dzieła" już za mną, ale nie należy ustawać w ćwiczeniach, bo nabyte umiejętności szybko wietrzeją z mózgownicy. Przynajmniej mojej. Widocznie dziurawa jakaś. Zrobiłam taki bukiecik w tonacji blue. Jeszcze nic z tego nie uszyłam, ale pewnikiem będzie to jakiś woreczek, a może serducho?

Dziś zabrałam się za haftowanie bratka, którego kiedyś już próbowałam zrobić, ale wtedy wymyślne przewijasy wstążeczkowe mnie przerosły i dałam za wygraną. Teraz poszło lepiej i pierwszy bratek już widnieje na tamborku. Pokażę, jak wyhaftuję resztę.



Skończyłam też podusię na igły, ale to była "krótka piłka", dwa haftowane kwiatki i zszycie poduszeczki nie trwało długo.

Wyjść na spacer mi się nie chce, bo znowu nawaliło, aż grubo tego białego, wiecie tego, co to już wszyscy mamy go dość. Alergia daje znać o sobie, zapuchnięte oczy, swędzące uszy i nos, płytki oddech, makabra jednym słowem. Znaczy, wiosna gdzieś tam się czai w postaci pyłków kwitnącej leszczyny i wierzby, no właśnie, kotki wierzbowe już widziałam dziś na straganach. Tylko dlaczego ta niewidzialna wiosna mi tak dokucza? Halo jest ktoś na sali, komu alergia przypomina, że wiosna tuż, tuż??

Dla takiej jednej Grażynki, koci znaczy się, skleciłam mysz, trochę podługowata mi wyszła, bo żadnych muster nie stosuję, ot biorę nożyczki ciacham wykrój i zszywam. Mam nadzieję, ze Grażynka rozpoznała w tym czymś myszę:)


Dobra idę męczyć drugiego bratka. Apsik!!!!

czwartek, 7 lutego 2013

Zygu, zyg

A właśnie, tak zygu, zyg.....Za oknami śnieżyca, psia mać, a bociany niby wracają już. Taki jeden Maciek na ten przykład, przyleciał i co on teraz bidny zrobi? ....W Hucie, jak to w Hucie....marność i sromota. Co więc zrobię? Jak sobie polepszę psi nastrój? A odpalę sobie Picase i pooglądam zdjęcia. Co dziś chcecie? Teatr cieni był, to może wschód słońca i mgły? Zygu, zyg tej psiej pogodzie, zgygu, zyg hucie.....
 Dobra kobitki idziemy na wschód słońca, zapraszam wszystkie, w kupie raźniej. Ja zakładam portki clowna, Wam daję wybór, kiecki różniste, dla Kopciuszka, sierotki Marysi, jest jakaś taka falbaniasta, flamenco w niej można potańczyć, któraś może przywdziać perukę a, la Mostishia Addams. Dobra idziemy, bo właśnie słonko wschodzi. Jeszcze tylko siorbniemy kawki na tarasie, Kretowata dostanie rumianek, kto chce miętę? Bo rośnie pod tarasem.... Idziemy proszę wycieczki, idziemy......

Wychodzimy z tarasu i widok mamy taki, robimy głęboki wdech i idziemy dalej....

wchodzimy na lotnisko ( bo tuż za płotem mam lotnisko) widoki piękne, nie? Słonka jeszcze nie widać, chowa się w mgle......



O, pokazało się, Mnemo robi, cyk, cyk


 I pokazuje ferajnie wstające słoneczko.......

 Wu ferajnie pokazuje pajęczynę......


A potem wiele pajęczyn....Mnemo ma arachnofobię.....


 ale, potulnie kuca za największą.....


Wu będzie ratował, jak zjawi się lokator pajęczej sieci, a jak nie to Mnemo obudzi okolice wrzaskiem......

Jest lokator, ale zajął się konikiem polnym, nie zeżre Mnemo. Są jeszcze w grupie jakieś arachnofobiczki?


Docieramy nad jezioro, wyspa miłości w oddali i delikatnej mgiełce.....Płyniemy?


Mnemo siedzi na pomoście, a gdzie reszta?

A reszta  kąpie się na golasa, i ktoś to widzi!!!! Ino kto, jak żywego ducha ni ma wokół. Przecież dopiero wzeszło słonko.........

Wracamy do domu, a tu co siedzi na dachu? No, co ja się Was pytam?????


wtorek, 5 lutego 2013

Co ludzie powiedzą...

Kiedyś to stwierdzenie wypowiedziane np. przez mamę powodowało u mnie wyrzuty sumienia. No tak,  przecież to wstyd się dziwacznie ubrać, nosić fryzury inne niż większość koleżanek z sąsiedztwa, czytać książki na dachu kurnika (toples), bo tam dobrze słoneczko przygrzewa, nie wyjść za mąż zaraz po maturze, prowadzać na wsi  psa na smyczy na spacery. Szczytem ekstrawagancji było noszenie kilkumiesięcznego dziecka w nosidełku na brzuchu, kiedy wszyscy w tym czasie wozili swoje pociechy w spacerówkach. "Co ludzie powiedzą, przecież mu kręgosłup skrzywisz, do wózka włóż", " co ludzie powiedzą w niedzielę pranie wieszasz" i tak ciągle.  Wieki jednak minęły od tych czasów, maminego gderania nie słuchałam od dawna i z biegiem lat, coraz mniej mnie obchodziło, "co ludzie powiedzą". Kiedyś tam, nie pamiętam kiedy, nagle  uzmysłowiłam sobie, że guzik mnie to obchodzi, co ludzie powiedzą, poczułam się nagle taka wolna, taka nieskrępowana.
Wiecie mimo, że stara baba ze mnie, dzisiaj czuję się młodziej niż wtedy, kiedy miałam te 20 lat. No tak! Ubieram się, jak chcę, jem, co chcę, śpię do południa ( jak mogę) i siedzę do nocy, jak mi się podoba. Na Mazurach wkładam portki klauna, kapelusz i idę na spacer, kąpię się w balii na trawniku, śpiewam na całe gardło przy ognisku, " Już mi niosą suknię z weloooooooooooonem"...i jest mi dobrze. Nie martwię się też opowieściami miejscowych, przekazywanych z chichotem zaprzyjaźnionemu Wieśniakowi Milkliwemu, jakoby widziano mnie kąpiącą się nago w jeziorze. Nawet jeśli tak to, co takiego? Obscenicznie i przy ludziach tego nie robię, ale jak się oprzeć i nie wykapać na golasa, kiedy o wschodzie słońca jest plus 20 na dworze, a człowiek wybrał się na spacer bez "kiempielówek", jak to mówi taki jeden malec, któremu po kąpieli w jeziorze wyłazi " kacza skórka"? Ciekawe, gdzie ten podglądacz siedział, że go nie dojrzałam:)

Nie krepuję się również tańczyć boso z radości w trawie po burzy, bo przecież " taka piękna burza była, a teraz taka piękna tęcza nad domkiem"!!!!






Teraz, kiedy jestem w końcu" młoda" mogę pozwolić sobie na swobodne i radosne spędzanie czasu. Ulubioną zabawą w naszej ostoi jest zabawa z aparatami. Pomysły zjawiają się nagle, rekwizytem jest cokolwiek na przykład czajnik albo mkorzeń i zaczyna się "sesja". Swego czasu bardzo nas bawił  "teatr cieni". Zapewne ktoś patrzący z boku stukał się palcem w czoło i dziwił, co ta baba wyrabia na tym tarasie? A ja tylko spędzam kreatywnie i wesoło czas.






Jak doczekam się wnuków będę im miała co opowiadać i te opowieści popierać dowodami.
Już siebie widzę, jak siedzę z wnusiami na kolanach i opowiadam " a tu babcia z dziadkiem się wygłupiają na tarasie"......




poniedziałek, 4 lutego 2013

Kąpiel

O psich kąpielach już było. Dziś będzie o kąpielach kaczorówkowych. Dla przypomnienia, do zeszłego roku w Kaczorówce nie było wody. Dzięki dobroci UE i mazurskich fachowców w poprzednie wakacje cieszyliśmy się już krystaliczną wodą z własnego ujęcia.
We wcześniejsze lata zaopatrywanie Kaczorówki w wodę przybierało różne oblicza. Czasem czerwone ze złości mojego ślubnego,  któremu kazałam nosić  wodę w wiadrach od zaprzyjaźnionego Wieśniaka Milkliwego, do podlewania moich, pożal się boże, upraw. Kiedy Wu stanowczo odmówił robienia za wodociąg wpadłam na pomysł, że wodę może wozić w bagażniku samochodowym, trzeba tylko zdobyć ze 20 baniaków po wodzie 5 litrowej, co też niezwłocznie uczyniliśmy. I tak to, zdobywanie wody nieco zmodyfikowaliśmy i życie stało się łatwiejsze. Do celów spożywczych była woda z butelek. Kąpiel, po harcersku, odbywała się w jeziorze, zwykłe mycie, albo, gdy pogoda nie dopisywała, odchodziło w misce. Jednak nie zawsze miało się ochotę, na rzadko kiedy, ciepłą wodę z jeziora. Obmyśliliśmy więc prosty sposób na wodę ciepłą.
Przy ładnej pogodzie butle kładło się na słoneczku, a pod wieczór chowając się na tyłach Kaczorówki jedno drugie polewało ciepłą wodą z baniaczka. Razem z myciem włosów dla każdego starczało po dwie butle 5 litrowe. Głupio tak jednak stać z gołym tyłkiem za chałupą, szczególnie, że w Kaczorówce z reguły jedni goście wychodzą, a drudzy przychodzą i nigdy nie wiesz, czy akurat nie wpadnie ktoś, jak ty stoisz goła lub goły za winklem. Mopek miał warować na straży, ale ten pies nie umie szczekać, więc żaden z niego ostrzegacz.
Następnego roku wymyśliłam myjnię. Wu z odpadków po budowie domku zmajstrował rodzaj klatki, bez dachu, za to z podłogą i półeczkami. Zakupiłam kotarę prysznicową i już bez obawy świecenia dupskiem mogłam w ciepłe dni oddawać się rozkoszom rannych i wieczornych ablucji. Oczywiście wzajemna pomoc nadal była konieczna, z tym, że ciepłą wodę zaczęliśmy przelewać do konewek, co niejako zastępowało prysznic. Myjnia jednak miała feler, stała oddalona nieco od chałupki w sosnach, gdzie o każdej niemal porze komary tną jak wściekłe. Skończyło się świecenie dupskiem, zaczęło się drapanie komarzych ukąszeń.

W następnym roku myjnię Wu przebudował na schowek narzędziowy, a ja przytargałam z domu rodzinnego balię. Nie jakieś plastikowe badziewie, ale słusznych rozmiarów blaszaną, rozłożystą i wiekową balię po ciotce Bronce, wiecie, tej ciotce od pierwszej kropielniczki. Balia jest solidna wyprodukowana za czasów okupacji, ma jeszcze wybitą niemiecką glapę na spodzie.

Tego samego roku uczynna Lemuria zaproponowała wodę z ich cudownego  ujęcia wody głębinowej.   Ciach, prach kupiliśmy 75 metrów węża ogrodowego i połączyliśmy nasze zaprzyjaźnione działki zieloną linią. Skończyło się dźwiganie i wożenie wody. Wystarczyło tylko wyjść na trawnik i krzyknąć, J..........., odkręć wodę!!!! A potem, J.........., zakręć wodę!






W słoneczne dni wanna z rana była napełniana wodą, a po zachodzie słońca, kiedy ludność miejscowa oglądała telewizję, albo i nie oglądała, za to oddawała się innym bardziej rozrywokowym zajęciom, a przyjezdna kiwała się  nad wygasającym już grilem, albo ogniskiem, bez obawy o wścibskie oczy można było na środku trawnika zażyć rozkosznej kąpieli. 


Plan dziesięcioletni przewiduje, że powstanie łazienka z prawdziwego zdarzenia, ale może się okazać, że z racji kryzysu, którym nas ciągle straszą, łazienka nie powstanie nigdy. Ale, co tam balia i własna woda to i tak już luksus.

P.S. Muszę się przyznać, że tęskno mi już do tych kąpieli, wśród zapachu traw, sosen i ogłuszającym graniu świerszczy. Zamykam oczy i czuję te zapachy i słyszę te świerszcze:))





niedziela, 3 lutego 2013

Kogo obdarowałam, kto mnie obdarował, gdzie byłam i co kupiłam.....

Tak mnie głowa boli, że nie będzie dziś wielu zdań podrzędnie złożonych w moim poście, ani też żadnej specjalnej fabuły.
Pamiętacie bęc i  tysięczny komentarz? Ponieważ nie zrobiłam jeszcze żadnej rozdawajki typu candy, pomyślałam, że dla osoby, która wpisze 1000 komentarz zrobię taką malutką niespodziankę.

Tą osobą okazała się być Krystynka z blogu Klub Kota Jasna 8 i do niej to poleci zawieszka na drzwi z kotem. Krysia jest miłośniczką kotków, dlatego też na zawieszce znalazł się odpowiedni do upodobań motyw.













Żeby nie było smutno tym, co się  w ten tysiączek nie wstrzelili, czym prędzej ogłosiłam, że 1300 komentarz też zawieszką obdaruję. Bo wiecie, ja bardzo lubię rozdawać te moje pierdółki. Nie trwało to długo i już mamy właścicielkę kolejnej zawieszki, którą jest, tadam, tadam, Wańka- wstańka, czyli Hana. Hanuś, jako miłośniczka pierzastych dostanie zawieszkę na drzwi z kogutkami. Nie dam linka do bloga Hany, bo go nie ma, ale już ją trochę molestuję, żeby go założyła. Coś mi się wydaję, że nie jeden wieczór byśmy na Hanowym blogu posiedziałby i boki pozrywały.






Jak się tak rozpędziłam to machnęłam jeszcze dwie zawieszki na klamki i dwie zakładki do książki.

 Zakładka typu "kot"
 Zawieszka w niebieskościach


 Zawieszka w fioletach z dziewczynką- aniołkiem


Zakładka z dziewczynką -aniołkiem.
Jak widać wszystkie w oprawie właśnie kwitnących białych hiacyntów. I tu informacja dla Rogatej Owieczki, one nie pachną, no może minimalnie. Chińskie jakieś czy, co?

Fajne jest takie rozdawanie, to chyba już stanie się takim zwyczajem, że co któryś tam komentarz taką małą pierdółkę podaruję wpisującemu.

Sama też zostałam obdarowana, zobaczcie tylko, na blogu u Anki Wrocławianki w konkursie wygrałam takie oto cudeńka.
Książkę, kubeczki (śliczne), herbatkę i czekoladowe gwiazdki, na które od razu rzucił się mój słodkolubny ślubny.
Bardzo Ci Aniu dziękuję. Książkę już podczytuję, bo pasjami lubię ciekawe biografie, a ta jest wzbogacona jeszcze całą masą starych fotografii, które również uwielbiam i zbieram. Jak ktoś nie wierzy może zerknąć tu, na mojego drugiego bloga.

W ramach przegonienia bólu głowy, z którym się dziś obudziłam, poszłam na spacer z psem. Ból jednak nie przeszedł, a spacer był krótki, bo w moim spacerowym parku zrobiło się kilkanaście basenów, między, którymi spacerować można tylko chodnikami.
Biedy Mopcio nawet nogi nie mógł podnieść na żadne drzewko, bo wszystkie stoją w wodzie. W błoto nie pozwolę przecież wejść, wszak wczoraj było pranie psa:))
Jak widać tylko kaczki z takiego obrotu rzeczy są zadowolone i w najlepsze, mając w kuprze zjadliwy ziąb, pływają w te i wewte po dowolnie wybranym basenie.
Licząc, że głowa przestanie boleć pod wpływem jakichś przyjemnych doznań wyciągnęłam Wu na giełdę staroci, jedyna szansa, bo ona tylko w weekendy czynna. Moim zamiarem było kupić widelec, taki ładny, misterny, bo mam pewien plan, co z nim zrobić. Zamiast zakupu jednego zakupiłam 6 sztuk plus tyleż samo łyżek za marne 35 zł, a sztućce całkiem porządne, nie żadne tam Made in China. To była faktycznie okazja, bo wszędzie indziej za jeden chcieli najtaniej 5 zł. Trzeba je tylko ładnie oczyścić.


Ponieważ to, co chcę zrobić wymaga jednego widelca połaziłam jeszcze trochę i kupiłam jeszcze trzy sztuki, każdy z innej parafii, plus łyżeczkę.



Chętnie zawiesiłabym jeszcze oko na innych starociach, ale ślubny był skostniał i szczękając zębami błagał o litość i powrót do domu. Mając na uwadze niedawne nasze przeziębienia i upierdliwy bronchit, który do dziś się ciągnie,ustąpiłam z placu poszukiwań i wróciliśmy do domu.
Łeb boli jak bolał. Na nic spacerki, na nic przyjemne doznania, trzeba było od razu łyknąć procha.

P.S.
To bolenie głowy to tak tylko mnie, czy u Was też podobne objawy w związku z pogodą?