niedziela, 29 stycznia 2017

Jedziemy.


Zatęskniło się. Pogoda ładna to następuje szybka decyzja. Większość trasy autostradą. Szybko idzie, choć to dalej o 100 km niż do Kaczorówki.



A na miejscu koniecznie trzeba odwiedzić stare kąty, za wsią, tylko tam jest ładnie.
Stawy, bez wody, te małe już nie są zarybiane.



W tych większych, latem jest woda i ryby, teraz tylko lód.

Na polach sarenki, usłyszały nas i uciekają.


We wsi nic ciekawego, smród czadu wszechobecny. To nie mgła w świetle latarni, to dym z komina i tak, w prawie każdym domu, choć wieś ma gaz. Coś strasznego, ten czad wdziera się nawet do mieszkania przy zamkniętych oknach. 


A w domu zwierzyniec, brakuje jeszcze Walerki, bo to strachulec, i Mańki, gdzieś się zaszyła, boi się Mopka.


Pojawili się nowi domownicy: Fado


Ten był wcześniej, zanim pojawił się Fado,  Pinio- diabełek z wyglądu i charakteru. I jeszcze zazdrośnik. Strachulec- chciałby, a boi się. Jak nie przyjdzie sam to nie ma siły, żeby go złapać, zwiewa w najgłębszy kąt.


Fado, jego mama, no i Mopek. Kurdupel Mopek jest nawiększy w tym gronie liliputów.


 Faduś - tata mur beton był shitzu.Słodziak przesłodki. Puchaty, o jedwabnej sierści.


 Siostra Fado - Fibi, mniejsza, drobniejsza - lejek podłogowy. Przesłodka i całuśna przylepa.


Cała sprawczyni tego stada- przygarnięta latem, błąkała się po wsi. Nie było wiadomo, że szczenna, a potem pyk i powiła te dwie owieczki. Owieczki nic, a nic do mamy podobne.


W sumie w dwóch domach było razem:
5 psów i 3 koty. Dom wariatów, jak to się zaczęło wszystko kręcić, bawić, piszczeć, podgryzać...ufff. Mopek po powrocie padł i śpi jak zarżnięty, tyle atrakcji w ciągu dwóch dni. Już nie daje rady takiej młodzieży.
To teraz czas ruszyć do Kaczorówki...jejku, jak już się ckni.

czwartek, 19 stycznia 2017

Dzikie rośliny jadalne -czas pomyśleć o wiośnie.

Natrafiam od czasu do czasu w necie na publikacje dotyczące spożywania dzikich roślin. Zrobiły się modne , nawet w restauracjach zaczęto serwować dania z ich wykorzystaniem. Chyba trochę nieodpowiedzialnie, w niektórych publikacjach piszą, że dzikie rośliny praktycznie można zbierać wszędzie, nawet w miastach, no może unikając dużych ulic i parków.
Dla mnie to nic nowego, dziko rosnące zioła, zbierałam od dziecka, ot choćby rumianek na miedzy, czy szczaw na łące, z którego mama robiła zupę.
W czasie kwitnienia lipy zbieraliśmy jej kwiaty na napotną herbatkę i zawsze w domu była suszona mięta.To były w zasadzie podstawowe zbiory i oprócz darów lasu nie wykorzystywaliśmy innych dziko rosnących roślin.
Teraz świadomość wykorzystania ich dobrodziejstw znacznie wzrosła i sama zaczęłam się tym interesować. Zbieram więc nie tylko miętę i szczaw, ale suszę kwiaty czarnego bzu, głogu, młode listki brzozy, pokrzywę, młode pędy sosny, nawet kłącza perzu. Nawet macierzankę suszyłam i wkładałam w woreczki pod poduszki, dla ładnego zapachu.

Z mniszka i pędów sosnowych robię miodki, a z czarnego bzu i czeremchy robię soki i nalewki.
Wiem do czego służy piołun i dziurawiec, poznaję jaskółcze ziele, ale nie mam kurzajek to nie zbieram.
Moja siostra robi sałatkę z młodych liści mlecza i pokrzywy.
Sąsiad polecał kwiaty dyni, cukini, kabaczków w cieście naleśnikowym, ale miałam zbyt mało tych kwiatów, aby zrobić z nich obiad.
 Oczywiście nie przyszłoby mi do głowy zbierać tego wszystkiego w mieście, zbieram u siebie w Kaczorówce, gdzie nie ma przemysłu, rolnictwa, a wokół tylko las.

Ciekawi mnie ten temat, tylko mam  problem, część swoich zbiorów zużywam, część rozdaję, a reszta zostaje. Czyli się marnuje.

Taką herbatkę z pokrzywy można pić cały rok, ale brakuje mi systematyczności, zwyczajnie zapominam o tych woreczkach z ziółkami.

Uważam, że zbieranie dzikich roślin w mieście jest nieporozumieniem, przynajmniej do celów jadalnych, bo jeśli chodzi o walory dekoracyjne to, jak najbardziej, pęk dziurawca w wazonie całkiem ładnie wygląda.


Niedługo wiosna ( tak, tak bociany już zaczynają wylatywać z Afryki), pojawią się młodziutkie pędy pokrzywy, mlecza.
Ciekawa jestem, czy też zbieracie dzikie rośliny i je wykorzystujecie w swojej kuchni.
A może macie jakieś fajne receptury, a może nawet dania?
Pogadajmy o tym, zrobi się wiosennie, bo zima już mi się bardzo, bardzo znudziła i czuję zew do ziemi, do lasu, do Kaczorówki.








środa, 18 stycznia 2017

Maluję dalej...

Oprócz wspomnianego wcześniej Walentego, błogosławiącego zakochanym, którego wykończyłam i pokazuję niżej, stworzyłam jeszcze Franciszka.





Przymusowy zakaz opuszczania chałupy ma dobre strony, można posiedzić dłużej przy robocie, a choroba szybciej mija.

Franuś, jak wszystkie moje kapliczki, jest kolorowy, wesoły, pozytywny.

W kolejce czeka Antoni i Florian, który będzie młodzieniaszkiem zgrabnym i powabnym, takim też był, kiedy umarł śmiercią męczeńską.

Florian jest patronem Austrii i Bolonii oraz Chorzowa, ponadto hutników, strażaków i kominiarzy, a także garncarzy i piekarzy. Swoje święto obchodzi 4 maja.



O świętym Florianie, kim był i dlaczego jest też patronem strażaków opowiem, jak skończę kapliczkę.
Buziaki wieczorne.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Święty Walenty.


Walenty z wykształcenia był lekarzem z powołania zaś duchownym.  Żył  w  Rzymie w III wieku za panowania Cesarza Klaudiusza Gockiego. Został stracony, gdyż, jak wielu świętych z burzliwego dla chrześcijan okresu, nie chciał wyrzec się wiary. Jego konflikt z władzami rzymskimi nie polegał jednak wyłącznie na krzewieniu prześladowanej religii. Walenty wszedł z nimi w konflikt także z powodu swoich poglądów na temat małżeństwa. Cesarz  wymuszał na młodych legionistach życie w pojedynkę. „Single”, nieżonaci żołnierze, byli dlań najlepszymi i najbardziej skutecznymi wojakami.

Tu znajduje się punkt styczności między Świętym Walentym a zakochanymi. Biskup, mając swoje własne poglądy na temat miłości i małżeństwa, zwykł łamać cesarskie zakazy i udzielać ślubu młodym legionistom. Chętnych miał wkrótce tak wielu, że jego działalność, niestety, wydała się. Był torturowany, a w końcu ścięto mu głowę. Działo się to w roku 269 lub 270 (dokładna data jest niepewna). Jedno z podań mówi także o odwiedzającej go w więzieniu córce jednego ze strażników.
Podobno była niewidoma, ale pod wpływem tej miłości odzyskała wzrok.
W przeddzień egzekucji biskup miał napisać do ukochanej list w formie serca, podpisany „od Twojego Walentego”

Wskutek splotu zwyczajów ludowych, folkloru i legend był uważany za obrońcę przed ciężkimi chorobami (zwłaszcza umysłowymi, nerwowymi i epilepsją), a w Stanach Zjednoczonych, Anglii a także od kilku lat  w Polsce, został uznany za patrona zakochanych.

Na mocy decyzji papieża Gelazjusza I  wspomnienie świętego obchodzone jest od 496 roku w dniu 14 lutego, jako Dzień św. Walentego.

W ikonografii Walenty przedstawiany jest najczęściej w stroju kapłana z kielichem w lewej ręce, a z mieczem w prawej lub w stroju biskupa w momencie, gdy uzdrawia chłopca z padaczki.
Pomyślałam, że taki święty, dobry dla zakochanych, ale też osób zmagających się z chorobami duszy, nada się do kapliczki, którą zaczęłam malować zanim dopadła mnie franca.
Franca objawiła się ogólną niemocą, bolącym łbem, zatkanym nosem i boleniem płuc.
Poleżałam w weekend, popiłam specyfików, które znalazałm w domu i myślałam, że francę przegonię.
 Nie przegoniłam, a dochtorka zaordynowała antybiotyk na 7 dni i trzymanie się w cieple.
No i choruję, a za oknem sypie gęsto śnieg.
Jak mi trochę przejdzie to wykończę Walentego i pokażę w całej krasie, szczególnie, że ta fotka kiepska. Za mroczno już na zdjęcia.


piątek, 13 stycznia 2017

Dziękowanie i pożegnanie z kapliczkami.

Bardzo, bardzo Wam dziękuję za miłe słowa pod postem z Rochem. Człek jest jednak próżny i takie zachwyty mile go łechczą. Łechczą i zachęcają do dalszych działań, bo wiecie, jak to jest zimą, szaro, buro, źle, słowem nie chce się nic. Człowiek marudny się staje, niezdatny taki.
A za sprawą tych zachwytów ma o czym myśleć, planować i wracają chęci do działania.
Wu trochę jęczy, że z sypialni sobie zrobiłam warsztat, a nas wyeksmitowałam do dziennego ze spaniem, ale to też ma swoje pozytywne strony. Mogę sobie przed snem popatrzeć na ten nowy kanał w TV, o którym wspominałyście. Czasem późno w nocy trafiam na Maję w ogrodzie i zasypiam z miłymi obrazami ogrodów pod powiekami.

Wcześniej Wam pokazywałam Franciszka i Ritę, którzy jeszcze czekali na dokończenie, a teraz już czekają na wysłanie ich wspólnie z Rochem w świat. Gdyby nie dzisiejsza awaria autka (padł alternator) już byliby  w drodze.

Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że te moje kapliczki, będą strzegły/ozdabiały wyjątkowe gumno. Niektóre z Was znają je osobiście, a większość z Was zna blogowo właścicielkę tego gumna:)
Dla moich kapliczek to nobilitacja!

Zanim więc polecą do swojego nowygo domu pokażę je Wam w całej ich kapliczkowej krasie.
Wszystkie trzy zostały zrobione samodzielnie, latem na Mazurach. Są dość duże, dobrze zabezpieczone, mocnym lakierem jachtowym. Mogą wisieć na drzwach, wiatach cały rok, będą się z czasem patynować i kiedyś przestaną razić nowością.
Deski, jak to deski, nie są równe, mają pęknięcia, sęki, ale to akurat uważam za atut, są przez to ciekawsze. Nawet, jak kiedyś sęk wyleci to też będzie ciekawie - będzie kapliczka z dziurką:)







Nowy domku - ze względu na złośliwość alternatora, który odmówił posługi (trzynasty w piątek?) a związku z tym musiałam do mechanika, a potem na nogach w trasę do huty, spodziewaj się kapliczek w przyszłym tygodniu, w poniedziałek będzie wysyłka.