Czas najwyższy na pokazanie tego, co obiecałam pokazać, bo zaraz wszyscy utkną w kuchni przy pichceniu jadła świątecznego i nikt tu nie zajrzy :) No to zrobiłam troszkę tego....idą święta, więc będzie okazja obdarować, czy ktoś chce czy nie moimi puzderkami. Są też rzeczy, które zrobiłam, bo ktoś mnie poprosił konkretnie. Mam nadzieję, że się spodobają, bo bardzo się starałam, ale taki już mam charakter, że nigdy nie jestem do końca zadowolona z tego, co zrobię, więc tym razem też wydaje mi się, że mogłoby być lepiej.
To zaczynamy:)
Troszkę inaczej niż zwykle, bo na biało-szaro ( na wierzchu są spękania, oczywiście ich nie widać na zdjęciu)
A to środek.
"Poważna" skrzynka na biżuterię.
Baaardzo pomarańczowy komplecik zrobiony dla kogoś, kto chciał bardzo kolorowo i ciepło (żeby było ciepło to wybrałam motywy afrykańskie)
A tu środek bardzo kolorowego i ciepłego zestawu.
Chustecznik dla Ani, bo jej się podobała serwetka:)
Ha, ha, a to moje "okropne" kartki wielkanocne. Jak umiałam tak zrobiłam, pierwszy raz w życiu. Już w rękach Poczty Polskiej pędzą do adresatów ( przepraszam adresatów:))
A to chlebek własnego wypieku zmodyfikowany według pomysłu Ani, zamiast ziaren i otrębów dodatkiem są suszone pomidory.....chlebek jest pyszny!!!!!!
Obietnicę spełniłam, więc idę się szykować na jutrzejszy dzień i bardzo ważne spotkanie z guru:)
I przepraszam za zdjęcia i tak nie wyszły dobre. Wrrrrrrr.
Bardzo dziękuję za odwiedziny u mnie i pozostawienie miłych słów :)))
wtorek, 3 kwietnia 2012
piątek, 30 marca 2012
O tym, jak nie dane jest mi zrobić zdjęć w dzinnym świetle i skrzynka z kurą na święta
Już od tygodni nie dane jest mi zrobić zdjęć w dziennym świetle. To jakaś paranoja, co się z tym czasem dzieje? Mój to chyba pędzi 10 razy szybciej. Chyba zamieszczę ogłoszenie na Gumtree "przyjmę za darmo trochę wolnego czasu" nie ma innej rady. Troszkę posiedziałam przy "warsztacie" i zrobiłam kilka skrzynek, głównie w środku nocy, by rano wstać jak zombi i powlec się do pracy. Wczoraj w pędzie fotnęłam te moje prace, ale odbyło się to wszystko między wpadnięciem do domu z pracy, a wyjazdem z psiakiem do fryzjera. Ręce mi się trzęsły z pośpiechu, bo przecież godzina umówiona,a o tej porze przejazd 15 kilometrów to minimum 45 minut, oczywiście korki jak jasna......No i po zgraniu zdjęć okazało się, że i tak wszystkie do kitu. Trzeba powtórzyć. Na siłę wybrałam jedno takie z kurą, bo skrzyneczka będzie prezentem i nie zagości długo u mnie. No i drugie późnym wieczorem przy czytaniu Waszych blogów w towarzystwie mojego ogolonego dopiero co pieska. Mój piesek jak zasiadam do kompa natychmiast włazi na mnie i robi sobie ze mnie kanapę, wie, że przez jakiś czas pańcia będzie unieruchomiona i można się w końcu nacieszyć jej obecnością. Drugi etap cieszenia się pańcią jest już w łóżku, bo przyznam się, że sypiam z psem :) Dobrze, że jutro weekend to może w końcu zrobię te zdjęcia. Pokażę też co upolowałam w "tanim armanim", gdzie zaprowadziła mnie przyjaciółka. Polowałyśmy na koronki, serwetki i firanki pod kątem wystroju Kaczorówki. Teraz zmykam wyrabiać ciasto na chlebek i w końcu muszę wyprać te stosy prania, które udawałam przez tydzień, że nie widzę.... jakoś nie chciały się wyprać same.
Dobrej nocki wszystkim życzę:)
Dobrej nocki wszystkim życzę:)
wtorek, 27 marca 2012
O tym jaka mnie czasami złość ogarnia, znalezisku i byle jakich zdjęciach
Czasem jestem zła, naprawdę zła, a wcale bym nie chciała. A zaczęło się tak. Ze względu na chroniczny brak czasu, aby zająć się własnymi przyjemnościami czytaj dłubaniem w skrzynkach i takich tam "głupotach") postanowiłam wygospodarować sobie dzisiaj troszkę wolnego czasu, aby usiąść i dokończyć moich ostatnich "skrzynkowych" dzieł, zrobić zdjęcia, bo w końcu słońce zachodzi później niż wracam z pracy, poczytać Wasze blogi. W ramach zaoszczędzenia czasu NIE UGOTOWAŁAM OBIADU I UDAŁAM, ŻE NIE WIDZĘ STOSU PRANIA!!! Nakarmiłam rodzinę bułkami, psa puszką i pełna optymizmu zasiadłam do warsztatu. Nagle dzyń, dzyń dzwonek do drzwi.....Dalej już nic nie odbyło się zgodnie z planami..... odpowiedziałam na "tysiąc pytań, " w stylu, a kiedy?, a po co? a jak?, wysłuchałam też troszkę pasjonujących opowieści rodem z poczekalni u lekarza po raz enty), w tym czasie słonko zachodziło i szlag trafił możliwość zrobienia w końcu przyzwoitych zdjęć. Przebierając nogami nieśmiało bąknęłam, że muszę skończyć pewne detale na pracach bo słońce mi zachodzi, a ja przecież ślepa mocno i znowu coś krzywo albo nierówno.......A jak zamknęłam drzwi po niezapowiedzianej wizycie zaraz mnie dopadły wyrzuty sumienia, że jestem taka niedobra i niegościnna na dodatek. I w końcu nie wiem, czy jestem teraz zła, że nie dane mi było zrobić tego, co zaplanowałam, czy dlatego, że okazałam się nie dość gościnna!!! Wrrrrrrrrrrrrr!!!!!
Dlatego pokażę Wam dziś dwa kiepskie zdjęcia: jedno mojego znaleziska sprzed kilku tygodni, a drugiego skrzyneczki, która dawno zrobiona czekała na możliwość cyknięcia jej w dobrym świetle. Jak wiadomo z niniejszej opowieści się nie doczekała!!!! Ze znaleziskiem było tak. Wybrałam się z psiną, niedzielnym popołudniem na spacer, ku uciesze drugiej połówki, który ciągle mi wypomina, że pies mój a spacery jego. Widocznie los mi wynagrodził mój nagły zryw wyręczenia udręczonego spacerami męża, bo tuż pod domem, między drzewami dojrzałam leżący dziwny kształt. Ze względu na moje zbieraczo-szperacze przyzwyczajenia postanowiłam przyjrzeć się "rzeczy z bliska", bo jak wiadomo wzrok już nie ten. Wszak dzierlatką już nie jestem, więc pretensji, że wzrok się sypie mieć nie powinnam. Podchodzę do onej rzeczy bliżej i oczom nie wierzę! Leży na ziemi zegar, podnoszę oglądam, cały, oglądam dalej i doczytuję, że wyprodukowano w CCCP, stwierdzam, że brak mu klucza, bo to zegar na oko 30 -letni, wiec nakręcany kluczem. Ucieszyłam się, że taki fajny i pomaszerowałam z zegarem pod pachą opróżnić psi pęcherz. A potem oddałam zegar w dobre ręce zaprzyjaźnionego zegarmistrza, który zajrzał zegarowi do wnętrzności i stwierdził, że zegar ma rzeczywiście ze 30 lat, a dolega mu tylko brak klucza. Dostałam, więc taki klucz i dzisiaj radziecki relikt przeszłości stoi sobie na szafce w paradnym miejscu i wkurza mojego męża swoim, cyk, cyk , cyk, cyk, cyk ....
A oto moje trofeum.
A skrzyneczka wyszła tak, choć zdjęciu daleko do przyzwoitości nawet. Zrobiłam nawet szablon z przodu, ale guzik go widać.
Pozdrawiam wszystkie złe i niezadowolone dzisiaj kobietki, łączę się z Wami w złości:)
Dlatego pokażę Wam dziś dwa kiepskie zdjęcia: jedno mojego znaleziska sprzed kilku tygodni, a drugiego skrzyneczki, która dawno zrobiona czekała na możliwość cyknięcia jej w dobrym świetle. Jak wiadomo z niniejszej opowieści się nie doczekała!!!! Ze znaleziskiem było tak. Wybrałam się z psiną, niedzielnym popołudniem na spacer, ku uciesze drugiej połówki, który ciągle mi wypomina, że pies mój a spacery jego. Widocznie los mi wynagrodził mój nagły zryw wyręczenia udręczonego spacerami męża, bo tuż pod domem, między drzewami dojrzałam leżący dziwny kształt. Ze względu na moje zbieraczo-szperacze przyzwyczajenia postanowiłam przyjrzeć się "rzeczy z bliska", bo jak wiadomo wzrok już nie ten. Wszak dzierlatką już nie jestem, więc pretensji, że wzrok się sypie mieć nie powinnam. Podchodzę do onej rzeczy bliżej i oczom nie wierzę! Leży na ziemi zegar, podnoszę oglądam, cały, oglądam dalej i doczytuję, że wyprodukowano w CCCP, stwierdzam, że brak mu klucza, bo to zegar na oko 30 -letni, wiec nakręcany kluczem. Ucieszyłam się, że taki fajny i pomaszerowałam z zegarem pod pachą opróżnić psi pęcherz. A potem oddałam zegar w dobre ręce zaprzyjaźnionego zegarmistrza, który zajrzał zegarowi do wnętrzności i stwierdził, że zegar ma rzeczywiście ze 30 lat, a dolega mu tylko brak klucza. Dostałam, więc taki klucz i dzisiaj radziecki relikt przeszłości stoi sobie na szafce w paradnym miejscu i wkurza mojego męża swoim, cyk, cyk , cyk, cyk, cyk ....
A oto moje trofeum.
A skrzyneczka wyszła tak, choć zdjęciu daleko do przyzwoitości nawet. Zrobiłam nawet szablon z przodu, ale guzik go widać.
Pozdrawiam wszystkie złe i niezadowolone dzisiaj kobietki, łączę się z Wami w złości:)
poniedziałek, 26 marca 2012
Kolejny desant na Kaczorówkę
Niestety, choć zarzekałam się, że kolejna wizyta w Kaczorówce odbędzie dopiero jak wiosna zagości tam na dobre, nie wytrzymałam. TVN Meteo zachęcała, że będzie pięknie, więc spakowawszy walizy ruszyliśmy z samego rana, wiedzeni przeczuciem, że to będzie wspaniały weekend. Po drodze widzieliśmy BOCIANA!!, co dobrze wróżyło.
Po przyjeździe na miejsce wielkie zaskoczenie, nasza wioseczka przywitała nas okopami i oblężeniem. Mimo próby przedarcia się przez umocnienia, musieliśmy porzucić nasz pojazd pod płotem przy skrzyżowaniu, gdzie odchodzi droga nad jezioro i z podwiniętymi ogonami, taszcząc walizy, poczłapać piechotą ostatnie 200 metrów do Kaczorówki. Wszystko to z powodu prowadzonej z typowo mazurskim rozmachem budowy wodociągu, w ramach której okopano nas dokładnie ze wszystkich stron. Dzięki gościnności sąsiadów udało nam się przetrwać bez strat w ludziach, zarówno oblężenie naszej twierdzy jak i nocny przymrozek.( TVN Meteo kłamie?) Przez 2 dni wydrapaliśmy do gołej ziemi i wylizaliśmy na gładko większość działkowego metrażu z" milionów, a może nawet tuzinów" sosnowych igieł, spaliwszy je w ognisku, które dawało przyjemne ciepełko i można było podgrzać co rusz inne części ciała. Przycięłam krzaczki, wygrabiłam zeszłoroczne liście na rabatkach, pod którymi w końcu dojrzałam pierwsze oznaki wiosny. Z ziemi wychylają się nieśmiało tulipany i hiacynty. Przekopałam zagonek na zioła, zostawiłam tylko pietruszkę bo wypuszcza całkiem zdrowo wyglądającą natkę. Zazieleniły się też rozchodniki, a sikorki jak oszalałe oglądały domki lęgowe, wyśpiewując we wszystkich możliwych tonacjach. W nagrodę za pracowitość dostały jeszcze jedną budkę i teraz razem mają do dyspozycji ich sześć. Podczas porządkowania skalnika spotkałam leniwie pełzającego żuczka i ślicznym seledynowym obramowaniu na pancerzu. Bagienko już odmarzło, więc mogłam zabrać znaleziony tam poprzedniej wizyty garnek. Okazało się, że dno mu odpadło, ale co tam posłuży jako doniczka. W tym szale porządkowania nawet mało zdjęć zrobiłam, bo nagle słońce zaszło, zrobiło się zimno jak diabli i trzeba się było schronić do Kaczorówki i zapalić.... świeczki.
Następnego dnia aura zafundowała nam wicher, który przeszywał do szpiku kości, ale co tam trzeba było dokończyć rozpoczęte porządki. Po kilku godzinach biegania z grabiami i walce z wiatrem powiedziałam dość!! Nie cierpię wiatru!!! Dobrze, że za płotem mamy przyjazne dusze, które nas zgarnęły do cieplutkiego domku, dały jeść i pić i ukoiły stargane wiatrem nerwy miłą rozmową na tematy różniste. W drodze powrotnej, mimo hulającego wiatru postanowiliśmy jeszcze obejrzeć stary ewangelicki cmentarz, relacja z oględzin tu: http://mnemosyne-ocalicodzapomnienia.blogspot.com/
Troszkę zaniedbałam pokazywanie moich prac, ale spokojnie, coś tam robię i niebawem pokażę.
Pozdrawiam wszystkie zapracowane przedświątecznie i wiosennie blogowiczki.
Okopy na naszej drodze, w zamian w lipcu woda poleci nam z kranu:)
Posadzone jesienią tulipanki botaniczne wyłoniły się ziemi.
Wieczór przy świecach.
Sypialnia na poddaszu.
Garnek zdobyczny.
Jedno z ustrojstw ogrodowych, zardzewiałe klucze na starych belkach w ogrodzie.
Tulipany i budzące się do życia rozchodniki.
Obudzony z zimowego snu "ktoś"
Po przyjeździe na miejsce wielkie zaskoczenie, nasza wioseczka przywitała nas okopami i oblężeniem. Mimo próby przedarcia się przez umocnienia, musieliśmy porzucić nasz pojazd pod płotem przy skrzyżowaniu, gdzie odchodzi droga nad jezioro i z podwiniętymi ogonami, taszcząc walizy, poczłapać piechotą ostatnie 200 metrów do Kaczorówki. Wszystko to z powodu prowadzonej z typowo mazurskim rozmachem budowy wodociągu, w ramach której okopano nas dokładnie ze wszystkich stron. Dzięki gościnności sąsiadów udało nam się przetrwać bez strat w ludziach, zarówno oblężenie naszej twierdzy jak i nocny przymrozek.( TVN Meteo kłamie?) Przez 2 dni wydrapaliśmy do gołej ziemi i wylizaliśmy na gładko większość działkowego metrażu z" milionów, a może nawet tuzinów" sosnowych igieł, spaliwszy je w ognisku, które dawało przyjemne ciepełko i można było podgrzać co rusz inne części ciała. Przycięłam krzaczki, wygrabiłam zeszłoroczne liście na rabatkach, pod którymi w końcu dojrzałam pierwsze oznaki wiosny. Z ziemi wychylają się nieśmiało tulipany i hiacynty. Przekopałam zagonek na zioła, zostawiłam tylko pietruszkę bo wypuszcza całkiem zdrowo wyglądającą natkę. Zazieleniły się też rozchodniki, a sikorki jak oszalałe oglądały domki lęgowe, wyśpiewując we wszystkich możliwych tonacjach. W nagrodę za pracowitość dostały jeszcze jedną budkę i teraz razem mają do dyspozycji ich sześć. Podczas porządkowania skalnika spotkałam leniwie pełzającego żuczka i ślicznym seledynowym obramowaniu na pancerzu. Bagienko już odmarzło, więc mogłam zabrać znaleziony tam poprzedniej wizyty garnek. Okazało się, że dno mu odpadło, ale co tam posłuży jako doniczka. W tym szale porządkowania nawet mało zdjęć zrobiłam, bo nagle słońce zaszło, zrobiło się zimno jak diabli i trzeba się było schronić do Kaczorówki i zapalić.... świeczki.
Następnego dnia aura zafundowała nam wicher, który przeszywał do szpiku kości, ale co tam trzeba było dokończyć rozpoczęte porządki. Po kilku godzinach biegania z grabiami i walce z wiatrem powiedziałam dość!! Nie cierpię wiatru!!! Dobrze, że za płotem mamy przyjazne dusze, które nas zgarnęły do cieplutkiego domku, dały jeść i pić i ukoiły stargane wiatrem nerwy miłą rozmową na tematy różniste. W drodze powrotnej, mimo hulającego wiatru postanowiliśmy jeszcze obejrzeć stary ewangelicki cmentarz, relacja z oględzin tu: http://mnemosyne-ocalicodzapomnienia.blogspot.com/
Troszkę zaniedbałam pokazywanie moich prac, ale spokojnie, coś tam robię i niebawem pokażę.
Pozdrawiam wszystkie zapracowane przedświątecznie i wiosennie blogowiczki.
Okopy na naszej drodze, w zamian w lipcu woda poleci nam z kranu:)
Posadzone jesienią tulipanki botaniczne wyłoniły się ziemi.
Wieczór przy świecach.
Sypialnia na poddaszu.
Garnek zdobyczny.
Jedno z ustrojstw ogrodowych, zardzewiałe klucze na starych belkach w ogrodzie.
Tulipany i budzące się do życia rozchodniki.
Obudzony z zimowego snu "ktoś"
środa, 14 marca 2012
A latem będzie tak!
Zawiedziona brakiem oznak nadejścia wiosny po ostatniej wizycie w Kaczorówce poszperałam w archiwum i odnalazłam zdjęcia robione latem, kiedy to mimo braku wody, udało mi się wyhodować prawdziwe kwiatowe piękności na moim ugorze. Dzięki tym zdjęciom wstąpiła we mnie wiara, że ta szarość i burość nie będzie trwać wiecznie. Jeszcze troszkę poczekam i znów będzie można cieszyć oczy kolorami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
